Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigracja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 listopada 2018

Magdalena Kołosowska "Tęcza nad jeziorem"

Tytuł: Tęcza nad jeziorem
Autor: Magdalena Kołosowska
Wydawnictwo: Replika


Niekiedy w naszym życiu dzieją się rzeczy, których nie potrafimy zrozumieć, które dopiero z perspektywy czasu nabierają głębszego sensu. Największą naukę otrzymujemy wówczas, kiedy wydarzenia te są bolesne, łączą się z traumą lub stanowią dla nas wyzwanie, wówczas bowiem musimy dokonać wglądu w siebie, nierzadko zupełnie zmienić system wartości, być może poszukać winy w sobie.

sobota, 4 marca 2017

Pietro Bartolo, Lidia Tilotta "Lekarz z Lampedusy"

Autor: Pietro Bartolo, Lidia Tilotta
Wydawnictwo: Jedność


„Kiedy czuję się zagubiony i zaczyna brakować mi sił, zwracam się do Matki Bożej Bezpiecznej Przystani. Ona jest patronką Lampedusy. Matkę wszystkich matek proszę, aby pomagała mi ratować Jej synów, wszystkich tych, którzy przybywają. Proszę Ją, aby pozwoliła im przybyć żywymi, abym nie musiał widzieć już zmarłych i brać w objęcia zmarłych dzieci” – te mocne, ale wzruszające słowa Pietro Bartolo pokazują nie tylko dramach setek tysięcy migrujących ludzi, ale i uświadamiają nam, że niezależnie od wiary, wszyscy jesteśmy przede wszystkim ludźmi. Niestety ostatnie lata przyniosły falę nienawiści skierowaną przeciwko emigrantom, oskarża się ich o zbrodnie, przypisuje im cechy, które tak naprawdę świadczą wyłącznie o naszej ignorancji i bezduszności. Całe szczęście, że są ludzie, którzy czynnie angażują się w pomoc tym nieszczęśnikom, którzy są zmuszeni do opuszczenia swoich domów, a także swoich bliskich i do wyruszenia w daleką podróż ku lepszej, choć tak naprawdę nieznanej przyszłości. Niekiedy jest to podróż nieudana, kończąca się śmiercią, wciąż jednak rzesze osób są gotowe podjąć to ryzyko.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Richard Lupa "Nasza Ameryka"

Tytuł: Nasza Ameryka
Autor: Richard Lupa
Wydawca: Amepol Inc.


„Wszyscy mówią mi: spakuj torby i jedź / Wyjedź z nami bo tam / Nim obejrzysz się znajdziesz wyśniony raj / Będziesz tam żył jak pan” – tak śpiewał solista zespołu Boys, ale nawet jeśli nie gustujemy w tego rodzaju muzyce, to w jednym miał rację. W Ameryce można znaleźć ów wyśniony raj, „Ziemię obiecaną”, tam możliwa jest przysłowiowa kariera „od pucybuta do milionera”, jednak do tego potrzebna jest ciężka praca. I wybór właściwego miejsca, by zacząć realizować ten amerykański sen…

wtorek, 17 listopada 2015

Jacek Wąsowicz „Przystanek Londyn”

Tytuł: Przystanek Londyn
Autor: Jacek Wąsowicz
Wydawnictwo: JanKa

Wielka Brytania już od kilkunastu lat detronizuje Stany Zjednoczone – to o Anglii bowiem mówi się niczym o legendarnym Złotym Mieście, gdzie spełniają się wszystkie sny, a funty płyną nieprzerwanym, wartkim strumieniem. Jeszcze przed wejściem Polski do UE sporo było śmiałków (lub desperatów), którzy decydowali się na nielegalny pobyt i pracę „na czarno”, chwytając się różnych sposobów, by nie zostać deportowanym, by zakosztować tych możliwości, które Anglia przed nimi otwierała. Popularne były wycieczki na Wyspy, z których rodacy już nie wracali do swych domów, pretekst do wyjazdów w jedną stronę dawały także szkoły językowe. Niestety, nie dla każdego ta emigracja okazała się być kluczem do szczęścia i dobrobytu – niejednokrotnie Polacy wracali do swoich rodzin nie tylko bez grosza, ale nawet z zadłużeniem. Wielu także, nie mając do czego i kogo wracać, bądź też wstydząc się swojej porażki poza granicami kraju, znikało w przepastnym Londynie, wiążąc swoją przyszłość z dworcami, ulicami i noclegowniami. 

A jak Londyn przyjął Jacka Wąsowicza, autora opartej na własnych, emigracyjnych doświadczeniach książki „Przystanek Londyn”? Opublikowana nakładem wydawnictwa JanKa niezwykle osobista i zabarwiona sporą dozą emocji relacja z pobytu na Wyspach, jest również zwierciadłem, w którym odbijają się funkcjonujące po dziś dzień stereotypy na temat Anglii i jej rodowitych mieszkańców, a także smutnym i rozczarowującym obrazem polskiej rzeczywistości. Autor z wielką pieczołowitością rejestruje swoje przygody, opowiada nam historie wielokrotnie zabarwione humorem, nie szczędzi również gorzkiej prawdy na temat rynku pracy czy zachowań obcokrajowców. To czyni książkę wymarzoną lekturą nie tylko dla tych, którzy z pobytem w Anglii wiążą swoją przyszłość, ale również dla tych wszystkich, którzy spragnieni są wzbogacającej lektury, dzięki której lepiej poznajemy nie tylko Anglików, ale i samych siebie.

„(…) Nikt nie robi rewolucji w swoim niby – poukładanym życiu, jeśli nie musi (…). Z drugiej strony rewolucję robi się właśnie po to, by coś zmienić na dobre (…). Stwierdzić muszę, że na Wyspach są ku takim „rewolucjom” warunki dogodne jak chyba mało gdzie” – pisze Wąsowicz, nawiązując również do swoich doświadczeń, przede wszystkim zawodowych. Okazją do pierwszego kontaktu z Anglią, a jednocześnie do przekonania się o potencjale kraju, był kurs językowy. Trzymiesięczny pobyt w celach edukacyjnych przedłużył się o kolejne miesiące, podczas których autor nie szczędził okazji, by pracować nad płynnością swojej mowy i nowym słownictwem, a także nad uzupełnieniem swoich skromnych zapasów gotówki. Sporo w tym czasie poczynił obserwacji, które przydały się przy okazji ponownego pobytu. 

O ile spotkanie zapoznawcze z Anglią było ograniczone ramami czasowymi oraz presją pozostałej w Polsce rodziny, to drugie – kilka lat później, było już świadomą decyzją o emigracji. Decyzją podjętą w obliczu kolejnych rozczarowań możliwościami, jakie rysowały się przed młodymi ludźmi w rodzimym kraju oraz w oparciu o CV przypominające swego rodzaju patchwork złożony z prac nie mających nic wspólnego z wykształceniem. Autor, na kolejnych stronach swojej książki, dzieli się z nami swoimi przeżyciami, opowiada o problemach i barierach jakie napotkał na swojej drodze, udziela wielu rad, które pozwolą nam te bariery ominąć. Wspomina „ścianę płaczu” będącą dla wielu głównym źródłem informacji na temat potencjalnej pracy, opisuje walkę o przyzwoite lokum, charakteryzuje specyfikę angielskiego rynku pracy oraz swoją długą drogę do nowego zawodu grafika. Towarzyszy temu wnikliwa analiza mentalności poszczególnych grup społecznych i narodów, różnic kulturowych, podejścia do wykonywanej pracy czy zdobytego dyplomu. Nie brak tu smutnych refleksji dotyczących rodzimego kraju i zawiedzionych oczekiwań, nie brak też słów o wyuczonej bezradności Polaków, dla której pobyt na emigracji jest tak naprawdę sprawdzianem siły charakteru i motywacji. Wszystko to składa się na barwny obraz, którego dopełnieniem są zdjęcia londyńskich ulic.

Przyznam, że podczas lektury wielokrotnie ogarniała mnie nostalgia, bowiem z tekstu wyziera autentyzm, zaangażowanie autora w przeżywane wydarzenie, to zaś przypomniało mi pobyt w Londynie i moje doświadczenia oraz spostrzeżenia – zdumiewająco zbieżne z obserwacjami Wąsowicza. Już wiem, że „Przystanek Londyn” będzie lekturą, do której wielokrotnie będę powracała, odnajdując w niej znajome dzielnice i ulubione miejsca. Do tej wędrówki po Londynie, ale i do przemyśleń na temat różnic pomiędzy krajami – a przede wszystkim pomiędzy mentalnością mieszkańców – zachęcam wszystkich, nie tylko przyszłych emigrantów..



poniedziałek, 27 lipca 2015

Rozmowy z autorem: Paweł Jackowski

Paweł Jackowski – absolwent Copenhagen Business School, zamieszkały w Kopenhadze.
Kierownik projektów, przedsiębiorca, muzyk, autor. Od lat mieszka w Danii, gdzie może obserwować życie Polaków, którzy są na emigracji.
W swojej książce "Pokolenie bez granic" obala mity wizerunku Polaków na emigracji.
(źródło: rozpisani.pl)


J.G.: W swojej książce rozpatruje Pan kwestię domu. Zatem … czuje się Pan Polakiem?

P.J.: Tak, jednak jest to dziwne poczucie narodowości. Zawsze będę Polakiem, co nie oznacza, że czuję, że muszę mieszkać w Polsce i że nie mogę czuć się dobrze poza granicami kraju. Jestem z Polski, ale czuję też, że po siedmiu latach w Danii poczucie narodowości się trochę rozmywa.

Co Pana skłoniło do wyjazdu z Polski?

Chęć bycia niezależnym i potrzeba poznania innych miejsc. Będąc w liceum planowałem studia w Polsce, chciałem iść na prawo. Jednak po doświadczeniach pracy za granicą w Anglii poczułem, że studiując w Polsce będzie mi brakować międzynarodowego towarzystwa i poczucia, że muszę wypracować sobie wszystko od zera, co nie wiedzieć czemu, strasznie mnie wówczas pociągało.

Jakie były Pana kryteria wyboru kraju migracji?

Bardziej wybierałem uczelnię i kierunek, a nie kraj. Wpływ na moją decyzję na pewno miał fakt, że moja siostra przeniosła się na duńską uczelnię rok wcześniej i to ona zasugerowała, żebym poszukał ciekawego kierunku w Danii. Nie chciałem na pewno jechać na studia do Anglii, bo pomimo wielu ciekawych doświadczeń, nie uważałem Anglii za miejsca, w którym mógłbym się odnaleźć. Nie chciałem przeprowadzać się do kraju, w którym jest tak dużo Polaków. Chciałem zacząć na nowo, nauczyć się nowego języka i nowej kultury, a po pobycie w Anglii miałem wrażenie, że na ulicach słyszę polski równie często jak angielski.

Jakie były Pana pierwsze wrażenia po przyjeździe do Danii?

Czułem, że życie płynie innym tempem, jest w nim więcej harmonii i porządku. Zanim przeprowadziłem się do Kopenhagi, mieszkałem wcześniej tylko w Koszalinie oraz w Oxfordzie. Kopenhaga była inna pod wieloma względami. Duża ilość rowerów, niska i często surowa zabudowa miasta, zupełnie niezrozumiały język… To były pierwsze spostrzeżenia. Jednak swoją pierwszą opinię na temat Danii wyrobiłem sobie po zakończeniu pierwszego roku na studiach. Dania wydawała mi się wówczas krajem spokojnym, otwartym, jednak w jakiś sposób smutnym i chłodnym.

Udało się Panu oswoić Kopenhagę?

Udało mi się dobrze poznać miasto. Będąc studentem miałem okazję chodzić na różne imprezy, wykłady oraz spotkania, więc była to dobra furtka na rozpoczęcie “oswajania” miasta i poznawania nowych miejsc. Dzięki temu, że grałem w wielu zespołach muzycznych, miałem okazję poznać całkiem sporo klubów i ludzi z różnych warstw społecznych - od murarzy i kierowców autobusów, po doktorantów z fizyki i producentów programów telewizyjnych. To mi dało dobre rozeznanie w tym, co miasto ma do zaoferowania mieszkańcom, jak ludzie się bawią, jak pracują i co robią. Po tylu latach, Kopenhaga stała się “moim” miejscem i mam wrażenie, że zdążyliśmy się już dobrze poznać.

Jak wyglądały studia w Danii? Czy może Pan wskazać – na podstawie doświadczeń własnych i relacji znajomych – podstawowe różnice pomiędzy studiami poza granicami w kraju i w Polsce?

Sam nigdy nie studiowałem w Polsce, także bezpośredniego porównania nie mam. Mogę natomiast powiedzieć, że umiejętności, których zdecydowanie brakowało mi na pierwszym roku studiów, to dobra praca w grupie, konstruktywna komunikacja oraz umiejętność dzielenia się i przyjmowania konstruktywnej krytyki. W Danii student ma bardzo dużo wolności. Nie mówię już o fakcie, że przynajmniej na mojej uczelni, można było w ogóle nie chodzić na wykłady i tylko zaliczać egzaminy (nie ma listy obecności jak w Polsce), ale chodzi o wolność wypowiedzi i rozwoju. Wdawanie się w dyskusję z profesorem nie jest niczym niezwykłym. Są egzaminy, gdzie uczeń sam musi wymyślić temat, na który będzie pisać, wiele egzaminów pisemnych można pisać w grupie (w tym pracę licencjacką i magisterską). Dlatego od początku miałem wrażenie, że żeby dobrze wykorzystać czas na uczelni, trzeba być osobą dojrzałą, która potrafi zarządzać czasem, która potrafi się uczyć samodzielnie i nie boi się zadawać pytań.
Inną rzeczą jest to, że na mojej uczelni było sporo studentów z całego świata, także samo życie na uczelni było międzynarodowe, a wykłady oczywiście po angielsku. Z relacji znajomych studiujących w Polsce mam wrażenie, że nie ma takiego samego zjawiska na polskich uczelniach.

Czy w Danii kiedykolwiek czuł się Pan wyobcowany?

Myślę, że ciężko jest nie czuć się wyobcowanym z daleka od rodziny, przyjaciół i możliwości używania własnego języka w szkole lub w pracy. Tak, czułem, i wciąż czasami czuję się w jakiś sposób wyobcowany.

Czy Pana zdaniem możemy mówić o kompleksie Polaka? Czy mamy podstawy, by czuć się gorsi?

Kompleks Polaka istnieje. Jeżeli ktoś ma wątpliwości co do tego, to proszę się zastanowić, jak często witamy się z Polakami, kiedy słyszymy język polski będąc za granicą. Myślę, że ten kompleks wcale nie wynika z tego, że czujemy się gorsi, a raczej z tego, że będąc za granicą w jakiś sposób chcemy pozostać incognito i bardzo krytycznie patrzymy na innych Polaków. Osobiście nie wstydzę się tego, że jestem z Polski, co przez jakiś czas było dla mnie kłopotem. Poczucie niższości chyba kiełkuje w nas od małego - przez nasze polskie narzekanie i malkontenctwo, ciężko poczuć się dumnym z naszego kraju i sami siejemy ziarno negatywnego myślenia we własnych głowach. Przynajmniej mam takie wrażenie. To poczucie niższości przy zderzeniu z rzeczywistością krajów zachodnich narasta i tworzy kompleks Polaka. Bo powodów do tego, żebyśmy mieli czuć się gorsi, nie ma. O tym właśnie piszę w książce i to chciałem pokazać prezentując historie młodego pokolenia Polaków.

Czy po zamieszkaniu w nowym miejscu przyjął Pan obyczaje i styl życia mieszkańców Danii czy raczej pieczołowicie kultywował polskie tradycje?

Raczej w ogóle przestałem pielęgnować jakiekolwiek tradycje. Nigdy nie byłem dobry w pielęgnowaniu tradycji, pamiętaniu o urodzinach, wiedzy o dawnych obyczajach… Także to się nie zmieniło.

Zdarzały się trudne momenty? Chwile, kiedy chciał Pan pakować się i wracać?

Najtrudniejsze było pierwsze pół roku. Wtedy czułem się bardzo samotny, nie miałem jeszcze przyjaciół w Kopenhadze, nie miałem zespołu muzycznego, miałem różne kompleksy i nie czułem się dobrze sam ze sobą. Dopiero pod koniec pierwszego roku na studiach, poczułem wiatr w żaglach. Czułem się pewniejszy siebie. Wiedziałem, że jeszcze wiele przede mną, ale to ja decyduję o mojej przyszłości i o tym czy moje życie będzie ciekawe i pełne przygód, czy też nie.

Co pomagało w pierwszych miesiącach w Danii?

Muzyka, książki, rozmowy z rodziną i przyjaciółmi. Pamiętam, że słuchałem wtedy namiętnie płyty “Pasjans na dwóch” Andrzeja Sikorowskiego i Grzegorza Turnaua, co było dla mnie takim intymnym połączeniem z Polską i powodem do wielu refleksji.

Czy widzi Pan dla siebie jakieś perspektywy, w przypadku powrotu do Polski? A może powrót – którego spodziewałam się czytając zakończenie – już miał miejsce?

Wyprowadziłem się z Danii na początku 2014 roku i zamieszkałem w Warszawie. Wziąłem półroczny urlop z pracy, ponieważ chciałem zobaczyć jak to jest być, mieszkać i pracować w Polsce, a przy okazji chciałem poświęcić się swoim pasjom. Nigdy jako dorosły człowiek nie miałem okazji zasmakować polskiej rzeczywistości i czułem, że będę żałować jeśli nie spróbuję. Pierwszych pięć miesięcy to był najlepszy okres mojego życia - kończyłem pisać książkę, pracowałem nad swoją firmą, podróżowałem, grałem muzykę… Miałem takie życie, o jakim marzyłem. Po pięciu miesiącach zwolniłem się z pracy w Kopenhadze, ponieważ miałem wrażenie, że nie dowiem się jak to jest mieszkać w Polsce, jeżeli nie pójdę do pracy. Pracowałem przez cztery miesiące jako Project Manager w jednej z warszawskich firm, co pozwoliło mi na wyrobienie własnego zdania na temat tego jak się czuję w Polsce i w Warszawie. Jestem nauczony innej kultury pracy i tęskniłem za spokojem jaki oferowała Kopenhaga, także znalazłem nową pracę w Danii. W styczniu tego roku wróciłem do Kopenhagi. Czyli tak, powrót miał już miejsce, jednak widzę wiele perspektyw w Polsce i być może będę częstym gościem w kraju, jeżeli uda mi się zrealizować kilka nowych pomysłów…

Czy uważa się Pan za osobę sukcesu?

Niestety, mam dość wygórowane ambicje i wciąż uczę się cieszyć ze swoich osiągnięć. Nie uważam siebie za człowieka sukcesu. Jeszcze dużo pracy przede mną i może pewnego dnia poczuję, że odniosłem jakiś sukces. Teraz cieszę się z małych rzeczy i z tego, że mam kontrolę nad rozwojem własnej kariery i zainteresowań. Cieszę się, że mogę realizować swoje plany i rozwijać zainteresowania. Jednak do poczucia sukcesu jeszcze daleko.

Spełniony zawodowo mężczyzna pisze książkę o polskiej emigracji – skąd ten pomysł? Czy to swego rodzaju próba przedstawienia „prawdziwej twarzy” emigranta? Obalenia stereotypu słabo znającego język Polaka, który nadaje się wyłącznie do pracy fizycznej?

Spełniony zawodowo… Dużo powiedziane. Wciąż szukam swojego miejsca w świecie zawodowym i chyba właśnie te poszukiwania zmusiły mnie do refleksji nad życiem na emigracji. Przez pierwszych pięć lat czułem się gorszy z racji tego, że jestem z Polski, chociaż w żaden sposób nie jestem gorszy od Duńczyków. Zacząłem się zastanawiać, czy inni Polacy, którzy również zintegrowali się w innych krajach i realizują swoje marzenia, czują na sobie “piętno Polaka na zmywaku”. Dziwnie to brzmi, ale po prostu chciałem pokazać, że Polak to nie tylko robotnik, ale też artysta, naukowiec, menadżer. Miałem poczucie, że zarówno w kraju, jak i za granicą, panuje przeświadczenie o tym, że wyjeżdża się za granicę do pracy fizycznej, żeby sobie dorobić. A przecież jest cała masa ludzi, którzy wyjechali na studia lub do pracy intelektualnej i potrafili zbudować swoje życie za granicą na nowo. O tych ludziach się nie mówi, a myślę, że to właśnie ich historie powinny być inspiracją dla tych, którzy myślą wyjeździe lub o studiach za granicą, albo też chcą realizować swoje marzenia i ambicje w Polsce. Chciałem pokazać, że nie jesteśmy gorsi, że są wśród nas fantastyczni ludzie, którzy nie boją się wyjechać za granicę by realizować swoje marzenia. Część bohaterów książki wróciła do Polski na stałe, by wykorzystać swoją wiedzę i doświadczenia pracując w Polsce. Chciałem uwiecznić to zjawisko, to pokolenie ludzi bez granic, którzy zmieniają wizerunek Polski za granicą i którzy, mam nadzieję, będą zmieniać Polskę na lepsze.

Pana rozmówcy wydają się być ludźmi, których emigracja niezwykle wzbogaciła, wyposażyła w zestaw wielu umiejętności, stała się przepustką do dalszej kariery. Nie czuł Pan potrzeby przytoczenia wypowiedzi tych, którym się nie udało?

Co to znaczy “nie udało”? Każdy kto spróbował i miał odwagę wyjechać z kraju z jakiegokolwiek powodu nie może mówić, że się “nie udało”. To jest ironiczne, bo nawet kwestie wyjazdu za granicę rozpatrujemy w kategoriach sukcesu i porażki. A przecież tak nie jest. Czy sukces oznacza zmianę obywatelstwa z polskiego na duńskie, angielskie lub francuskie? Czy może ilość lat spędzonych za granicą? Są osoby, które po wyjeździe z Polski chcą wracać i to nie jest powód, żeby mówić, że coś im się “nie udało”. Jest bardzo fajny przykład w książce, gdzie jeden z bohaterów opowiada o swoim przyjacielu, który również mieszkał w Danii, jednak od razu po studiach chciał wracać. To, że wrócił, nie jest przecież porażką, to powód do radości, zwłaszcza, że ten człowiek ma teraz własną, bardzo dobrze prosperującą firmę.
Nie chciałem jednak, żeby w książce były opinie tych, którzy pomieszkali za granicą pół roku lub rok i wrócili do kraju. Unikałem osób, które pomieszkiwały za granicą, bo wyjechały na wymianę studencką. Wymiana na uczelni jest dość odległa od doświadczeń bohaterów książki. Kto nie wierzy, niech przeczyta.

Jak książkę przyjęło Pana środowisko w Danii? A w Polsce?

Zanim książka wyszła w druku, opublikowałem ją za darmo jako e-book, którego pobrało około 1500 osób. W ciągu ostatniego roku dostałem sporo wiadomości od ludzi, którzy przeczytali książkę i identyfikowali się z bohaterami i problemami, które są w niej opisane. Dwa fragmenty listów można przeczytać na tylnej okładce książki. Także odbiór wśród Polaków na emigracji był głównie pozytywny. Książka w wersji drukowanej została opublikowana tylko w Polsce i nie wiem czy nie jest jeszcze za wcześnie, by oceniać jej odbiór. Widziałem w internecie kilka pozytywnych recenzji, miałem okazję porozmawiać o książce na antenie radia RDC, teraz mam przyjemność rozmawiać z Tobą, także póki co, spotkałem się z pozytywnym odbiorem. Biorąc pod uwagę, że to moja pierwsza książka, a nakład na promocję i marketing jest bardzo mały, uważam, że spotkałem się z dużym zainteresowaniem.

Czy możemy spodziewać się kolejnej książki, na przykład poświęconej Danii?

Wydaje mi się, że ten temat został już wyczerpany w “Pokoleniu bez granic”. Mam pomysły na następną książkę, jednak nie wiem, czy będzie ona dotyczyć życia na emigracji, czy też czegoś zupełnie innego. Na razie jestem ciekaw jak “Pokolenie bez granic” będzie odebrane przez czytelników i czy będzie to książka, po którą sięgnie wielu Polaków.

Bardzo dziękuję za rozmowę.


wtorek, 21 lipca 2015

Paweł Jackowski "Pokolenie bez granic"

Autor: Paweł Jackowski
Wydawnictwo: rozpisani.pl

Ze sporządzonego przez Work Service raportu wynika, że do końca 2015 roku, z Polski wyjedzie 1,275 mil obywateli. Da to rekordowy wynik 3 milionów emigrantów, którzy poza granicami kraju szukają sposobu na poprawienie jakości swojego życia, na rozwój, a niekiedy na przetrwanie. Jak wygląda takie życie na emigracji? Czy rzeczywiście Polacy wybierając życie poza Ojczyzną z dyplomem magistra w kieszeni, ograniczają się wyłącznie do pracy na zmywaku czy pielęgnacji starszych osób? Jakie stereotypy dotyczące Polaków funkcjonują za granicami i czy są one prawdziwe?

Na te wszystkie pytania pozwoli odpowiedzieć książka Pawła Jackowskiego „Pokolenie bez granic. Nieznane historie młodej polskiej emigracji”. Opublikowana nakładem wydawnictwa rozpisani.pl pozycja, to właściwie dokument stanowiący odzwierciedlenie nie tylko losów kilku bohaterów, ale tak naprawdę portret polskiej emigracji, daleki od obrazu „Polaczka pracującego na zmywaku”.

Autor, będący reprezentantem młodego i wykształconego pokolenia emigrantów, ma na koncie ponad sześć lat spędzonych w Danii. Skończył tam studia licencjackie i magisterskie na prestiżowym Copenhagen Business School, pracuje w sektorze finansowym, prowadząc jednocześnie własna firmę, a w wolnych chwilach oddając się muzyce. Doświadczenia nabyte poza granicami kraju, zarówno przez niego, jak i przez jego znajomych, skłoniły go do napisania książki, będącej właściwie zbiorem wywiadów dotyczących życia na emigracji, perspektyw rozwoju oraz dalszych planów rozmówców.

Jak sam autor deklaruje: „Celem tej krótkiej książki nie jest rozstrzyganie wad i zalet emigracji. Nie dowiesz się z niej, ilu Polaków wyjechało za granicę w ostatnich latach ani jaki jest wpływ masowej emigracji n rozwój gospodarczy Polski (…). Książka jest pomyślana jako opowieść o tych, którzy wyjechali z kraju, którzy postanowili spróbować życia poza granicami Polski”. Mamy zatem Konrada, który niedawno przeprowadził się do Paolo Alto w Dolinie Krzemowej. Jako student Politechniki Warszawskiej na Wydziale Mechatroniki, jednocześnie rozpoczął studia w Monachium, gdzie po raz pierwszy udało mu się połączyć teorię zdobytą w kraju z praktyką. On też zwraca uwagę na odmienny system nauczania i nastawienie zagranicznej uczelni na zdobywanie doświadczeń i bezpośrednie działanie, zamiast przyswajania pustej teorii.

Autor rozmawia również z Bartkiem, którego studia na Danmarks Tekniske Universitet były tak naprawdę dziełem przypadku. Po ośmiu latach spędzonych w Danii, gdzie pracował dla IBM, przeniósł się do tej samej firmy do Zurychu w Szwajcarii. Obecnie pracuje jako konsultant w firmie zajmującej się badaniami rynku i studiuje na studiach MBA na University of St.Gallen. Jest też Iwo, doktorant na Uniwersytecie w Cambridge w Wielkiej Brytanii oraz Natalia, mieszkająca od siedmiu lat w Berlinie, studentka najlepszego w kraju uniwersytetu Humboldta, pracująca w jednym z koncernów biofarmaceutycznych. Jackowski rozmawia również z Paulą ze Sztokholmu, która w Szwecji jest od pięciu lat, a obecnie pracuje w organizacji non-profit zajmującej się lobbowaniem na rzecz osób niepełnosprawnych i niewidomych, a także z Łukaszem, który ze studiów AGH w Krakowie, dzięki programowi Erasmus przeniósł się do Grenoble we Francji i przekonał, jakie możliwości rozwoju daje zagranica. Jest również Beata, studentka University of Greenwich, która po kierunku medioznawstwo, kulturoznawstwo i komunikacja społeczna rozpoczęła studia MBA na St.Mary`s University w Londynie.

Wszyscy ci bohaterowie są poza granicami kraju od kilku lat i choć różnie układały się ich drogi, choć różne mają zapatrywania co do przyszłości, to większość z nich planuje powrót do kraju tylko w celach turystycznych. Zagraniczne pobyty nauczyły ich samodzielności, a choć stanowiły ciężką lekcje życia, to dzięki temu są oni przekonani, że sobie poradzą w każdych warunkach. W swoich wypowiedziach przedstawiają drogi, które zaprowadziły ich na zagraniczne uczelnie, mówią o swoich ścieżkach kariery, o tym, co ich zaskoczyło, rozczarowało, a także o możliwościach, jakie oferują konkretne kraje. Piszą również o negatywnym aspekcie bycia Polakiem, u stereotypach, zrównujących Polaka ze złodziejem samochodów czy robotnikiem, o żartach, których musieli słychać na temat przedstawicieli swojego narodu, o nierównym traktowaniu. Okazuje się, że wcale nie trzeba mieć zamożnych rodziców by studiować na zagranicznej uczelni – wystarczy tylko nieco poszukiwań, skorzystanie z odpowiednich programów, a także spora doza determinacji, by rozpocząć największą przygodę swojego życia.

„Pokolenie bez granic” jest lekturą niezwykle wciągającą, zmuszającą do refleksji, a być może również do modyfikacji własnych planów. Autor nie ocenia, nie wywiera presji na rozmówcach, ogranicza swoją rolę wyłącznie do zadawania pytań, wyciąganie wniosków zostawiając czytelnikowi. Po książkę powinni sięgnąć ci, którzy planują rozpoczęcie poza granicami kraju studiów, kariery zawodowej oraz ci malkontenci, którzy są przekonani, że wszędzie jest lepiej  niż w Polsce. Inaczej, ale czy lepiej – na to pytanie będą być może mogli sobie odpowiedzieć po przeczytaniu wywiadów Pawła Jackowskiego, a także jego własnej historii. Osobiście mam nadzieję, że autor pokusi się o kolejną publikację – z chęcią przeczytałbym książkę obrazującą jego życie w Danii, zawierającą informacje niezbędne każdemu, kto pragnie tam studiować, kto z krajem pragnie związać swoją przyszłość.




piątek, 26 września 2014

Izabela Sowa "Powrót"

Tytuł: Powrót
Autor: Izabela Sowa
Wydawnictwo: Znak

„Ze złudzeniami jest jak z nałogiem – nie da się od nich uwolnić, można je tylko zamienić na inne”. Mimo prawdziwości tych słów wciąż karmimy się złudzeniami, nadziejami, wciąż wierzymy, że w innym miejscu i czasie nasze życie byłoby lepsze, a my sami spełnieni i szczęśliwi. Tak naprawdę jednak subiektywne poczucie szczęścia nosimy w sobie, a dopóki nie dojrzejemy do tej prawdy, dopóki będziemy zadowolenia poszukiwać na zewnątrz siebie, skazani jesteśmy na rozczarowania i nieustanną gonitwę. Nasz umysł bowiem nie znosi pustki i natychmiast wynajduje sobie kolejny miraż, kolejną fatamorganę, w którą zaczyna wierzyć.

W poszukiwaniu złudzeń Dorotka wyruszyła w daleki świat. Przekonana, że za tam jest inaczej, że przekroczenie wyimaginowanej granicy odmieni jej życie, wkroczyła w świat dorosłych. Świat, który ją rozczarował. Również sama Dorotka rozczarowuje – nie zrobiła kariery, zrezygnowała ze studiów, mieszka w nędznym mieszkanku, nie ma dzieci a nawet nie jest w związku. Jest jedną z tych, które zbyt często trwonią „czas, pieniądze albo dobre okazje” biernie obserwując mijający czas. Na dodatek wciąż pozostaje Dorotką i to zdrobnienie imienia jest symboliczne, oznacza trwanie w stagnacji, w przeszłości, a przy tym zupełne oderwanie się od rzeczywistości.

Przy tym wszystkim bohaterkę „Powrotu”, najnowszej książki Izabeli Sowy, można nazwać artystką. Porzuciła studiowanie dzieł wielkich malarzy i oddała się szlachetnej sztuce tatuażu, co w oczach matki czyni ją lekkomyślną i nieodpowiedzialną, a każde spojrzenie rodzicielki przypomina o zawodzie i rozczarowaniu dzieckiem. Powieść, opublikowana nakładem wydawnictwa Znak, jest prostym w swej formie, ale jednocześnie oryginalnym tekstem. Nie znajdziemy tu wartko toczącej się akcji, nie ma tu zapierającej dech w piersiach fabuły. Są za to wyjątkowi bohaterowie oraz przemyślenia na temat życia – na temat lat minionych oraz bycia „tu i teraz”.

Dorotka powraca do Polski po sześciu latach pobytu w Europie. Odkąd po zaliczonej sesji zimowej porzuciła swój indeks i wykorzystując prawie połowę swych oszczędności kupiła bilet do Palermo, wciąż gnała do przodu, zmieniając kraje, zawody oraz mężczyzn. Na swoim koncie ma złamane serca, szalone imprezy oraz trzy języki obce. I znajomość technik tatuażu, które opanowała do perfekcji, tworząc wzory na indywidualne zamówienie.

Dorotka od lat pisze swój własny scenariusz, stanowczo protestując przeciwko wpasowaniu się w schematy i standardy. Niecodzienny jest nawet jej sposób ubierania się, będący swego rodzaju manifestem. Ale obecna Dorotka nie jest już tą buntowniczką, jaką była jeszcze kilka lat temu. Choć jej dusza i serce pozostały narowiste, to ona nauczyła się powstrzymywać od komentarzy, doprowadziła milczenie do perfekcji. Szczególnie uważa na słowa przy klientach, którzy często traktują wizytę w salonie tatuaży niczym wizytę u psychoterapeuty i dzielą się swoimi problemami oraz oczekiwaniami.

Dorotka nie chce rozwiązywać problemów innych, ma swoje własne. Zatem postacie uczestniczące w jej życiu obserwujemy niejako z boku, samodzielnie kształtując sobie opinię na temat związku jej rodziców, którzy pomimo jawnej deklaracji braku uczucia, wciąż są razem, na temat zachowania Ren, która oddala się od bohaterki coraz bardziej, przyjaciółki Moniki, czy ekscentrycznego modela.

Niestety Sowa stawiając na górnolotne słowa, zapomniała o treści. Choć otrzymujemy wciągające studium polskiej rzeczywistości i spojrzenie młodej kobiety na otaczający ją świat, pełen konsumpcyjnych zapędów, choć książka stanowi protest przeciwko konwencjonalnemu podejściu do planów i ram, w które jesteśmy wtłaczani od dzieciństwa, to jest zbyt chaotyczna i powierzchowna, by stać się powieścią wyjątkową. Chciało by się wręcz powiedzieć, że jest „przekombinowana”, nie wspominając już o braku sympatii do Dorotki, która denerwuje od pierwszych stron. 

Odnoszę wrażenie, że to zadanie autorskie przerosło Sowę, bowiem mimo doskonałej koncepcji wykonanie już nie jest tak dobre. Co nie znaczy, że o książce należy zapomnieć natychmiast po jej przeczytaniu. Wręcz przeciwnie – powinna ona stanowić bodziec do analizy własnych zachowań, do rozliczenia się z przeszłością i zajęcia własnego stanowiska na temat teraźniejszości. Jest impulsem do tego, by walczyć o siebie i swoją niezależność!

piątek, 2 listopada 2012

Agnieszka Bednarska "Agnieszka Bednarska"


Tytuł: Wszystko przed nami
Autor: Agnieszka Bednarska
Wydawnictwo: Replika
Sytuacja na runku pracy, nasilające się fale zwolnień i nieadekwatność programów studiów i szkoleń do wymogów pracodawcy sprawiają, że coraz więcej osób widzi rozwiązanie kłopotów finansowych wyłącznie poza granicami kraju. Po boomie wyjazdowym sprzed lat, kiedy to tzw. Green Card była przepustką do lepszego życia w Ameryce, po masowych wyjazdach do Anglii po wejściu Polski do Unii nastał czas na kolejne wyjazdy w miejsca, gdzie można jeszcze liczyć na jakąkolwiek pracę. Nastał również czas na pogodzenie z konsekwencjami emigracji w tym jednym z najbardziej bolesnych jej skutków, jakim jest rozpad związku.
O takiej emigracji pełnej zawiedzionych nadziei, o związkach na odległość i o marzeniach na świetlaną przyszłość poza granicami Polski pisze Agnieszka Bednarska. Jej powieść „Wszystko przed nami” wydana nakładem wydawnictwa Replika to niezwykle realistyczny portret ludzi, dla których pobyt za granicą stał się katalizatorem zmian, i często nie były to zmiany na lepsze. Autorka problem emigracji zna z własnego doświadczenia, bowiem przebywając od 2005 roku w Wielkiej Brytanii jest bezpośrednim świadkiem dramatów setek rozdzielonych umownymi granicami krajów. Lektura ksiązki zapada nam głęboko w pamięć, bowiem bohaterowie to ludzie pełni słabości, emocji i problemów – ludzie tacy jak my. Autorka, mimo literackiej fikcji, doskonale odzwierciedliła cienie i blaski „pogoni za chlebem” i choć emigracja nie jest sednem powieści, to odgrywa ona w niej niebagatelną rolę.
Poznajemy Ewkę i Sebastiana, Agatę i Tomasza, Różę i Leszka oraz Mirkę i Macieja – pary, w przypadku których rozłąka czy nawet wspólny wyjazd bądź jego plany, odbiły się na sile uczucia czy znacząco zmieniły codzienność. Połączeni więzami przyjaźni zmagają się z rozmaitymi problemami, muszą też podjąć kluczowe dla związku czy życia decyzje, te zaś nigdy do łatwych nie należą. Maciej to wrak człowieka – śmierć syna i zniknięcie żony pozbawiły go motywacji do podejmowania jakichkolwiek działań. Tylko dzięki pomocy Ewki jest w stanie funkcjonować, to ona dba o jego dom czy wyżywienie. Mężczyzna bowiem spędza całe godziny chodząc po mieście i penetrując każdy jego zaułek w poszukiwaniu jego zony. Wierzy, że Mirka żyje, zaś jej powrót do domu opóźnia jedynie strach przed konfrontacją z nim, ale też z rzeczywistością.
Agata to ofiara planów wyjazdowych swojego męża. Mimo, że w jej przypadku nie można mówić o rozłące, to pobyt w Anglii jest dla niej i dla dzieci prawdziwą karą. Jedyne, co pozostaje jej w obcym kraju to intensywna nauka języka i wspominanie romansu, jaki przeżyła jeszcze przed wyjazdem. Pragnienie spotkania z kochankiem przeplata się z poczuciem winy wobec Tomka przynajmniej do chwili, kiedy przyłapuje męża w łóżku z kochanką. Jedyną alternatywą wydaje się jej powrót do Polski, do swojego ukochanego. Jedna, czy on również czeka na nią z taką tęsknotą w sercu?
Ewka i Sebastian to para w trakcie rozwodu. Emigracja i związana z nią rozłąka uczyniła z nich parę obcych ludzi, zatem wspólne życie straciło swój sens. Pozostaje jedynie w sposób kulturalny się rozstać i ułożyć sobie życie w pojedynkę. Ewka, początkujący agent nieruchomości ma na to duże szansę szczególnie, że jej szef i przyjaciel zarazem składa jej wspaniałą propozycję. Czy kobieta podejmie wyzwanie i odpowiedzialność związaną z awansem? A co najważniejsze, czy otworzy swoje serce ponownie przed miłością?
W przeciwieństwie do związków przyjaciółek, szczęcie małżeńskie Róży i Leszka wydaje się być niczym nie zmącone. Właśnie urodziło im się dziecko i choć jego dziadkowi trudno się pogodzić z metodą jego poczęcia, to wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku. Jednak niespodzianka, którą szykuje dla nich los skłania Leszka do samotnego wyjazdu w poszukiwaniu zarobków, za które utrzymanie rodziny jest realne.  Czy choć ta para przetrwa rozłąkę i próbę czasu?
Gorączkowej potrzebie stabilizacji i ułożenia sobie życia na nowo przez bohaterów towarzyszy cień Mirki, której poszukiwania w dalszym ciągu prowadzą. Czy racje miała wróżka Gizella mówiąc, że gdzieś tam żyje kobieta, która nie chce wrócić i to przyjaciele muszą ją odnaleźć?
„Wszystko przed nami” to powieść, którą pisało samo życie, zaś Agnieszka Bednarska nadała jej jedynie właściwy kształt. Doskonale prowadzona akcja, prosty język bez ozdobników czy sztucznego kreowania rzeczywistości czynią książkę niezwykle prawdziwą. Zarówno bohaterowie, jak i ich losy stanowią odzwierciedlenie codzienności wielu Polaków, podobnie jak konsekwencje emigracji. Czy zatem wyjazd za pracą rzeczywiście jest szansą zaś obcy kraj Złotym Eldorado? A może to fatamorgana, za którą czai się wyłącznie samotność?


Recenzja została umieszczona także na stronach wortalu literackiego Granice.pl

środa, 15 sierpnia 2012

Anna Łajkowska "Miłość na wrzosowisku"

Tytuł: Miłość na wrzosowisku
Autor: Anna Łajkowska
Wydawnictwo: Damidos










Czym tak naprawdę jest miłość? Czy rodzi się powoli, dojrzewając, czy może wystarczy jedno spojrzenie, jeden dotyk, aby owładnęła nasze ciała i umysły? Czy do tego, aby się rozwijała, konieczna jest obecność drugiej osoby, czy też wystarczy zaledwie jej wyobrażenie, pamięć i tęsknota?
Te pytania nasuwają się podczas lektury powieści „Miłość na wrzosowisku”, będącej kontynuacją „Pensjonatu na wrzosowisku” Anny Łajkowskiej. Odpowiedzi nie znajdziemy w lekturze, ale w naszych sercach, zaś książka może stać się inspiracją do przemyśleń, refleksji oraz bodźcem do tego, by na miłość sobie w ogóle pozwolić. Autorka, operując z wyczuciem słowem, portretuje ludzi i ich tęsknoty, rozterki, problemy dnia codziennego w taki sposób, że czujemy się z nimi emocjonalnie związani, a co więcej, sami stawiamy się na ich miejscu, rozważając kolejne kroki i życiowe wybory.
Spotykamy Basię, która po przeżyciach w krainie sióstr Brönte, postanawia ostatecznie zerwać ze swoim dotychczasowym życiem i marazmem, który ją ogarniał po przeprowadzce z Polski do Ashford. W podjęciu decyzji pomogła sytuacja zawodowa Marka oraz awans, który przypadł w udziale innej osobie oraz odszkodowanie za wypadek z psem, które wywalczył dla Basi James. Dzięki temu mogła ona zrealizować swoje wielkie marzenie i nie tylko kupić w Haworth dom, ale również otworzyć w nim kawiarenkę.  Nie sądziła jednak, że taka działalność będzie wymagała takiego nakładu pracy szczególnie, że mąż pracujący jako freelancer nie jest w stanie jej pomóc.
Całe szczęście, że na miejscu jest James – jej bohater, który zafascynował ją już podczas pierwszego spotkania. Znający się na elektryce mężczyzna staje się częstym gościem w kawiarni Basi i szybko zaczyna ich łączyć coś więcej, poza sprawami zawodowymi. Równolegle z historią miłosną Basi toczy się wiele spraw, jej córki dorastają, zaś starsza, Karolina, podejmuje decyzje o wyjeździe do szkoły z internatem. Niezauważalnie, tydzień po tygodniu, rodzina się rozpada, zaś więzi rozluźniają. Zapracowana i pochłonięta romansem kobieta nie ma już czasu dla Marcina, który zaczyna spędzać coraz więcej czasu ze swoim ojcem, nie wie nawet, że młodsza córka ma chłopaka i to z poważnym problemem alkoholowym. Mimo to, trudno jest potępiać bohaterkę, której miłość do Jamesa jest tak zachłanna, a jednocześnie tak desperacka, że nasuwa się pytanie, jak mało emocjonalne musiało być dotąd jej życie, że odkrywa teraz tak wiele niezaspokojonych potrzeb.
Jednocześnie w odniesieniu do Basi nasuwa się słowo „tchórz”, bowiem wzbrania się przed podjęciem ostatecznej decyzji o rozstaniu z mężem. Romans z Jamesem nie przeszkadza jej w zbliżeniach z mężem, co więcej sytuacja mimo uciążliwości, jest dla niej na tyle komfortowa, że nie chce niczego zmieniać. To James, mimo grożącej mu utraty córki, planuje ich wspólną przyszłość, a by ułatwić kobiecie wybór, a przy okazji przemyśleć całą sytuację, decyduje się na wyjazd do Afganistanu. Czy Basia będzie walczyć o swoje szczęście? Czy zaryzykuje wszystko, by być z ukochanym, czy wybierze wygodne życie u boku męża, z którym już od dawna nie jest związana żadnymi uczuciami? A może to los podejmie decyzję za nią?
„Miłość na wrzosowisku” to książka o wiele bardziej dojrzała niż „Pensjonat na wrzosowisku”, w którym dominowała atmosfera niepewności, tymczasowości Anny Łajkowskiej, jako pisarki. Tu nie waha się zagłębiać w emocje, w zajmujący sposób maluje sylwetki bohaterów i to nie tylko rodziny Basi, ale także mieszkańców miasteczka. O ile w poprzednim tomie można było odnieść wrażenie lekkiego chaosu i wątków niekiedy niepotrzebnych, to tu wszystko układa się w spójną całość, naznaczoną zapachem kawy z kawiarni i barwami wrzosów porastających okoliczne pola. Poznajemy fascynującą historię Johna, starego antykwariusza i kobiety, za którą tęsknił całe życie, a także ciepłą i delikatną Ninę, sprzedawczynie w sklepiku z rękodziełem. Na kartach książki miasteczko tętni życiem, zaś w nas rodzi się pewność, że Basia podejmie właściwa decyzje. Czy rzeczywiście? Czy miłość musi kierować się zdrowym rozsądkiem? Czy to uczucie może usprawiedliwić krzywdę, jaką wyrządza się otoczeniu? Odpowiedzi znajdują się w naszym sercu. Tam i w książce Anny Łajkowskiej „Miłość na wrzosowisku”.

Recenzja znajduje się również na stronach wortalu literackiego Granice.pl

wtorek, 14 sierpnia 2012

Anna Łajkowska "Pensjonat na wrzosowisku"

Tytuł: Pensjonat na wrzosowisku
Autor: Anna Łajkowska
Wydawnictwo: Damidos










Masz takie dni, kiedy jedynym wyjściem z sytuacji, wydaje się rzucenie wszystkiego, trzaśnięcie drzwiami i podróż w siną dal? Masz takie dni, kiedy denerwuje wszystko, począwszy od szczekania psa sąsiadki, poprzez uśmiech (być może kpiący) drugiej połówki po pogodę (znów deszczową)?. Masz takie dni, kiedy poddajesz w wątpliwość sens swojego życia, dotychczasowych osiągnięć czy wyborów? Ja miewam takie gorsze chwile wypełnione wątpliwościami i lękiem o przyszłość, i może dlatego doskonale rozumiem Basię, bohaterkę książki Anny Łajkowskiej. „Pensjonat na wrzosowisku”, będący debiutem powieściowym autorki, to właśnie takie spojrzenie na rzeczywistość, od której często chcielibyśmy się odciąć, pozostawiając wszystko za sobą i rozpoczynając nowy rozdział. To niezwykle ciepła i sentymentalna powieść o marzeniach i ich braku, oraz o równowadze, którą każdy z nas powinien osiągnąć.
Dla Basi i jej dzieci takim nowym etapem życia miał być pobyt w Anglii. To tu mąż dostał dobrą pracę w fabryce w Ashford, jako pracownik IT i wreszcie mogli pozwolić sobie na godne warunki, a nie jak w kraju, na spoglądanie z niepokojem na topniejący stan funduszy pod koniec miesiąca. Choć Basia zostawiła maleńką, ukochaną firmę zajmującą się dekoracją kościołów na śluby, to przecież w Wielkiej Brytanii rysowały się nieograniczone możliwości, przed młodą, rzutką bizneswoman. Ona jednak zdecydowała się poświęcić wychowaniu synka tyle tylko, że pozbawiła się tym samym sposobu na wyrażanie siebie i realizację swoich pasji. Może dlatego od dłuższego czasu zaczyna jej ciążyć pustka, a kolejne pomysły na życie porzuca, zanim jeszcze dokładnie je rozważy.
Wakacje na południu Francji miały stać się odskocznią od codzienności i okazją do odpoczynku. Jednak perspektywa znalezienia się z kłócącymi się córkami, wyczerpanym mężem i synkiem w jednym domku przeraziła Basię do tego stopnia, że nie tylko podjęła decyzję o zmianie kierunku podróży, ale wyruszyła w nią jedynie z synkiem. Planując pobyt w krainie sióstr Brönte nie spodziewała się, że decyzja ta (pozornie irracjonalna) zmieni nie tylko jej podejście do wielu spraw, ale i całe życie.
Basia trafia do urokliwego pensjonatu w Quenhope, koło Haworth prowadzonego przez Charoll - osobę niezwykle życzliwą i empatyczną, która staje się nie tylko gospodynią, ale i przyjaciółką. Jej pomoc jest nieoceniona szczególnie po wypadku, jakiemu uległa Basia bronią synka przed rozszalałym psem. Kiedy pogryziona zostaje zabrana do szpitala musi zaufać obcej przecież osobie i powierzyć jej opiekę nad swoim dzieckiem. Ale Quenhope to nie tylko poczciwa Charoll, ale także sąsiad, były żołnierz James i niezwykła farmerka Hanna, hodująca bydło i… robiąca karierę w telewizji.
Tu, w otoczeniu otwartych, prostych ludzi, ceniących sobie każdą chwilę i przywiązanych do ziemi, zwierząt i ludzi Basia przekonuje się, że można żyć inaczej, lepiej i pełniej. Nie bez wpływu na jej decyzje ma też lektura pamiętnika zmarłej kuzynki, opisującej sekretny, wieloletni romans i świadomość, że ta oddała swoją tajemnice właśnie w jej ręce…
„Pensjonat na wrzosowisku” to nie tylko przemyślenia, wątpliwości i dylematy Basi. Autorka posłużyła się także jej mężem, dając mu szansę uzewnętrznienia swoich emocji i wypowiedzi. Naszkicowała tym samym portret rodziny, jakich wiele - Polaków przebywających na emigracji - przed którymi obczyzna odsłania zarówno swoje cienie, jak i blaski. I choć brakuje mi w książce głębszej analizy postaci, szczególnie Charoll i Jamesa, to jednak otuliłam się jej ciepłem, wspaniałymi, niezwykle plastycznymi opisami okolic oraz nadzieją, którą niesie. Nadzieją, że marzenia się spełniają….

Recenzja znajduje się także na stronach wortalu literackiego Granice.pl

niedziela, 15 lipca 2012

Justyna Polanska "Pod niemieckimi łóżkami"

Tytuł:Pod niemieckimi łóżkami
Autor:Justyna Polanska
Wydawnictwo: Świat Książki










„Polska świnia”, „Polski bicz”, „Wschodnia zaraza”, „Dziwka ze Wschodu”,  „Wódkożłopka”  - jakim jeszcze mianem można określić  w tak kulturalnym i absolutnie nie ksenofobicznym kraju jak Niemcy sprzątaczkę? Oczywiście sprzątaczkę z Polski, choć właściwie kraj pochodzenia nie robi tu różnicy, liczy się bowiem charakter wykonywanej pracy dla wielu dający podstawę, by sprzątaczkę poniżać, traktować jak śmiecia, obywatela drugiej (ba, nawet trzeciej) kategorii.
Nie można oczywiście zapomnieć, że wszystko to ma swoje podstawy. Wszak sprzątaczki „są nie tylko bezwstydne, nie tylko kradną, ale są w dodatku niedyskretne, potajemnie sabotują swoich pryncypałów”. Toż to niemal diabelskie pomioty. Zastanawiające jest to, dlaczego ludzie mimo takiego złego zdania o sprzątaczkach wciąż decydują się je zatrudniać i w drodze łaski pozawalają sprzątać swoje fekalia czy zakrwawione majtki. Oburzony/oburzona? W takim razie nie sięgaj po książkę  „Pod niemieckimi łóżkami. Zapiski polskiej sprzątaczki”, bowiem jeszcze nie raz z odrazą odwrócisz wzrok od tekstu, czy też, wyobrażając sobie sytuację, nabawisz się wymiotnych odruchów. Autorka książki Justyna Polanska odsłania bowiem przed czytelnikami kulisy zawodu sprzątaczki, zabierając nas tam, gdzie prawie nigdy nie mamy szans zajrzeć – do sypialni wielu domów, do łazienek i ubikacji. A tam, dzieją się rzeczy, o które nawet byśmy nie podejrzewali schludnych i wysoko postawionych właścicieli mieszkań.
Polańska opisuje rozwój swojej kariery jako sprzątaczka od momentu, kiedy w wieku dwudziestu jeden lat podjęła odważną decyzję o wyjeździe do Niemiec jako au pair. Patrząc na pracę swoich rodziców, prowadzących w Lesznie sklep z konfekcją, na zmagania się znajomych z szarą, polską rzeczywistością, w sierpniu 1998 r. odpowiedziała na ogłoszenie w lokalnej gazecie. Konsekwencją tego był wyjazd do miasta Offenbach do rodziny, która poszukiwała pomocy domowej z Polski. Najbogatsza dzielnica miasta, zawody gospodarzy (on – handlarz antykami, ona – stewardessa) dawały nadzieje na poprawę bytu i dobrą prace na czas zaklimatyzowania się w obcym kraju i nauki języka.  Justyna nie spodziewała się jednak, że będzie musiała stawiać czoło takim przeszkodom, jak … głód. Na miejscu okazało się bowiem, że handlowanie antykami oznacza bankructwo i powolną wyprzedaż zawartości swojego domu, a pieniędzy brakowało nierzadko nie tylko na jej wypłatę, ale też na kurs niemieckiego oraz jedzenie.
Wyrwanie się z tego błędnego koła w które wpadła i praca w bistro przekonały ją, że nie można zgadzać się na takie traktowanie i, że (po takim chrzcie bojowym) jest w stanie sama sterować swoim życiem. Stąd praca sprzątaczki, która dla emigranta okazuje się być na tyle intratną, że daje całkiem przyzwoity dochód i możliwość utrzymania się oraz rozwoju.
Autorka przytacza przykłady różnych osobliwości (nie mylić z osobowościami) z jakimi przyszło jej się zetknąć oraz dziwactw, którym ludzie oddają się w swoich domach. Sprząta u sędziny, komisarza policji (uprawiającego konopie na balkonie), adwokatów, lekarzy, pracowników reklamy, a nawet … u właścicieli burdelów. Poznajemy niektórych z jej klientów bliżej – zabawnego „Mr Chaosa”, który jest doradcą doradców i podróżuje po całym świecie, a w międzyczasie jest zdolny do zrobienia nieziemskiego bałaganu, „Panią Pudlo”, która cale życie przechowuje w pudłach,  a także Franka, który marzy o wielkich piersiach Justyny za trzydzieści euro. Polanska pisze o cieniach i blaskach tego typu pracy oraz o różnym podejściu klientów do niej i do jej pracy. Zazwyczaj, niestety, jest to mieszanina pogardy, wyższości, nieuprzejmości, zdarzają się też klienci nieuczciwi, u których całymi tygodniami trzeba się upominać o należność.
„Pod niemieckimi łóżkami” to lektura dla wszystkich, którzy planują wyjazd z Polski i to niezależnie od tego, gdzie planują budować swoje nowe życie. Bo tak, jak cham pozostanie chamem niezależnie od tego, gdzie mieszka, tak sprzątaczki będą różnie traktowane na każdej szerokości geograficznej przez mieszkańców danego kraju. Ważne jest, by to sobie uświadomić zanim podejmiemy decyzję o emigracji. Polanska pisze o swoich przygodach z dużą dozą humoru, choć często jest to czarny humor, a sytuacje w których się znalazła, niebezpieczne. Nie odradza wyjazdu, ale też i do niego nie nakłania – daje nam prawo wyboru lojalnie uprzedzając, że nie zawsze jest wesoło. Bonusem dołączonym do książki jest małe „ABC bezstresowego sprzątania”, czyli rady, jak usunąć osad z armatury, jak wyczyścić zabrudzone ramy okienne czy usunąć plamy – niezbędne dla każdej zabieganej pani domu oraz … sprzątaczki.


Recenzja została także umieszczona na stronach wortalu literackiego Granice.pl