Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 stycznia 2020

Film: Gavin Hood "Brudna Gra"

Tytuł filmu: Brudna Gra 
Reżyser: Gavin Hood 



Polityka pełna jest brudów, które niekoniecznie prane są publicznie. Wielkie afery z udziałem rządów ujawniane są zwykle przypadkowo, a i tak odpowiedzialność za nie ponoszą ostatecznie tylko pionki. Przeciętny obywatel nie jest nawet świadomy, w jaki sposób politycy nim manipulują, jak opinia publiczna wprowadzana jest w błąd za pomocą tzw. „półprawd”, słów wyjętych z kontekstu czy też niedopowiedzeń. Niekiedy jednak ta „druga twarz” rządu jest naprawdę straszna, obnaża bowiem ludzką słabość i chciwość, pokazuje, jak łatwo jest szafować ludzkim życiem – oczywiście życiem zwykłych ludzi. 

czwartek, 3 maja 2018

Geneva Lee "Royals. Kochanka księcia"

Tytuł: Royals. Kochanka księcia 
Autor: Geneva Lee 
Wydawnictwo: Kobiece 


Nie ma chyba dziecka, które nie lubiłoby bajek. Opowieściami o księżniczkach czekających na swojego księcia, o przystojnych rycerzach zmagających się z potworami, by zdobyć ukochaną kobietę, karmione są szczególnie dziewczynki, które wchodzą w dorosłe życie z wiarą, że spotkanie na swojej drodze królewicza rozwiąże wszystkie problemy. Nie bez przyczyny wszystkie te opowieści kończą się na pierwszym pocałunku bądź też na oświadczynach czy ślubie. Później bowiem wkracza rzeczywistość, a ona zdecydowanie nie przedstawia się w różowych barwach. 

piątek, 19 stycznia 2018

Laura Thompson "Siostry"

Tytuł: Siostry 
Autor: Laura Thompson
Wydawnictwo: Kobiece


Okres międzywojenny był przełomowym jeśli chodzi o rolę kobiet w społeczeństwie, o ich prawa, a także sposób myślenia samych przedstawicielek płci pięknej. Wynikało to między innymi ze wzrostu ilości wdów i sierot, dla których śmierć męża była początkiem samostanowienia o sobie, ale również oznaczała konieczność utrzymania się. W coraz większej ilości krajów kobiety uzyskiwały prawa wyborcze i aktywnie brały w tych wyborach udział, zmieniła się również kobieca moda, a wraz z nią pojawiła się wolność myślenia. 

czwartek, 9 listopada 2017

Larissa Awiżeń "Rita z Cherrywood"

Autor: Larissa Awiżeń 
Wydawnictwo: Dygresje 


„Mądrość zebrana przez lata nauczyła mnie, że każde doświadczenie jest formą poszukiwania” – twierdził Ansel Adams, amerykański fotograf i pianista, zaś o prawdziwości tych słów może zaświadczyć niejedna osoba, która wielokrotnie zmieniała kierunek swojej drogi, której życie zdawało się rzucać kłody pod nogi. Każdy życiowy zakręt, każda sytuacja – nawet smutna czy tragiczna – jest lekcją, z której warto wyciągnąć wnioski, która wzbogaca nasze życie i być może przygotowuje na dalsze zmagania. 

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Danielle Dutton"Księżna Margaret"

Autor: Danielle Dutton
Wydawnictwo: Kobiece


„Poprawna ortografia stoi w sprzeczności z naturą kobiety” – te słowa, dziś bulwersujące, jeszcze kilka stuleci temu były przyjmowane za pewnik i powtarzane nie tylko przez mężczyzn, ale i przez kobiety. Traktowane przez prawo niczym niepełnoletni obywatele, lekceważone przez filozofów, znieważane, często nawet nie wiedziały, jak wielki potencjał w nich drzemie. Każda, która odważyła się zachowywać nieco inaczej niż pozostałe damy, traktowana była niczym parias, uważana za dziwaczkę, lub nawet skandalistkę. Historia zna wiele takich kobiet, a jedną z nich była królowa Henrietta Maria, Francuzka z pochodzenia, która budziła w Anglikach oburzenie, przełamując stereotypy dotyczące nie tylko kobiet jej stanu, ale kobiet w ogóle. Poddani nie potrafili zrozumieć jej pragnienia uczestniczenia w charakterze aktorki w przedstawieniach urządzanych na dworze, podobnie jak bulwersował ich fakt, że młoda królowa w przebraniu podróżuje po kraju, nierzadko imając się kosy i pracując fizycznie.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Tracy Rees "Tajemnice Amy Snow "

Tytuł: Tajemnice Amy Snow 
Autor: Tracy Rees
Wydawnictwo: Czarna Owca


Myślisz, że historia o Kopciuszku to tylko bajka? Że nie istnieją w życiu takie dobre wróżki, które pragną odmienić los drugiej osoby? Jesteś przekonana, że drogę od nędzarki do bajecznie bogatej damy można pokonać wyłącznie w snach? Okazuje się, że nic bardziej mylnego. Wszak nigdy nie wiadomo, jakie plany ma wobec nas los i jak wielką niespodziankę dla nas szykuje. Niekiedy na tę cudowną odmianę czeka się rok lub dwa, niekiedy lat siedemnaście, ale czyż nie dlatego życie jest tak fascynujące?

środa, 29 czerwca 2016

Lucinda Riley "Róża Północy"

Autor: Lucinda Riley
Wydawnictwo: Albatros



„Żeby iść w przyszłość, najpierw trzeba uszanować przeszłość” – te słowa amerykańskiej autorki Curtis Sittenfeld doskonale oddają życiową prawdę, której zbyt często nie chcemy przyjąć do swojej świadomości. To, kim jesteśmy dziś, co robimy, jak się zachowujemy, jest sumą wcześniejszych doświadczeń, wpojonych wartości, a także - w pewien sposób - dziedzictwem naszych przodków. Na tych powiązaniach bazują między innymi ustawienia hellingerowskie, ale niezależnie od naszego do nich stosunku musimy przyznać, że sami, codziennie niemal możemy zauważyć wpływ, jaki wywarli na nas bliscy i nasza przeszłość. Nasze gesty to odbicie gestów naszych matek czy babek, a często używane zwroty zwykle zasłyszane są właśnie w rodzinnych domach. Z dzieciństwa biorą się też ograniczające nas przekonania, a także przyczyny błędów, które popełniamy obecnie.

środa, 6 stycznia 2016

Wybijane ciasto „funt” panny Heleny

–Chciałabym uzyskać od panny Heleny przepis n wybijane ciasto „funt” – westchnęła ciocia Misia. – Obiecywała mi go kilka razy, ale jakoś do tej pory nie dotrzymała słowa. Ten przepis pochodzi z Anglii, od kucharki starej angielskiej rodziny”. 
/Ania z Szumiących Topoli/



Być może ciocia Misia nie jest w posiadaniu przepisu na to pyszne, puszyste i maślane ciasto, ale ja już Wam go zdradzam w sekrecie.

Wybijane ciasto „funt” panny Heleny

Składniki:
  • 1 kostka masła o temperaturze pokojowej;
  • 1 ½ szklanki cukru (ja zmniejszyłam nieco ilość cukru i poprzestałam tylko na szklance);
  • 6 dużych jaj;
  • 1 ¾ szklanki przesianej mąki;
  • ½ łyżeczki soli;
  • 1 łyżeczka do herbaty wanilii (posłużyłam się cukrem waniliowym, bo niestety laski wanilii, które tu byłyby doskonałe, zużyłam do świąteczno-noworocznych wypieków).
  • w przepisie brak jest proszku do pieczenia, ale z racji skłonności do modyfikacji wszelakich przepisów, dodałam pół łyżeczki.

Wykonanie:

Wysmaruj tłuszczem i oprósz mąką formę do ciasta. Nagrzej piekarnik do temp. 165 st.C.
W misce ubijaj mikserem masło, powoli dosypuj cukier, aż masa stanie się lekka i puszysta.
Dodawaj po jednym jajku. Mocno ubijaj.
Przesiej mąkę. Drewnianą łyżką wmieszaj do masy mąkę, sól i wanilię. Zmiksuj wszystko dokładnie.
Łyżką przełóż ciasto do formy, wierzch wygładź szpatułką. Piecz ok. 1 ¼ godziny, aż ciasto się ładnie zarumieni.
Sprawdź wykałaczką, czy ciasto jest upieczone. Kiedy będzie gotowe, wyjmij je ostrożnie z piekarnika i odstaw, by wystygło.

fot.J.Gul

Zgodnie z przepisem należy postawić ciasto na podstawce spodem do góry i delikatnie zdjąć z niego formę, ja jednak zrezygnowałam z odwracania ciasta. Posypałam natomiast obficie ciasto cukrem pudrem, doskonale sprawdzi się również lukier.

fot. J.Gul

fot. J.Gul

fot.J.Gul

fot. J.Gul


SMACZNEGO!



Przygotowując ciasto znów korzystałam z „Książki kucharskiej Ani z Zielonego Wzgórza” K.Macdonald i – czytając przepis na te wszystkie delicje – zapewne robiłam to nie po raz ostatni.



wtorek, 17 listopada 2015

Jacek Wąsowicz „Przystanek Londyn”

Tytuł: Przystanek Londyn
Autor: Jacek Wąsowicz
Wydawnictwo: JanKa

Wielka Brytania już od kilkunastu lat detronizuje Stany Zjednoczone – to o Anglii bowiem mówi się niczym o legendarnym Złotym Mieście, gdzie spełniają się wszystkie sny, a funty płyną nieprzerwanym, wartkim strumieniem. Jeszcze przed wejściem Polski do UE sporo było śmiałków (lub desperatów), którzy decydowali się na nielegalny pobyt i pracę „na czarno”, chwytając się różnych sposobów, by nie zostać deportowanym, by zakosztować tych możliwości, które Anglia przed nimi otwierała. Popularne były wycieczki na Wyspy, z których rodacy już nie wracali do swych domów, pretekst do wyjazdów w jedną stronę dawały także szkoły językowe. Niestety, nie dla każdego ta emigracja okazała się być kluczem do szczęścia i dobrobytu – niejednokrotnie Polacy wracali do swoich rodzin nie tylko bez grosza, ale nawet z zadłużeniem. Wielu także, nie mając do czego i kogo wracać, bądź też wstydząc się swojej porażki poza granicami kraju, znikało w przepastnym Londynie, wiążąc swoją przyszłość z dworcami, ulicami i noclegowniami. 

A jak Londyn przyjął Jacka Wąsowicza, autora opartej na własnych, emigracyjnych doświadczeniach książki „Przystanek Londyn”? Opublikowana nakładem wydawnictwa JanKa niezwykle osobista i zabarwiona sporą dozą emocji relacja z pobytu na Wyspach, jest również zwierciadłem, w którym odbijają się funkcjonujące po dziś dzień stereotypy na temat Anglii i jej rodowitych mieszkańców, a także smutnym i rozczarowującym obrazem polskiej rzeczywistości. Autor z wielką pieczołowitością rejestruje swoje przygody, opowiada nam historie wielokrotnie zabarwione humorem, nie szczędzi również gorzkiej prawdy na temat rynku pracy czy zachowań obcokrajowców. To czyni książkę wymarzoną lekturą nie tylko dla tych, którzy z pobytem w Anglii wiążą swoją przyszłość, ale również dla tych wszystkich, którzy spragnieni są wzbogacającej lektury, dzięki której lepiej poznajemy nie tylko Anglików, ale i samych siebie.

„(…) Nikt nie robi rewolucji w swoim niby – poukładanym życiu, jeśli nie musi (…). Z drugiej strony rewolucję robi się właśnie po to, by coś zmienić na dobre (…). Stwierdzić muszę, że na Wyspach są ku takim „rewolucjom” warunki dogodne jak chyba mało gdzie” – pisze Wąsowicz, nawiązując również do swoich doświadczeń, przede wszystkim zawodowych. Okazją do pierwszego kontaktu z Anglią, a jednocześnie do przekonania się o potencjale kraju, był kurs językowy. Trzymiesięczny pobyt w celach edukacyjnych przedłużył się o kolejne miesiące, podczas których autor nie szczędził okazji, by pracować nad płynnością swojej mowy i nowym słownictwem, a także nad uzupełnieniem swoich skromnych zapasów gotówki. Sporo w tym czasie poczynił obserwacji, które przydały się przy okazji ponownego pobytu. 

O ile spotkanie zapoznawcze z Anglią było ograniczone ramami czasowymi oraz presją pozostałej w Polsce rodziny, to drugie – kilka lat później, było już świadomą decyzją o emigracji. Decyzją podjętą w obliczu kolejnych rozczarowań możliwościami, jakie rysowały się przed młodymi ludźmi w rodzimym kraju oraz w oparciu o CV przypominające swego rodzaju patchwork złożony z prac nie mających nic wspólnego z wykształceniem. Autor, na kolejnych stronach swojej książki, dzieli się z nami swoimi przeżyciami, opowiada o problemach i barierach jakie napotkał na swojej drodze, udziela wielu rad, które pozwolą nam te bariery ominąć. Wspomina „ścianę płaczu” będącą dla wielu głównym źródłem informacji na temat potencjalnej pracy, opisuje walkę o przyzwoite lokum, charakteryzuje specyfikę angielskiego rynku pracy oraz swoją długą drogę do nowego zawodu grafika. Towarzyszy temu wnikliwa analiza mentalności poszczególnych grup społecznych i narodów, różnic kulturowych, podejścia do wykonywanej pracy czy zdobytego dyplomu. Nie brak tu smutnych refleksji dotyczących rodzimego kraju i zawiedzionych oczekiwań, nie brak też słów o wyuczonej bezradności Polaków, dla której pobyt na emigracji jest tak naprawdę sprawdzianem siły charakteru i motywacji. Wszystko to składa się na barwny obraz, którego dopełnieniem są zdjęcia londyńskich ulic.

Przyznam, że podczas lektury wielokrotnie ogarniała mnie nostalgia, bowiem z tekstu wyziera autentyzm, zaangażowanie autora w przeżywane wydarzenie, to zaś przypomniało mi pobyt w Londynie i moje doświadczenia oraz spostrzeżenia – zdumiewająco zbieżne z obserwacjami Wąsowicza. Już wiem, że „Przystanek Londyn” będzie lekturą, do której wielokrotnie będę powracała, odnajdując w niej znajome dzielnice i ulubione miejsca. Do tej wędrówki po Londynie, ale i do przemyśleń na temat różnic pomiędzy krajami – a przede wszystkim pomiędzy mentalnością mieszkańców – zachęcam wszystkich, nie tylko przyszłych emigrantów..



poniedziałek, 27 lipca 2015

Rozmowy z autorem: Paweł Jackowski

Paweł Jackowski – absolwent Copenhagen Business School, zamieszkały w Kopenhadze.
Kierownik projektów, przedsiębiorca, muzyk, autor. Od lat mieszka w Danii, gdzie może obserwować życie Polaków, którzy są na emigracji.
W swojej książce "Pokolenie bez granic" obala mity wizerunku Polaków na emigracji.
(źródło: rozpisani.pl)


J.G.: W swojej książce rozpatruje Pan kwestię domu. Zatem … czuje się Pan Polakiem?

P.J.: Tak, jednak jest to dziwne poczucie narodowości. Zawsze będę Polakiem, co nie oznacza, że czuję, że muszę mieszkać w Polsce i że nie mogę czuć się dobrze poza granicami kraju. Jestem z Polski, ale czuję też, że po siedmiu latach w Danii poczucie narodowości się trochę rozmywa.

Co Pana skłoniło do wyjazdu z Polski?

Chęć bycia niezależnym i potrzeba poznania innych miejsc. Będąc w liceum planowałem studia w Polsce, chciałem iść na prawo. Jednak po doświadczeniach pracy za granicą w Anglii poczułem, że studiując w Polsce będzie mi brakować międzynarodowego towarzystwa i poczucia, że muszę wypracować sobie wszystko od zera, co nie wiedzieć czemu, strasznie mnie wówczas pociągało.

Jakie były Pana kryteria wyboru kraju migracji?

Bardziej wybierałem uczelnię i kierunek, a nie kraj. Wpływ na moją decyzję na pewno miał fakt, że moja siostra przeniosła się na duńską uczelnię rok wcześniej i to ona zasugerowała, żebym poszukał ciekawego kierunku w Danii. Nie chciałem na pewno jechać na studia do Anglii, bo pomimo wielu ciekawych doświadczeń, nie uważałem Anglii za miejsca, w którym mógłbym się odnaleźć. Nie chciałem przeprowadzać się do kraju, w którym jest tak dużo Polaków. Chciałem zacząć na nowo, nauczyć się nowego języka i nowej kultury, a po pobycie w Anglii miałem wrażenie, że na ulicach słyszę polski równie często jak angielski.

Jakie były Pana pierwsze wrażenia po przyjeździe do Danii?

Czułem, że życie płynie innym tempem, jest w nim więcej harmonii i porządku. Zanim przeprowadziłem się do Kopenhagi, mieszkałem wcześniej tylko w Koszalinie oraz w Oxfordzie. Kopenhaga była inna pod wieloma względami. Duża ilość rowerów, niska i często surowa zabudowa miasta, zupełnie niezrozumiały język… To były pierwsze spostrzeżenia. Jednak swoją pierwszą opinię na temat Danii wyrobiłem sobie po zakończeniu pierwszego roku na studiach. Dania wydawała mi się wówczas krajem spokojnym, otwartym, jednak w jakiś sposób smutnym i chłodnym.

Udało się Panu oswoić Kopenhagę?

Udało mi się dobrze poznać miasto. Będąc studentem miałem okazję chodzić na różne imprezy, wykłady oraz spotkania, więc była to dobra furtka na rozpoczęcie “oswajania” miasta i poznawania nowych miejsc. Dzięki temu, że grałem w wielu zespołach muzycznych, miałem okazję poznać całkiem sporo klubów i ludzi z różnych warstw społecznych - od murarzy i kierowców autobusów, po doktorantów z fizyki i producentów programów telewizyjnych. To mi dało dobre rozeznanie w tym, co miasto ma do zaoferowania mieszkańcom, jak ludzie się bawią, jak pracują i co robią. Po tylu latach, Kopenhaga stała się “moim” miejscem i mam wrażenie, że zdążyliśmy się już dobrze poznać.

Jak wyglądały studia w Danii? Czy może Pan wskazać – na podstawie doświadczeń własnych i relacji znajomych – podstawowe różnice pomiędzy studiami poza granicami w kraju i w Polsce?

Sam nigdy nie studiowałem w Polsce, także bezpośredniego porównania nie mam. Mogę natomiast powiedzieć, że umiejętności, których zdecydowanie brakowało mi na pierwszym roku studiów, to dobra praca w grupie, konstruktywna komunikacja oraz umiejętność dzielenia się i przyjmowania konstruktywnej krytyki. W Danii student ma bardzo dużo wolności. Nie mówię już o fakcie, że przynajmniej na mojej uczelni, można było w ogóle nie chodzić na wykłady i tylko zaliczać egzaminy (nie ma listy obecności jak w Polsce), ale chodzi o wolność wypowiedzi i rozwoju. Wdawanie się w dyskusję z profesorem nie jest niczym niezwykłym. Są egzaminy, gdzie uczeń sam musi wymyślić temat, na który będzie pisać, wiele egzaminów pisemnych można pisać w grupie (w tym pracę licencjacką i magisterską). Dlatego od początku miałem wrażenie, że żeby dobrze wykorzystać czas na uczelni, trzeba być osobą dojrzałą, która potrafi zarządzać czasem, która potrafi się uczyć samodzielnie i nie boi się zadawać pytań.
Inną rzeczą jest to, że na mojej uczelni było sporo studentów z całego świata, także samo życie na uczelni było międzynarodowe, a wykłady oczywiście po angielsku. Z relacji znajomych studiujących w Polsce mam wrażenie, że nie ma takiego samego zjawiska na polskich uczelniach.

Czy w Danii kiedykolwiek czuł się Pan wyobcowany?

Myślę, że ciężko jest nie czuć się wyobcowanym z daleka od rodziny, przyjaciół i możliwości używania własnego języka w szkole lub w pracy. Tak, czułem, i wciąż czasami czuję się w jakiś sposób wyobcowany.

Czy Pana zdaniem możemy mówić o kompleksie Polaka? Czy mamy podstawy, by czuć się gorsi?

Kompleks Polaka istnieje. Jeżeli ktoś ma wątpliwości co do tego, to proszę się zastanowić, jak często witamy się z Polakami, kiedy słyszymy język polski będąc za granicą. Myślę, że ten kompleks wcale nie wynika z tego, że czujemy się gorsi, a raczej z tego, że będąc za granicą w jakiś sposób chcemy pozostać incognito i bardzo krytycznie patrzymy na innych Polaków. Osobiście nie wstydzę się tego, że jestem z Polski, co przez jakiś czas było dla mnie kłopotem. Poczucie niższości chyba kiełkuje w nas od małego - przez nasze polskie narzekanie i malkontenctwo, ciężko poczuć się dumnym z naszego kraju i sami siejemy ziarno negatywnego myślenia we własnych głowach. Przynajmniej mam takie wrażenie. To poczucie niższości przy zderzeniu z rzeczywistością krajów zachodnich narasta i tworzy kompleks Polaka. Bo powodów do tego, żebyśmy mieli czuć się gorsi, nie ma. O tym właśnie piszę w książce i to chciałem pokazać prezentując historie młodego pokolenia Polaków.

Czy po zamieszkaniu w nowym miejscu przyjął Pan obyczaje i styl życia mieszkańców Danii czy raczej pieczołowicie kultywował polskie tradycje?

Raczej w ogóle przestałem pielęgnować jakiekolwiek tradycje. Nigdy nie byłem dobry w pielęgnowaniu tradycji, pamiętaniu o urodzinach, wiedzy o dawnych obyczajach… Także to się nie zmieniło.

Zdarzały się trudne momenty? Chwile, kiedy chciał Pan pakować się i wracać?

Najtrudniejsze było pierwsze pół roku. Wtedy czułem się bardzo samotny, nie miałem jeszcze przyjaciół w Kopenhadze, nie miałem zespołu muzycznego, miałem różne kompleksy i nie czułem się dobrze sam ze sobą. Dopiero pod koniec pierwszego roku na studiach, poczułem wiatr w żaglach. Czułem się pewniejszy siebie. Wiedziałem, że jeszcze wiele przede mną, ale to ja decyduję o mojej przyszłości i o tym czy moje życie będzie ciekawe i pełne przygód, czy też nie.

Co pomagało w pierwszych miesiącach w Danii?

Muzyka, książki, rozmowy z rodziną i przyjaciółmi. Pamiętam, że słuchałem wtedy namiętnie płyty “Pasjans na dwóch” Andrzeja Sikorowskiego i Grzegorza Turnaua, co było dla mnie takim intymnym połączeniem z Polską i powodem do wielu refleksji.

Czy widzi Pan dla siebie jakieś perspektywy, w przypadku powrotu do Polski? A może powrót – którego spodziewałam się czytając zakończenie – już miał miejsce?

Wyprowadziłem się z Danii na początku 2014 roku i zamieszkałem w Warszawie. Wziąłem półroczny urlop z pracy, ponieważ chciałem zobaczyć jak to jest być, mieszkać i pracować w Polsce, a przy okazji chciałem poświęcić się swoim pasjom. Nigdy jako dorosły człowiek nie miałem okazji zasmakować polskiej rzeczywistości i czułem, że będę żałować jeśli nie spróbuję. Pierwszych pięć miesięcy to był najlepszy okres mojego życia - kończyłem pisać książkę, pracowałem nad swoją firmą, podróżowałem, grałem muzykę… Miałem takie życie, o jakim marzyłem. Po pięciu miesiącach zwolniłem się z pracy w Kopenhadze, ponieważ miałem wrażenie, że nie dowiem się jak to jest mieszkać w Polsce, jeżeli nie pójdę do pracy. Pracowałem przez cztery miesiące jako Project Manager w jednej z warszawskich firm, co pozwoliło mi na wyrobienie własnego zdania na temat tego jak się czuję w Polsce i w Warszawie. Jestem nauczony innej kultury pracy i tęskniłem za spokojem jaki oferowała Kopenhaga, także znalazłem nową pracę w Danii. W styczniu tego roku wróciłem do Kopenhagi. Czyli tak, powrót miał już miejsce, jednak widzę wiele perspektyw w Polsce i być może będę częstym gościem w kraju, jeżeli uda mi się zrealizować kilka nowych pomysłów…

Czy uważa się Pan za osobę sukcesu?

Niestety, mam dość wygórowane ambicje i wciąż uczę się cieszyć ze swoich osiągnięć. Nie uważam siebie za człowieka sukcesu. Jeszcze dużo pracy przede mną i może pewnego dnia poczuję, że odniosłem jakiś sukces. Teraz cieszę się z małych rzeczy i z tego, że mam kontrolę nad rozwojem własnej kariery i zainteresowań. Cieszę się, że mogę realizować swoje plany i rozwijać zainteresowania. Jednak do poczucia sukcesu jeszcze daleko.

Spełniony zawodowo mężczyzna pisze książkę o polskiej emigracji – skąd ten pomysł? Czy to swego rodzaju próba przedstawienia „prawdziwej twarzy” emigranta? Obalenia stereotypu słabo znającego język Polaka, który nadaje się wyłącznie do pracy fizycznej?

Spełniony zawodowo… Dużo powiedziane. Wciąż szukam swojego miejsca w świecie zawodowym i chyba właśnie te poszukiwania zmusiły mnie do refleksji nad życiem na emigracji. Przez pierwszych pięć lat czułem się gorszy z racji tego, że jestem z Polski, chociaż w żaden sposób nie jestem gorszy od Duńczyków. Zacząłem się zastanawiać, czy inni Polacy, którzy również zintegrowali się w innych krajach i realizują swoje marzenia, czują na sobie “piętno Polaka na zmywaku”. Dziwnie to brzmi, ale po prostu chciałem pokazać, że Polak to nie tylko robotnik, ale też artysta, naukowiec, menadżer. Miałem poczucie, że zarówno w kraju, jak i za granicą, panuje przeświadczenie o tym, że wyjeżdża się za granicę do pracy fizycznej, żeby sobie dorobić. A przecież jest cała masa ludzi, którzy wyjechali na studia lub do pracy intelektualnej i potrafili zbudować swoje życie za granicą na nowo. O tych ludziach się nie mówi, a myślę, że to właśnie ich historie powinny być inspiracją dla tych, którzy myślą wyjeździe lub o studiach za granicą, albo też chcą realizować swoje marzenia i ambicje w Polsce. Chciałem pokazać, że nie jesteśmy gorsi, że są wśród nas fantastyczni ludzie, którzy nie boją się wyjechać za granicę by realizować swoje marzenia. Część bohaterów książki wróciła do Polski na stałe, by wykorzystać swoją wiedzę i doświadczenia pracując w Polsce. Chciałem uwiecznić to zjawisko, to pokolenie ludzi bez granic, którzy zmieniają wizerunek Polski za granicą i którzy, mam nadzieję, będą zmieniać Polskę na lepsze.

Pana rozmówcy wydają się być ludźmi, których emigracja niezwykle wzbogaciła, wyposażyła w zestaw wielu umiejętności, stała się przepustką do dalszej kariery. Nie czuł Pan potrzeby przytoczenia wypowiedzi tych, którym się nie udało?

Co to znaczy “nie udało”? Każdy kto spróbował i miał odwagę wyjechać z kraju z jakiegokolwiek powodu nie może mówić, że się “nie udało”. To jest ironiczne, bo nawet kwestie wyjazdu za granicę rozpatrujemy w kategoriach sukcesu i porażki. A przecież tak nie jest. Czy sukces oznacza zmianę obywatelstwa z polskiego na duńskie, angielskie lub francuskie? Czy może ilość lat spędzonych za granicą? Są osoby, które po wyjeździe z Polski chcą wracać i to nie jest powód, żeby mówić, że coś im się “nie udało”. Jest bardzo fajny przykład w książce, gdzie jeden z bohaterów opowiada o swoim przyjacielu, który również mieszkał w Danii, jednak od razu po studiach chciał wracać. To, że wrócił, nie jest przecież porażką, to powód do radości, zwłaszcza, że ten człowiek ma teraz własną, bardzo dobrze prosperującą firmę.
Nie chciałem jednak, żeby w książce były opinie tych, którzy pomieszkali za granicą pół roku lub rok i wrócili do kraju. Unikałem osób, które pomieszkiwały za granicą, bo wyjechały na wymianę studencką. Wymiana na uczelni jest dość odległa od doświadczeń bohaterów książki. Kto nie wierzy, niech przeczyta.

Jak książkę przyjęło Pana środowisko w Danii? A w Polsce?

Zanim książka wyszła w druku, opublikowałem ją za darmo jako e-book, którego pobrało około 1500 osób. W ciągu ostatniego roku dostałem sporo wiadomości od ludzi, którzy przeczytali książkę i identyfikowali się z bohaterami i problemami, które są w niej opisane. Dwa fragmenty listów można przeczytać na tylnej okładce książki. Także odbiór wśród Polaków na emigracji był głównie pozytywny. Książka w wersji drukowanej została opublikowana tylko w Polsce i nie wiem czy nie jest jeszcze za wcześnie, by oceniać jej odbiór. Widziałem w internecie kilka pozytywnych recenzji, miałem okazję porozmawiać o książce na antenie radia RDC, teraz mam przyjemność rozmawiać z Tobą, także póki co, spotkałem się z pozytywnym odbiorem. Biorąc pod uwagę, że to moja pierwsza książka, a nakład na promocję i marketing jest bardzo mały, uważam, że spotkałem się z dużym zainteresowaniem.

Czy możemy spodziewać się kolejnej książki, na przykład poświęconej Danii?

Wydaje mi się, że ten temat został już wyczerpany w “Pokoleniu bez granic”. Mam pomysły na następną książkę, jednak nie wiem, czy będzie ona dotyczyć życia na emigracji, czy też czegoś zupełnie innego. Na razie jestem ciekaw jak “Pokolenie bez granic” będzie odebrane przez czytelników i czy będzie to książka, po którą sięgnie wielu Polaków.

Bardzo dziękuję za rozmowę.


niedziela, 22 marca 2015

Justin Go "Wyścig z czasem"

Tytuł: Wyścig z czasem
Autor: Justin Go
Wydawnictwo: MUZA SA


„Kochać to także umieć się roz­stać. Umieć poz­wo­lić ko­muś odejść, na­wet jeśli darzy się go wiel­kim uczu­ciem. Miłość jest zap­rzecze­niem egoiz­mu, za­bor­czości, jest skiero­waniem się ku dru­giej oso­bie, jest prag­nieniem prze­de wszys­tkim jej szczęścia, cza­sem wbrew własnemu” – tak właśnie miłość widział Vincent van Gogh, trwale łącząc ją z wolnością oraz stawianiem szczęścia ukochanej osoby ponad swoje. Można odnieść wrażenie, że dziś nie ma już takich miłości. Wychowani w dobie egoizmu, dążenia do celu zabiegamy o miłości, a kiedy już ją znajdziemy, kurczowo się jej trzymamy niezależnie od tego, jaka jest jakość tego uczucia i czy tak naprawdę jest ono miłością. Często bowiem mylimy to uczucie z desperackim pragnieniem, by nie zostać samemu.

Uczucie, którym obdarzyli się bohaterowie doskonałej powieści Justina Go „Wyścig z czasem” pokochali się jednak tą miłością prawdziwą, tą bezinteresowną o której mówił Van Gogh. Opublikowana nakładem wydawnictwa MUZA SA książka to niezapominana opowieść o miłości napiętnowanej przez wojnę, o wspinaczce oraz o wielkim spadku, o zdobycie którego trzeba zawalczyć. Przyjemność w lekturze znajdą wszyscy ci, którzy cenią sobie głębokie historie, przesycone emocjami, historie poruszające nasze serca i dusze. 

Autorka przedstawia nam młodego mieszkańca Kalifornii, Tristana Campbella. Dwudziestotrzyletni chłopak stoi właśnie przed poważną decyzją, co robić dalej po skończeniu studiów, kiedy przeznaczenie wybiera za niego. Otrzymana wiadomość z londyńskiej kancelarii burzy jego bezpieczny świat – Tristan dowiaduje się, że prawdopodobnie jest spadkobiercą wielkiego majątku. Spadek po Ashleyu Walsinghamie, słynnym uczestniku wyprawy na Mount Everest, który zginął samotnie podczas drogi na szczyt, czeka na beneficjenta. Mężczyna, przed wyruszeniem na wyprawę, zapisał bowiem w spadku niemal wszystko co posiadał, pewnej kobiecie. Nigdy jednak nie wystąpiła ona o potwierdzenie swoich praw do należnego jej spadku. W testamencie ustanowiono zarząd powierniczy, który sprawować miał nadzór nad majątkiem do czasu, aż zostanie on przekazany bezpośrednim potomkom owej kobiety. Do chwili obecnej przekazanie majątku nie było jednak możliwe. Co więcej – zgodnie z wolą Ashleya, jeśli przez osiemdziesiąt lat nikt po majątek się nie zgłosi, ma on być rozdysponowany pomiędzy liczne instytucje charytatywne. Do końca tego okresu zostało zaledwie siedem tygodni, dlatego też kancelaria postanowiła poinformować jedynego potencjalnego spadkobiercę, jednocześnie wyznaczając mu odpowiedzialne zadanie – ma on przedstawić ostateczny dowód, że jest bezpośrednim potomkiem Imogen Soames-Andersson, kobiety, którą bezgranicznie kochał Ashley. 

Ashley kochał i był kochany, właśnie dale tego Imogen pozwoliła mu odejść. Pragnęła bowiem postawić go przed wyborem, którego dokonać nie mógł i odwieść go od powrotu na front, zatem ostatecznie wolała go opuścić. Ich miłość choć krótka, przetrwała lata. Poznali się zaledwie tydzień przed wyruszeniem Ashleya do Francji. Chłopak z bogatego domu nie miał tak naprawdę pojęcia, czym jest wojna, z czym przyjdzie mu się zmierzyć na froncie. Mimo wszystko jakby podświadomie, starał się wykorzystać czas spędzony z Imogen tak, jakby był on jego ostatnim. Dziewczyna obiecuje czekać na niego cierpliwie, codziennie zresztą piszą do siebie listy w oczekiwaniu na powtórne spotkanie. Do niego dochodzi wkrótce, bowiem Ashley odnosi ciężką ranę w bitwie pod Sommą. Pomyłkowo zostaje nawet uznany za zmarłego dlatego też, kiedy na jaw wychodzi błąd urzędników, Imogen wyrusza niezwłocznie do Francji, nie zważając na niebezpieczeństwo. Spotykają się w szpitalu w Albert, nieopodal linii frontu, gdzie Imogen wyjawia mu pewną tajemnicę. To jest niestety ich ostatnie spotkanie, bowiem dziewczyna żąda od niego, by nie wracał na wojnę. Dokonując wyboru, oboje skazują się na cierpienie ale wiedzą, że próba zmiany zdania unieszczęśliwiłaby drugą osobę. Tu, w Albert, urywa się też ślad po Imogen… 

Czy Tristanowi uda się rozwiązać zagadkę, z którą nie poradzili sobie pracownicy kancelarii? Czy uda się mu udowodnić, że to Imogen, a nie jej siostra Eleanor, była jego prababką? Droga do prawdy wiedzie przez archiwa British Library, przez Szwecję i bibliotekę w Uppsali, Paryż i Bibliothéque Nationale, przez północną Francję, gdzie po raz pierwszy Ashley widział Imogen nad Sommą, a nawet przez Islandię. Czas płynie jednak nieubłaganie, a chłopakowi wciąż nie udaje się odkryć tego ostatecznego dowodu. Znajduje jednak coś więcej – nie dość, że z fragmentów układanki wyłania się historia pięknej choć nieszczęśliwej miłości, to jeszcze w drodze Tristan znajduje swoją miłość. 

„Wyścig z czasem” to książka wzruszająca i piękna, zachwycająca nie tylko złożoną fabułą, ale również sprawnością, z jaką Justin Go operuje słowem. Wykreowani bohaterowie targani namiętnościami, pełni sprzeczności są niezwykle plastyczni, emocjonalni, angażują nas bez reszty w przeżywane przez nich wydarzenia. Zagadki jakie stawia przed Tristanem autor zmuszają i czytelnika do zastanowienia się nad wyborem najlepszych dróg, wciąż analizujemy otrzymane informacje pragnąc wspomóc bohatera w tym trudnym dla niego czasie próby. To sprawia, że od książki nie można się oderwać, że można nazwać ją spektakularnym debiutem autora i z niecierpliwością oczekiwać na kolejną powieść, nad której publikacją Justin Go już pracuje.



środa, 8 stycznia 2014

Sandra Gregory "Zapomnijcie o córce"

Tytuł: Zapomnijcie o córce
Autor: Sandra Gregory
Wydawnictwo: MUZA 








Handel narkotykami szerzy się na coraz większą skalę, a używki pojawiły się już nawet wśród gimnazjalistów. Narkotykowy biznes przynosi miliardowe zyski każdego dnia, zbiera również swoje żniwo śmierć. Setki heroinistów, morfinistów, a także wielbicieli innych środków odurzających umiera od zanieczyszczonych narkotyków, zbyt dużych dawek czy na skutek AIDS. Istnieje powszechne potępienie tych, którzy narkotyki biorą, ale również tych, którzy zajmują się handlem nimi, ich wytwarzaniem, a także przemycaniem. Jaka jednak ilość narkotyku jest potrzebna, by potępić drugą osobę? Jaką miarą mierzyć tych, co handlują i tych, którzy z niewielkimi dawkami dają się złapać na przejściu przez granicę – czy stosować według nich takie same zasady i równie surowe kary? Odpowiedzi wydają się być proste, zaś nasz sprzeciw słuszny, a przynajmniej do chwili, kiedy przed nami nie staje żywy człowiek, konkretna postać skazana na długie lata więzienia. 

Czy niecałe dziewięćdziesiąt gramów heroiny jest warte dwudziestu pięciu lat spędzonych w więzieniu? Czy warte jest siermiężnych warunków, poniżania, ciężkiej pracy, znęcania się fizycznego i psychicznego? Czy warte jest tysiąca funtów, obiecanych za przewiezienie narkotyku z Bangkoku do Tokio? Czytając historię Angielki, Sandry Gregory, która została skazana za przemyt osiemdziesięciu dziewięciu gramów narkotyku, przekonujemy się, że nie tylko oferowana jej suma nie jest warta takiego cierpienia, ale żadne pieniądze nie są w stanie zrekompensować jej traumatycznych przeżyć. 

Wbrew pozorom, oparta na faktach książka „Zapomnijcie o córce”, opublikowana nakładem wydawnictwa MUZA, nie jest wypełniona pretensjami z tytułu niesłusznej kary, autorka nie próbuje przekonywać o swojej niewinności czy obciążać sumienia mężczyzny, który popchnął ją do tego kroku. Zapis przeżyć Gregory stanowi ostrzeżenie przed pokusami łatwego zysku, przed pozornie błahym wykroczeniem, które tak naprawdę może przekreślić całe dotychczasowe życie, a także zniszczyć przyszłość. To także opis nieludzkich warunków panujących w tajlandzkich więzieniach, w których więźniowie stłoczeni są jak bydło i pozornie tylko lepszych warunków panujących w angielskich jednostkach penitencjarnych. 

Autorkę poznajemy jako zbuntowaną nastolatkę, a następnie młodą kobietę wyrażającą jawny sprzeciw przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Wyjazd do Tajlandii miał być odskocznią, szansą na nowe życie, zgłębieniem nie tylko sekretów innego świata, ale i także szansą na sprawdzenie siebie. Egzotyczny kraj ją wciągnął, zauroczył na tyle, że postanowiła zagościć w nim na dłużej. Podjęła się nauczania języka angielskiego, poznawała Bangkok chłonąc jego atmosferę i stając się jego częścią. Tę sielankę przerwał zamach stanu w 1992 roku, kiedy to armia Królestwa Tajlandii, wraz ze swym naczelnym wodzem, w bezkrwawym zamachu obaliła rząd. Dwa miesiące po tych wydarzeniach, na czele rządu stanął generał Suchinda, a nominacja ta wywołała falę protestów społecznych, przybierających z każdym tygodniem na sile. Równocześnie Sandra straciła pracę, zaś jej stan zdrowia pogorszył się gwałtownie. Bez pracy, bez pieniędzy, znalazła się w patowej sytuacji – nie miała funduszy nawet na przelot do kraju. Była zbyt dumna, by zwrócić się o pomoc do rodziców, skorzystała zatem z propozycji poznanego kilka miesięcy wcześniej mężczyzny…

W 1993 roku, Sandra wraz z Robert Lockiem została aresztowana na lotnisku, kiedy próbowała odlecieć do Tokio, mając ukryte w swoim ciele prawie dziewięćdziesiąt gram heroiny. To miał być łatwy zarobek, łatwe pieniądze i bezproblemowy przerzut. Skończyło się aresztowaniem i skazaniem przez sąd w Bangkoku na … karę śmierci, zamienioną na dożywocie i obniżoną do dwudziestu pięciu lat. W oczekiwaniu na wyrok spędziła prawie dwa lata w tajlandzkim więzieniu Lard Yao, jako numer 228/36. Pobyt na kobiecym oddziale więzienia, nazwanego ironicznie „Hiltonem w Bangkoku”, przypominał piekło. Ponad sto kobiet stłoczonych na ośmiu metrach kwadratowych, podłe jedzenie, urągające ludzkiej godności warunki sanitarne, przejmujące gorąco i szerzące się choroby stanowiły codzienność Sandry. Nic dziwnego, że odliczała dni i tygodnie do czasu, kiedy zostanie podjęta decyzja o jej przeniesieniu do zakładu karnego w Anglii. 

Po czterech latach, kiedy minął wymagany przepisami czas w tajlandzkim wiezieniu, została przeniesiona do wiezienia pod Londynem. Jednak brytyjskie zakłady karne, jak Holloway, Foston Hall w Derbyshire czy Durham, zakład najwyższego ryzyka w którym przebywali najokrutniejsi przestępcy, wcale nie okazały się być lepsze. W Tajlandii, w prymitywnych warunkach, czuła się przynajmniej jednostką zdolną o sobie choć w minimalnym stopniu decydować, natomiast w rodzimym kraju spotkała się z bezdusznych traktowaniem i powolnym odczłowieczeniem. Pogrążając się w depresji, nękana myślami samobójczymi, zdołała jednak wytrwać. Na skutek kampanii prowadzonej przez rodziców i znajomych, na mocy Królewskiego Przebaczenia, udzielonego przez króla Tajlandii, 21 lipca 2000 roku wyszła na wolność. W zamknięciu spędziła siedem i pół roku z dwudziestopięcioletniej kary – siedem i pół roku piekła.

„Zapomnijcie o córce” to nie tylko dramatyczna historia skazanej za przemyt narkotyków Brytyjki, ale także historia miłości i okrucieństwa. Sandra Gregory przybliża nam okoliczności, w których doszło do aresztowania, opisuje warunki panujące w więzieniach, relacje pomiędzy więźniarkami a strażnikami oraz osobiste tragedie osadzonych w więzieniu kobiet. Nierzadko były to morderczynie, które w bestialski sposób pozbawiały na wolności życia. Za kratami były jednak współwięźniarkami, kobietami takimi jak tysiące, mającymi swoją wrażliwość, poczucie humoru, potrzeby i słabości. 

Nie da się czytać wyznań Sandry Gregory bez emocji, nie można nie przeżywać opisywanych sytuacji, nie dopingować jej staraniom o odzyskanie wolności i nie wzruszać się w ważnych dla niej momentach. Z uwagi na charakter książki trudno jest oceniać jej walory techniczne – wszak to tekst pisany emocjami, w którym przeżycia autorki i ona sama stają się nam bliskie. I właśnie nasza empatia jest miarą wielkości tej książki. 

wtorek, 18 września 2012

Anne Brontë "Agnes Grey"

Tytuł: Agnes Grey
Autor: Anne Brontë
Wydawnictwo: MG

Dziewiętnastowieczna Anglia ze swoimi ograniczeniami, zacofaniem i podwójną moralnością. Z klasami społecznymi i podejściem do kobiet, które mają być po prostu ozdobą dworu, bądź też zasilać jego funkcjonowanie pracą rąk – w zależności od tego, w jakiej rodzinie przyszło im się narodzić. Dziewiętnastowieczna Anglia ze swoimi bezkresnymi polami, urokliwymi domostwami i plebaniami wyglądającymi tak malowniczo, że zachwycali się tymi widokami najwięksi malarze, w tym Johna Constable`a. Gdzieś pośród tych sielskich krajobrazów toczy się zwykłe życie, dni wypełnione są radościami i troskami dnia codziennego, uśmiechem dzieci i ich kaprysami, morderczym wysiłkiem, ale także miłością. Kolory upływających godzin nie zawsze są jednak tak żywe jak na obrazach mistrzów, często to szarości, jakimi mieni się ludzki los. Agnes Grey, bohaterka wspaniałej powieści
Anne Brontë pod tym samym tytułem, opublikowanej przez Wydawnictwo MG to powieść przepełniona atmosferą, za którą pokochaliśmy choćby „Lokatorkę Wildfell Hall” również autorstwa Anne czy „Shirley” jej siostry Charlotte Brontë. Dodatkowo otrzymujemy solidną porcję determinacji i odwagi, bowiem autorka portretując dziewiętnastoletnią, niezamężną kobietę, która próbuje uzyskać niezależność, musiała obdarzyć ją wyjątkowym hartem ducha, pozwalającym przetrwać niejedną burzę czy upokorzenia.
Młoda i niedoświadczona Agnes Grey, rozpieszczana przez rodziców i starszą siostrę, zaniepokojona problemami finansowymi rodziny, postanowi zrobić wszystko, by być pomocną i odjąć nieco trosk schorowanemu ojcu. Richard Grey, duchowny na północy Anglii, rezydując w niewielkiej plebanii, swoimi skromnymi dochodami stara się zapewnić rodzinie byt. Fakt, że żona z miłości do niego wyrzekła się majątku rodziców, niezmiernie go trapi i niszczy niczym choroba jego ciało, poważnie nadwątlając siły. Agnes postanawia zatem dołożyć się do rodzinnego budżetu, a, że jako najmłodsze, wyręczane we wszystkim dziecko praktycznie nic nie potrafi, postanawia zostać … guwernantką. Wszak „wystarczyłoby mi tylko pamiętać siebie taką, jaką byłam w wieku swoich podopiecznych, ażeby wiedzieć, jak w mgnieniu oka zdobyć ich zaufanie i przyjaźń – jak w błądzących wzbudzić uczucie skruchy, jak ośmielić lękliwych i pocieszyć strapionych (…)” – sądzi naiwna dziewczyna.
Już pierwsza posada u niejakiej pani Bloomfield, żony emerytowanego kupca uświadamia jej, że paca guwernantki nie jest ani łatwa ani przyjemna szczególnie, kiedy ma się pod opieką rozpuszczone i okrutne dzieci, którym nie wolno zwrócić uwagi, zaś sama pracodawczyni – osoba zimna i nieprzystępna, traktuje ją z wyraźną pogardą i nie waha się na każdym kroku podkreślać jej niekompetencji i niskiego statusu społecznego.
O tym, że jej zawód jest traktowany na równi ze służbą, przekonuje się również w kolejnym domu do którego trafia. Mimo, iż po pierwszej porażce łudziła się, że nie wszyscy pracodawcy są tacy jak wspomniana pani Bloomfield, to szybko przyszło jej zweryfikować swoje sądy, a rodzina pana Murray w Horton Lodge również daleka była od okazywania należnego szacunku, nie wynikającego nawet z samego stanowiska, ale z faktu bycia człowiekiem. Pannice, nad którymi piecze trzymała Agnes należały do rozpieszczonych i złośliwych, zaś starsza Rozalia, czekająca na debiut w towarzystwie osiemnastolatka, za cel postawiła sobie łamanie męskich serc. W tym tego jednego, jedynego, na którym zależałoby Agnes…
Czy nowy wikary, pan Weston, da się omamić pięknej Rozalii, czy też może dostrzeże prawdziwe piękno i wartość Agnes? Czy dziewczyna wytrzyma służbę u ludzi, dla których znaczy tyle co nic, którzy nie wahają się wytknąć jej każdego błędu i obarczyć konsekwencjami zachowania córek? Jak zakończy się ta historia miłości w czasach, kiedy o miłości rozmawiać nie wypada, a zaloty przypominają skomplikowane podchody? To wszystko odsłoni przed nami Anne Brontë, w doskonałej powieści „Agnes Grey”. Mistrzowski jest zarówno styl pisarki, jak i plastyczność tekstu, zaś fabuła aż prosi się, by stanowić podstawę znakomitego scenariusza filmowego. Już sama świadomość, że podczas pisania autorka czerpała inspiracje z własnego życia, nadaje książce pikanterii i skłania do rozmyślania o czasach, w których przyszło żyć zarówno Anne, jak i jej bohaterce. Czasach interesujących, pobudzających wyobraźnię, ale i ciężkich, szczególnie dla kobiet, które zmuszone były same zapewnić sobie byt, a także dla tych, które skazane były na aranżowane małżeństwa. W świetle tego, Ages Grey, kobietę zahartowaną przez los, która znalazła w sobie tyle wewnętrznej siły, by walczyć o niezależność, można tylko podziwiać.


Recenzja została także umieszczona na stronach wortalu literackiego Granice.pl

środa, 15 sierpnia 2012

Anna Łajkowska "Miłość na wrzosowisku"

Tytuł: Miłość na wrzosowisku
Autor: Anna Łajkowska
Wydawnictwo: Damidos










Czym tak naprawdę jest miłość? Czy rodzi się powoli, dojrzewając, czy może wystarczy jedno spojrzenie, jeden dotyk, aby owładnęła nasze ciała i umysły? Czy do tego, aby się rozwijała, konieczna jest obecność drugiej osoby, czy też wystarczy zaledwie jej wyobrażenie, pamięć i tęsknota?
Te pytania nasuwają się podczas lektury powieści „Miłość na wrzosowisku”, będącej kontynuacją „Pensjonatu na wrzosowisku” Anny Łajkowskiej. Odpowiedzi nie znajdziemy w lekturze, ale w naszych sercach, zaś książka może stać się inspiracją do przemyśleń, refleksji oraz bodźcem do tego, by na miłość sobie w ogóle pozwolić. Autorka, operując z wyczuciem słowem, portretuje ludzi i ich tęsknoty, rozterki, problemy dnia codziennego w taki sposób, że czujemy się z nimi emocjonalnie związani, a co więcej, sami stawiamy się na ich miejscu, rozważając kolejne kroki i życiowe wybory.
Spotykamy Basię, która po przeżyciach w krainie sióstr Brönte, postanawia ostatecznie zerwać ze swoim dotychczasowym życiem i marazmem, który ją ogarniał po przeprowadzce z Polski do Ashford. W podjęciu decyzji pomogła sytuacja zawodowa Marka oraz awans, który przypadł w udziale innej osobie oraz odszkodowanie za wypadek z psem, które wywalczył dla Basi James. Dzięki temu mogła ona zrealizować swoje wielkie marzenie i nie tylko kupić w Haworth dom, ale również otworzyć w nim kawiarenkę.  Nie sądziła jednak, że taka działalność będzie wymagała takiego nakładu pracy szczególnie, że mąż pracujący jako freelancer nie jest w stanie jej pomóc.
Całe szczęście, że na miejscu jest James – jej bohater, który zafascynował ją już podczas pierwszego spotkania. Znający się na elektryce mężczyzna staje się częstym gościem w kawiarni Basi i szybko zaczyna ich łączyć coś więcej, poza sprawami zawodowymi. Równolegle z historią miłosną Basi toczy się wiele spraw, jej córki dorastają, zaś starsza, Karolina, podejmuje decyzje o wyjeździe do szkoły z internatem. Niezauważalnie, tydzień po tygodniu, rodzina się rozpada, zaś więzi rozluźniają. Zapracowana i pochłonięta romansem kobieta nie ma już czasu dla Marcina, który zaczyna spędzać coraz więcej czasu ze swoim ojcem, nie wie nawet, że młodsza córka ma chłopaka i to z poważnym problemem alkoholowym. Mimo to, trudno jest potępiać bohaterkę, której miłość do Jamesa jest tak zachłanna, a jednocześnie tak desperacka, że nasuwa się pytanie, jak mało emocjonalne musiało być dotąd jej życie, że odkrywa teraz tak wiele niezaspokojonych potrzeb.
Jednocześnie w odniesieniu do Basi nasuwa się słowo „tchórz”, bowiem wzbrania się przed podjęciem ostatecznej decyzji o rozstaniu z mężem. Romans z Jamesem nie przeszkadza jej w zbliżeniach z mężem, co więcej sytuacja mimo uciążliwości, jest dla niej na tyle komfortowa, że nie chce niczego zmieniać. To James, mimo grożącej mu utraty córki, planuje ich wspólną przyszłość, a by ułatwić kobiecie wybór, a przy okazji przemyśleć całą sytuację, decyduje się na wyjazd do Afganistanu. Czy Basia będzie walczyć o swoje szczęście? Czy zaryzykuje wszystko, by być z ukochanym, czy wybierze wygodne życie u boku męża, z którym już od dawna nie jest związana żadnymi uczuciami? A może to los podejmie decyzję za nią?
„Miłość na wrzosowisku” to książka o wiele bardziej dojrzała niż „Pensjonat na wrzosowisku”, w którym dominowała atmosfera niepewności, tymczasowości Anny Łajkowskiej, jako pisarki. Tu nie waha się zagłębiać w emocje, w zajmujący sposób maluje sylwetki bohaterów i to nie tylko rodziny Basi, ale także mieszkańców miasteczka. O ile w poprzednim tomie można było odnieść wrażenie lekkiego chaosu i wątków niekiedy niepotrzebnych, to tu wszystko układa się w spójną całość, naznaczoną zapachem kawy z kawiarni i barwami wrzosów porastających okoliczne pola. Poznajemy fascynującą historię Johna, starego antykwariusza i kobiety, za którą tęsknił całe życie, a także ciepłą i delikatną Ninę, sprzedawczynie w sklepiku z rękodziełem. Na kartach książki miasteczko tętni życiem, zaś w nas rodzi się pewność, że Basia podejmie właściwa decyzje. Czy rzeczywiście? Czy miłość musi kierować się zdrowym rozsądkiem? Czy to uczucie może usprawiedliwić krzywdę, jaką wyrządza się otoczeniu? Odpowiedzi znajdują się w naszym sercu. Tam i w książce Anny Łajkowskiej „Miłość na wrzosowisku”.

Recenzja znajduje się również na stronach wortalu literackiego Granice.pl