Dla myszy nie ma nic ważniejszego od kawałka pysznego sera. Zatem, kiedy podczas wieczornego spaceru Mona Mysia widzi plakat wiszący nad wejściem do muzeum., zapraszający przechodniów na wystawę i odczytuje pierwsze litery „SER...” wpada w euforię. Tak wielką, że nawet przez jakiś czas pląsa w deszczu z parasolką, którą przezornie zabrała. Te tańce wywołują powszechne zdziwienie, a najbardziej zdumiony jest pewien mops, który z wrażenia przysiada i wybałusza oczy. Mona sobie jednak nic z tej widowni nie robi, tylko tańczy dalej, w pewnej chwili ochlapując nawet psa po wykonaniu salta. Ten tylko chrząka oburzony.
Przed wejściem do muzeum Mona Mysia wygładza zmierzwione futerko, po czym wchodzi do gmachu niezauważona, przemykając przez kontrolę biletów. Okazuje się bowiem, że myszy mają wstęp wolny do muzeów, kin i teatrów, a nawet filharmonii.
Na piętrze jednak ochrona była bardziej czujna, więc na wszelki wypadek Mona postanowiła schować się za kotarą i zaczekać. Przysnęło się jej przy tym nieco, a kiedy się obudziła pomyślała, że teraz to już powinna poczuć ten ser, który ją tu sprowadził. Stanęła na środku niemal pustej sali i zaczęła nerwowo rozglądać się za posiłkiem, przytupując przy tym nogą. Nagle, ze szczeliny w podłodze wyłonił się karaluch w białej koszulce i czerwonych spodenkach prosząc ją o ciszę, bo pobudzi mu dzieci.
Mona przeprosiła za swoje zachowanie, po czym na chybił trafił wybrała jedne z uchylonych drzwi i znalazła się w sali wypełnionej obrazami. Nigdzie jednak nie było ani kawałka serca, tymczasem kiszki jej już grały marsza z głodu. Usłyszał to komar, kąśliwy kpiarz, żartując, ze to orkiestra dęta czy też może nadęta. Był to komar niemalże salonowy, wystrojony w elegancki garnitur z wielkimi błyszczącymi guzikami. Miał też białą muchę pod szyją oraz poszetkę w kieszonce marynarki, a na głowie cylinder. Na nosie miał natomiast czerwone okulary. W innych okolicznościach myszka zignorowałaby komara, ale teraz mógł on wskazać jej miejsce, gdzie leżał ów obiecany ser. Zdziwiony komar stwierdził jednak, że nie zna malarza o nazwisku Ser dodając, że w tej sali są wyłącznie obrazy Moneta. Mysz nigdy nie słyszała o Claudzie Monecie, nie mogła zatem rozpoznać obrazów tego francuskiego malarza. Dopiero teraz przyjrzała się jego malowidłom i zobaczyła żółcie, czerwienie, zielenie i błękity, a zamiast wnętrza muzealnej sali, staw z nenufarami. Trudno było na tych obrazach dostrzec jakieś szczegóły, ważniejsze było tu światło i kolory. Mona Mysia aż chwyciła się łapkami za głowę przekonana, że w tej sali dzieją się jakieś czary. Wybiegła przed siebie mijając strzałkę z napisem „Pablo Picasso”. Jednak za progiem prysnęła jej nadzieja na normalność. Wszystko na otaczających ją obrazach było bowiem złożone z prostokątów i trójkątów, kanciaste, na dodatek nic nie było na swoim miejscu – zamiast oka było ucho, a oko tam gdzie ucho. Wszystko wokół Mony włącznie z jej ogonkiem upodobniło się do obrazów, a ona przerażona nawet nie mogła się odwrócić ze strachu, że jej sprężysty ogon mógłby stać się prostą kreską, albo nawet prostokątem.
Przerażona Mona ruszyła przed siebie, potykając się o coś. Nagle z głośnika popłynął głos, zapowiadający dzieła Rembranta. Ale mysz nawet nie słuchała, bo nagle ktoś wyłonił się z mroku. Mona zmrużyła podejrzliwie oczy, ów ktoś także. I powtarzał na dodatek jej kolejne ruchy. Uderzył przy tym głową, aż coś zadźwięczało. Mona zaśmiała się stwierdzając, że łobuz ma pusto w głowie, ale nagle poczuła, że sama musiała się o coś uderzyć. Tajemnicza postać natomiast pękła na kilka kawałków. Dopiero wówczas Mona zorientowała się, że po prostu widziała w lusterku swoje odbicie. Mona Mysia rozmarzyła się, jakby to było, gdyby ktoś w muzeum zamiast lusterka zgubił kawałek sera, ale nagle coś skrzypnęło za jej plecami. Biegła przed siebie, ale nagle coś dziwnego zaczęło dziać się z jej wąsami – dwa najdłuższe wibrysy wygięły się ku górze. Mona próbowała je prostować, one jednak nie dawały za wygraną i nieustannie się wyginały. Myszka nie wiedziała bowiem, że Salvador Dali, którego obrazy wisiały dookoła, również nosił zagiętego ku górze wąsika. Zresztą nie tylko wąsy były niezwykły – zegar zamiast wisieć na ścianie, zawisł wygięty na gałęzi, a gałąź wyrastała ze ściany. Na dodatek zegar topił się, jakby był z czekolady. To jeszcze nie koniec dziwactw, bowiem inne przedmioty fruwały po muzeum, słoń przechadzał się na szczudłach, a nad głową Mony unosiło się oko. Myszka stwierdziła, że to dla niej zbyt wiele. Za kolejnymi drzwiami wszystko się uspokoiło, zaczęła więc rozglądać się za serem. Jednak zamiast niego na ścianie wisiała ... zupa. A właściwie dwanaście puszek zupy. Rozpromieniła się, bo odnalazła zupę serową, ale zaraz uświadomiła sobie, że taka zupa zamiast serem smakować będzie płótnem i farbą. Na przeciwległej ścianie wisiał obraz w podobnym stylu, tylko że zamiast zupy przedstawiał twarz kobiety, Marilyn Monroe, którą to aktorkę myszka znała z kina, do którego kiedyś się zakradła. Portrety różniły się od siebie kolorami, ale pod każdym z dzieł był podpis Andy Warhol. Nagle obrazy zaczęły się zmieniać, a zamiast kobiety Mona zobaczyła na nich siebie.
Myszka ruszyła dalej przez sale z obrazami Pollocka, gdzie zgubiła się w plątaninie kresek i kropek. Wreszcie jednak dostrzegła drzwi, z zagadkowa tabliczką „Mona”. Myszka podskakiwała z radości widząc na drzwiach swoje imię i nawet nie doczytała napisu do końca. Wiedziałaby wówczas, że chodzi o inną Monę – Mona Lisę z obrazu Leonarda da Vinci. Myszka szła ostrożnie zastanawiając się nad tym, że wszystko jest podejrzanie zwyczajne. Co prawda na portrecie Mony Lisy pojawiła się Mona Mysia, ale zmęczona myszka nawet się już nie zatrzymała. Podobnie jak przy innym obrazie, portrecie damy z gronostajem czy łasiczką. Zastanowiła się jednak, czy zwierzę nie chce się rzucić za nią w pogoń, ono jednak tylko uśmiechnęło się i puściło do Mony oczko.
Nagle do uszu Mony dobiegł hałas, a nad jej głowa przeleciała eskadra miniaturowych helikopterów z drewna i trzciny, a następnie szybowce z papierowymi skrzydłami, pilotowane przez najlepszych inżynierów, czyli pająki. Biedna myszka nie miała pojęcia, że dawno temu to mistrz Leonardo da Vinci zaprojektował te maszyny. Nagle jedna z latających maszyn zaczęła spadać korkociągiem prosto na głowę myszki. Nagle wszystko ucichło.
Mona Mysia otworzyła szeroko oczy. Siedziała za kotarą, gdzie schowała się ostatniego wieczoru. Zaczęła się zastanawiać, czy to wszystko jej się przyśniło, nie była jednak pewna. Postanowiła w końcu ruszyć na poszukiwanie obiecanego sera, ale nagle zatrzymała ją myśl, że koszmar może się zacząć od nowa. Odnalazła zatem swoją parasolkę i niezauważona wymknęła się z muzeum.
*Streszczenie stanowi tylko formę powtórzenia. Zapraszam do lektury książki*

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz