Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytać. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytać. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 października 2023

Przemysław Borkowski "Diabelski krąg"

Tytuł: Diabelski krąg
Autor: Przemysław Borkowski
Wydawnictwo: Czwarta strona

Niekiedy powroty do przeszłości są niezwykle przyjemne, odprężające i wypatrujemy tylko okazji, by powspominać przeszłość. Bywa jednak i tak, że takie wyprawy do lat młodzieńczych, wcale nie są oczekiwane, a wręcz przeciwnie – robimy wszystko, by zapomnieć. Przeszłość ma jednak to do siebie, że nieustannie dopomina się o uwagę, nieustannie dostarcza nam pretekstów do tego, byśmy o tej przeszłości pomyśleć musieli.

sobota, 1 sierpnia 2020

Paulina Mechło, Paulina Polek "Trening językowy dla seniorów i nie tylko"

Tytuł: Trening językowy dla seniorów i nie tylko 
Autor: Paulina Mechło, Paulina Polek 
Wydawnictwo: Sensus 



Słowa, słowa, słowa… o tym, jak są ważne, wie chyba każdy z nas. Komunikujemy się codziennie z otoczeniem, a od sposobu naszego wypowiadania się, tonu głosu, doboru tych słów, zależy to, czy i w jaki sposób jesteśmy odbierani i jaki jest poziom zrozumienia tego, co mówimy. Dlatego też warto pracować nad zasobem naszego słownictwa, nieustanie go powiększać obcując z ludźmi pochodzącymi z różnych środowisk, czytając książki, czy oglądając różnorodne programy telewizyjne, bogate w treści. 

czwartek, 24 stycznia 2019

Abi Elphinstone "Podniebna pieśń"

Tytuł: Podniebna pieśń
Autor: Abi Elphinstone
Wydawnictwo: Wilga


Nie ma chyba dziecka, które nie zna bajki o „Królowej śniegu” – złej królowej o sercu przypominającym kawałek lodu i ogromnej żądzy władzy. Mimo iż historia adresowana jest do dzieci, to tak naprawdę jej morał dotyczy każdego i znajduje zastosowanie niezależnie od upływu lat. Niestety władza i nieśmiertelność to dwie potrzeby, które niektórzy starają się zaspokoić nie bacząc na konsekwencje i wyrządzane po drodze krzywdy. Zaślepieni w swym pragnieniu, desperacko pragną zdobyć coś, co w konsekwencji często prowadzi ich do zguby…

piątek, 8 grudnia 2017

Piotr Kulpa "T.T."

Tytuł: T.T
Autor: Piotr Kulpa
Wydawnictwo: Videograf


Strach jest jedną z podstawowych cech pierwotnych, które mają swoje źródło w instynkcie przetrwania. To emocja potrzebna i adaptacyjna, dzięki niej mogliśmy przetrwać, uruchamiając właściwe działanie w stosunku do powstałego zagrożenia. Co jednak popycha nas do tego, by odczuwać strach nawet wówczas, kiedy jesteśmy bezpieczni? Z jakiego powodu sięgamy po powieści grozy, które paraliżują, które powodują dyskomfort i nie dają zasnąć po nocach? Choć odpowiedź będzie uzależniona od konkretnej osoby, pewne jest to, że lubimy się bać szczególnie wówczas, kiedy oddajemy się lekturze siedząc w zaciszu własnego domu.

piątek, 28 lipca 2017

Tom Franklin "Skrzywiona litera"

Tytuł: Skrzywiona litera
Autor: Tom Franklin
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc



„(…) Był znów mężczyzną, którego świat nadal był pełen niewiadomych, ale z rysującą się przed nim przyszłością z wieloma możliwościami” – ile osób tak może powiedzieć? Ile osób może być pewnym, że zostawili przeszłość za sobą i że mają przed sobą przyszłość? Niestety dla wielu z nas błędy popełnione w przyszłości albo nie są bodźcem do analizy i wyciągania wniosków albo też pogrążamy się w ich rozpamiętywaniu, choć nie idzie za tym żadne działanie.

piątek, 27 listopada 2015

Dominik Szcześniak "Robaczki"

Tytuł: Robaczki
Autor: Dominik Szcześniak
Wydawnictwo: Komiksowe



James A. Owen, Joe Shuster, Fred Gallagher – to nazwiska znane wszystkim miłośnikom komiksów. Co trzeba zrobić, żeby zostać tak genialnym twórcą komiksów? Jak wygląda proces przygotowywania komiksu? Czy scenarzyści i rysownicy to naprawdę ludzie z innej planety, czy może są dokładnie tacy sami, jak my, mają takie same problemy? Tak naprawdę, najgorzej w tym całym cyklu pracy ma scenarzysta, którego osoba pozostaje niezauważona, pensja – marna. Na dodatek recenzenci wciąż mają o coś pretensję, maja czelność wyrażać swoje zdanie (bywa, że i negatywne), a co gorsza … czasami robią to zupełnie ignorując lekturę. I jak w takiej atmosferze tworzyć?

sobota, 18 sierpnia 2012

Balaban Jan "Wakacje. Możliwe, że odchodzimy"

Tytuł: Wakacje. Możliwe, że odchodzimy
Autor: Jan Balabán
Wydawnictwo: Afera










Mariusz Szczygieł, redaktor Gazety Wyborczej i prawdziwy czechofil powiedział kiedyś, przy promocji nowej kolekcji książkowej Agory: „Czeska kuchnia jest ciężka i trzyma go przy ziemi, ale czeska literatura unosi go do nieba”. Czy tak jest rzeczywiście? W Polsce czeska literatura jest marginalizowana, wypierają ją komercyjne powieścidła zza oceanu. Tymczasem wśród bogatego dorobku czeskich twórców są tak znakomite tytuły, jak nieśmiertelne „Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej” Jarosława Haška, będące swoistą kroniką I wojny światowej, widzianej oczami szeregowego żołnierza, „Proces” Franza Kafki – jedna z najważniejszych powieści w dziejach literatury oraz „Nieznośna lekkość bytu” Milana Kundery, czyli opowieść o człowieku zmuszonym do opuszczenia Czech po wydarzeniach Praskiej Wiosny.
Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, czy po twórczość sąsiadów sięgnąć warto, koniecznie musi zatopić się w filozoficzno-egzystencjalnych rozważaniach na temat życia i jego sensu w wykonaniu Jana Balabána. To wybitny, przedwcześnie zmarły współczesny prozaik, tłumacz i publicysta, w naszym kraju praktycznie nieznany. Wydawnictwo Afera stwarza jednak możliwość wkroczenia w świat autora, oddając nam połączone wydanie dwóch zbiorów jego opowiadań: „Wakacje” oraz „Możliwe, że odchodzimy”. Drugi ze zbiorów został wyróżniony w 2005 roku prestiżową czeską nagrodą literacką Magnesia Litera w kategorii Proza Roku, oraz w roku 2011, uzyskując tytuł Książki Dziesięciolecia.
Wraz z „Wakacjami” wkraczamy w prozę życia, czyli bezbarwny i wyprany z emocji świat, w którym ludzie upadają się i podnoszą, kochają i kochać przestają, a nad wszystkim unosi się widmo śmierci. Na zbiór ten składają się krótkie epizody z życia kilku bohaterów, których losy splatają się ze sobą na drodze życia. Poznajemy Daniela Niedostała, lekarza zbliżającego się do wieku emerytalnego, cierpiącego na bezsenność. Ciągnące się bez końca nocne godziny sprzyjają rozmyślaniom o życiu, cudownych ocaleniach, wojnie oraz o pacjentach. Jako lekarz „wyprowadził (…) ze świata zbyt wielu pobożnych, bezbożnych, tych, którzy nawet nie zdążyli dobrze świata zobaczyć. Teraz wypełnia go milczenie. Cisza, która jako jedyna może być modlitwą starego lekarza”. Być może było ich zbyt wielu, a krzyki cierpiących rozbrzmiewają zbyt głośno w głowie starego Daniela, by normalnie funkcjonować. A może ten kryzys egzystencjalny to po prostu zmęczenie życiem i świadomość jego przemijania? Znacznie bardziej realny jest doktor Satinsky, niegdyś pracownik instytutu badawczego, obecnie pomocnik murarza w szpitalu. Jego przeszłość naznaczona jest alkoholizmem, na koncie ma rozbite małżeństwo i pragnienie zmiany. Przyszedł jednak taki moment, że doktor zrywa z dotychczasowymi nałogami i wyrusza w podróż ku wolności. „Jestem dokładnie pomiędzy jednym a drugim bezkresem” – mówi doktor przemierzając trasę z Niagary do Buffalo i zastanawiając się po co tak naprawdę to robi. Jest też Paweł Niedostał, bohater sfrustrowany codziennością i przeżywający kryzy małżeński. „Atmosfera zagęszczona bezwładem życia, które się zatrzymało” – tak mówi o ogarniającej go bezsilności, poczuciu pustki i małżeństwie, w którym dawno już przestało się układać. Problemy mężczyzn są typowe, dzielą je setki osób we wszystkich krajach i dlatego właśnie tak przemawiają do czytelnika. Autor, niezwykle oszczędny w słowach, traktuje je jednak jak cenne barwniki, malując nimi obrazy pełne realizmu i niemej rozpaczy.
Nastrój, w jaki wprowadzają „Wakacje” potęguje zbiór „Możliwe, że odchodzimy”, znacznie bardziej dojrzały, przemyślany, dopracowany. Poznajemy tu Emila, nurzającego się w poczuciu bezsensu, dla którego jedyną ucieczką przed rzeczywistością jest sen. „Mam jeszcze czas. Zmuszę się do snu” – mówi Emil – „Zmuszę się, jestem przecież dramaturgiem, reżyserem obrazu. Jestem fabryką snów”. Jest Hans przybywający na parafię, w której niegdyś mieszkał jego dziadek, proboszcz oraz stary strych kryjący swoje tajemnice, gdzie wśród przykurzonych książek kryje się narysowany węglem kobiecy akt, a także Magda, zamknięta w czterech ścianach swojego mieszkania, która „oddycha okratowanym powietrzem i drży jak przemęczona klacz”. To tylko niektóre, wśród plejady postaci Balabána, postaci z krwi i kości, choć utkanych jedynie ze słów autora.
Ta realność przebija się z każdej strony zbioru, pełnego melancholii i rozważań nad sensem życia. Mimo wszystko „Wakacje” i „Możliwe, że odchodzimy” to opowiadania dalekie od literatury wyczerpującej, odbierającej nadzieję czy energię. Wręcz przeciwnie – czytając o ludziach przeciętnych, zmęczonych życiem, borykających się z problemami dnia codziennego, przestajemy się wstydzić swoich słabości.
Prozę Balabána, prawdziwą i namacalną, należy chłonąć powoli, delektując się każdym słowem, zagłębiając w naturę opowiadań i psychikę bohaterów. To wielowymiarowa przyjemność, która – choć niekiedy bolesna – może stać się kamieniem milowym na drodze do samorozwoju i … do pokochania czeskiej literatury, nawet (albo szczególnie) w wykonaniu niepokornego autora, pozornie nie pasującego do stereotypu czeskiego pisarza.


Recenzja znajduje się także na stronach wortalu literackiego Granice.pl

wtorek, 14 sierpnia 2012

Anna Łajkowska "Pensjonat na wrzosowisku"

Tytuł: Pensjonat na wrzosowisku
Autor: Anna Łajkowska
Wydawnictwo: Damidos










Masz takie dni, kiedy jedynym wyjściem z sytuacji, wydaje się rzucenie wszystkiego, trzaśnięcie drzwiami i podróż w siną dal? Masz takie dni, kiedy denerwuje wszystko, począwszy od szczekania psa sąsiadki, poprzez uśmiech (być może kpiący) drugiej połówki po pogodę (znów deszczową)?. Masz takie dni, kiedy poddajesz w wątpliwość sens swojego życia, dotychczasowych osiągnięć czy wyborów? Ja miewam takie gorsze chwile wypełnione wątpliwościami i lękiem o przyszłość, i może dlatego doskonale rozumiem Basię, bohaterkę książki Anny Łajkowskiej. „Pensjonat na wrzosowisku”, będący debiutem powieściowym autorki, to właśnie takie spojrzenie na rzeczywistość, od której często chcielibyśmy się odciąć, pozostawiając wszystko za sobą i rozpoczynając nowy rozdział. To niezwykle ciepła i sentymentalna powieść o marzeniach i ich braku, oraz o równowadze, którą każdy z nas powinien osiągnąć.
Dla Basi i jej dzieci takim nowym etapem życia miał być pobyt w Anglii. To tu mąż dostał dobrą pracę w fabryce w Ashford, jako pracownik IT i wreszcie mogli pozwolić sobie na godne warunki, a nie jak w kraju, na spoglądanie z niepokojem na topniejący stan funduszy pod koniec miesiąca. Choć Basia zostawiła maleńką, ukochaną firmę zajmującą się dekoracją kościołów na śluby, to przecież w Wielkiej Brytanii rysowały się nieograniczone możliwości, przed młodą, rzutką bizneswoman. Ona jednak zdecydowała się poświęcić wychowaniu synka tyle tylko, że pozbawiła się tym samym sposobu na wyrażanie siebie i realizację swoich pasji. Może dlatego od dłuższego czasu zaczyna jej ciążyć pustka, a kolejne pomysły na życie porzuca, zanim jeszcze dokładnie je rozważy.
Wakacje na południu Francji miały stać się odskocznią od codzienności i okazją do odpoczynku. Jednak perspektywa znalezienia się z kłócącymi się córkami, wyczerpanym mężem i synkiem w jednym domku przeraziła Basię do tego stopnia, że nie tylko podjęła decyzję o zmianie kierunku podróży, ale wyruszyła w nią jedynie z synkiem. Planując pobyt w krainie sióstr Brönte nie spodziewała się, że decyzja ta (pozornie irracjonalna) zmieni nie tylko jej podejście do wielu spraw, ale i całe życie.
Basia trafia do urokliwego pensjonatu w Quenhope, koło Haworth prowadzonego przez Charoll - osobę niezwykle życzliwą i empatyczną, która staje się nie tylko gospodynią, ale i przyjaciółką. Jej pomoc jest nieoceniona szczególnie po wypadku, jakiemu uległa Basia bronią synka przed rozszalałym psem. Kiedy pogryziona zostaje zabrana do szpitala musi zaufać obcej przecież osobie i powierzyć jej opiekę nad swoim dzieckiem. Ale Quenhope to nie tylko poczciwa Charoll, ale także sąsiad, były żołnierz James i niezwykła farmerka Hanna, hodująca bydło i… robiąca karierę w telewizji.
Tu, w otoczeniu otwartych, prostych ludzi, ceniących sobie każdą chwilę i przywiązanych do ziemi, zwierząt i ludzi Basia przekonuje się, że można żyć inaczej, lepiej i pełniej. Nie bez wpływu na jej decyzje ma też lektura pamiętnika zmarłej kuzynki, opisującej sekretny, wieloletni romans i świadomość, że ta oddała swoją tajemnice właśnie w jej ręce…
„Pensjonat na wrzosowisku” to nie tylko przemyślenia, wątpliwości i dylematy Basi. Autorka posłużyła się także jej mężem, dając mu szansę uzewnętrznienia swoich emocji i wypowiedzi. Naszkicowała tym samym portret rodziny, jakich wiele - Polaków przebywających na emigracji - przed którymi obczyzna odsłania zarówno swoje cienie, jak i blaski. I choć brakuje mi w książce głębszej analizy postaci, szczególnie Charoll i Jamesa, to jednak otuliłam się jej ciepłem, wspaniałymi, niezwykle plastycznymi opisami okolic oraz nadzieją, którą niesie. Nadzieją, że marzenia się spełniają….

Recenzja znajduje się także na stronach wortalu literackiego Granice.pl

niedziela, 12 sierpnia 2012

Elizabeth Berg "Zdarzyła się miłość"

Tytuł: Zdarzyła się miłość
Autor: Elizabeth Berg
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka










Niekiedy za swe nieudane związki winimy rodziców – ich kłótnie, rozstania i wzajemny stosunek do siebie. Zastanawiające jest to, dlaczego mimowolnie powtarzamy błędy, zamiast zmienić schemat postępowania i uniknąć losu, który stał się ich udziałem. Bywa również tak, że małżeństwo od początku traktujemy jako stan przejściowy, mamy wątpliwości i tak naprawdę nie jesteśmy przekonani, że wybrana osobą, jest tą właściwą”.
„Nie powinno się wychodzić za mąż tylko po to, żeby mieć dzieci. Nie mogę wyjść za mąż tylko po to, aby mieć dzieci” – te słowa padają z ust kobiety, której ślub odbędzie się za piętnaście minut. Może zatem nie należy się dziwić, że małżeństwo Johna i Irene Marshów w końcu się rozpadło? Poznajemy ich już jako osoby wolne, dzielące się opieką nad dzieckiem, a właściwie dorosłą już, osiemnastoletnią córką Sadie. „Zdarzyła się miłość” Elizabeth Berg to historia utkana z codzienności, opleciona wokół uczuć, do której jednak nie mogę się w pełni przekonać. Mimo tego, iż autorce nie można nic zarzucić, to jednak w historię bohaterów brnęłam z trudem, starając się z okruchów ich wspomnień, komentarzy córki czy wydarzeń bieżących, złożyć portret rozbitej rodziny, której członkowie maja skazę na sercu.
Sadie, mimo miłości rodziców, zaczyna dusić się w towarzystwie ojca i matki, ze smutkiem obserwując ich życie. Nie dość, że nie potrafili żyć razem, to jeszcze nie potrafią ułożyć sobie życia po rozwodzie. Swoje uczucia przenoszą na córkę, zaś ta, osaczona i rozdarta, zaczyna się coraz bardziej od nich oddalać pragnąc tworzyć swoją historię. Dlatego też nie wspomina nic o swoim chłopaku Ronie Savage oraz o planowanej wspólnej wycieczce wzdłuż wybrzeża. Nie przypuszcza jednak, że drobne kłamstwo o wyjeździe z przyjaciółmi na skałki, będzie miała tak brzemienne w skutkach konsekwencje.
Irene to introwertyczna i niestabilna emocjonalnie pani domu, pokładająca wszystkie nadzieje w córce. Z jednej strony pragnie miłości mężczyzny, oparcia na męskim ramieniu, z drugiej jednak panicznie boi się zakochać, swoich porażek upatrując w starzejącym się ciele. John, specjalista od renowacji starych budynków również po rozwodzie nie może znaleźć nikogo, kto mógł zapełnić pustkę po odejściu żony i córki. Czy teraz, kiedy pojawiła się delikatna wdowa, Amy, zaryzykuje ponownie i stawiając na szali swoją samotność i niezależność, wybierze ciepło życia we dwoje? A może los postanowi z nich zakpić i … połączy ich znowu?
Kiedy Sadie po wyjeździe w góry nie daje znaku życia, zdesperowana Irene dzwoni do jedynej osoby, która jest w stanie zrozumieć jej niepokój – do byłego męża. Ten, zostawiając zaniepokojoną Amy, przylatuje pierwszym możliwym samolotem, by znów stanąć oko w oko ze swoją żoną, jej irytującym sposobem bycia i pretensjami, a także… No właśnie, czy po latach wzajemnych oskarżeń będą potrafili wspólnie stawić czoło rzeczywistości i niespodziance, która ich czeka?
„Zdarzyła się miłość” to historia, jakich wiele, jakie otaczają nas codziennie. Może właśnie dlatego w bohaterach tak łatwo udaje się nam odnaleźć nas samych i nasze historie. Autorka, Elizabeth Berg, jest uznaną pisarką i doskonałą obserwatorką ludzkich zachowań. Przenosząc na karty książki oczekiwania, nadzieje i cierpienie pozwala nam odnaleźć w nich wskazówki oraz zmusza do zastanowienia się nad własnym życiem. I choć nie odpowiada mi ani konstrukcja tekstu ani styl pisarki, to doceniam to, że nie boi się ona poruszać tematów dotyczących cieni zwyczajnego o życia, a jeszcze znajduje nieco miejsca dla jego blasków.

Recenzja znajduje się także na stronach wortalu literackiego Granice.pl

Hanna Cygler "Tryb warunkowy"

Tytuł: Tryb warunkowy
Autor: Hanna Cygler
Wydawnictwo: REBIS










Pierwsza miłość - czy ona istnieje? Czy ma szansę przerodzić się w trwały, poważny związek, czy może lepiej, aby pozostała na etapie zauroczenia? Zakochując się, widzimy ideał. Kochając, akceptujący również wady. Czy jednak można kochać kogoś całe życie mimo upływu lat, mimo przeciwności losu, mimo tego, że obiekt naszej adoracji krzywdzi nas?
Nie wiem jak to się mogło stać, że z twórczością Hanny Cygler zetknęłam się dopiero teraz, przy okazji lektury powieści „Tryb warunkowy”. Nie wiem, jak mogłam wcześniej nie poznać Zosi Knyszewskiej i nie patrzeć na świat jak ona - w prosty, niewinny sposób z sercem bijącym w rytm młodzieńczej miłości, bezwarunkowej i bezgranicznej.
To właśnie Zosia obdarzyła swoim uczuciem Marcina, swojego kuzyna, zaś z biegiem lat owo zauroczenie zamiast wygasać, umacniało się, tworząc podwaliny przyszłego postrzegania świata. To właśnie on - młody i rzutki artysta - architekt i fotograf kształtował jej charakter, otwierał ją na świat, wpływał na przyszłe wybory. Nie zdając sobie sprawy z tego, że ma u swego boku taką wierną orędowniczkę wygłaszał opinię i zwierzał się jej ze swych planów. A w sercu Zosi kiełkowała nadzieja, że może kiedyś nadejdzie taki dzień, że Marcin zobaczy w niej nie tylko rezolutną nastolatkę, ale i kobietę.
To dla niego dziewczyna zdecydowała się zdawać na anglistykę w Warszawie i to przez niego zachorowała kiedy ogłosił wiadomość o swoim rychłym ślubie. Mimo tego, że usilnie starała się wyrzucić go z serca, były to próby z góry skazane na porażkę - ona żyła nim i oddychała. Nawet wtedy, kiedy poznała Witka, zdolnego fotoreportera, to Marcina podświadomie stawiała na jego miejscu, to jego usta całowała. Nawet, kiedy nosiła na ręku córkę Marcina, wyobrażała sobie, że to ich dziecko. Jednocześnie starała się normalnie żyć, a studia okazały się na tyle angażujące, że poza spotkaniami w gronie studentów praktycznie nie miała na nic czasu. Przelotne związki, niezobowiązujące spotkania - żaden chłopak nie był dość dobry, żaden nie mógł dorównać ideałowi.
Koniec nauki przypadał na burzliwe lata, czasy strajku okupacyjnego, wydarzeń marcowych w Bydgoszczy, „Solidarności” czy stanu wojennego. Te zwrotne momenty w historii Polski stanowią tło dla przeobrażania się Zośki z nastolatki w młodą kobietę, absolwentkę anglistyki, a następnie kobietę pracującą. Ukończony kurs pilotów wycieczek zagranicznych zaowocował przygodą z „Orbisem”, zaś perfekcyjny angielski, umożliwił pracę jako tłumaczce czy nauczycielce. Jednak motorem napędowym była nie przyszła kariera czy dorosłe życie, ale właśnie Marcin, który rozstał się z żoną.
I kiedy wydawałoby się, że nic nie może zmącić ich szczęścia, a lukratywny kontrakt Marcina we Francji zabezpieczy ich finansowo, mężczyzna słyszy diagnozę - guz mózgu. Czy życie u boku Marcina, nie ideału, ale mężczyzny krwi i kości, na dodatek chorego, okaże się tym, o czym Zosia latami marzyła i za czym tęskniła? Czy będzie w stanie zaakceptować rozliczne wady ukochanego i czy znajdzie w sobie tyle siły, aby wytrwać, nawet wtedy kiedy Witek wyzna jej miłość?
„Tryb warunkowy” Hanny Cygler to książka wyjątkowa w swej prostocie. Autorka operując słowami dociera do naszych dusz, a stworzeni przez nią bohaterowie - do naszych serc. Zośką, Marcinem, Witkiem czy innymi, wśród plejady pojawiających się postaci, może być każdy. Zwyczajni, a jednak tak niezwyczajni, uosabiają nasze marzenia, tęsknoty, żądze sprawiając, że na kartach książki żyją nie oni leczy my sami. Autorce udało się znaleźć równowagę pomiędzy wydarzeniami w ówczesnej Polsce, a osobistymi problemami bohaterów - obie te sfery przeplatają się, nie mogąc bez siebie istnieć, nam zaś przybliżają emocje tych, którzy byli bezpośrednimi uczestnikami strajków czy ofiarami represji ze strony rządu. Cygler daleka jest jednak do upolityczniania swojej powieści, bowiem to uczucia i życiowe wybory stanowią jej sedno. Wybory niekiedy błędne, uwarunkowane fałszywym postrzeganiem rzeczywistości czy też … miłością.
Po lekturze pozostaję w romantyczno- filozoficznym nastroju, cierpiąc z Zośką, zastanawiając się nad swoją pierwszą miłością i czekając, aż będę mogła poznać dalsze losy bohaterki „Trybu warunkowego”.

Recenzja znajduje się także na stronach wortalu literackiego Granice.pl

wtorek, 7 sierpnia 2012

Charles Brokaw "Kod Lucyfera"

Tytuł: Kod Lucyfera
Autor: Charles Brokaw
Wydawnictwo: BELLONA










„Przybyłem na tę wyspę, by w spokoju spędzić moje ostatnie dni, lecz nie znalazłem tu spokoju. Znalazłem koniec świata. Widziałem go, widziałem Bestię, Diabła we wszystkich wcieleniach i widziałem jego usiłowania, by zniszczyć świat, zanim powróci Jezus”- pisze Jan z Patmos, znany również jako święty Jan bądź Jan Teolog, uważany za autora Księgi Objawienia Nowego Testamentu. Na Patmos miał on dwie wizję końca świata. Po jeden z nich napisał długi list do siedmiu chrześcijańskich Kościołów w Azji objaśniając, co jest nie w porządku w tych społecznościach, co powinno być zmienione oraz co się stanie, jeśli zmiany te nie zostaną wprowadzone. List ten stał się wspomnianą Księgą Objawienia. W drugiej wizji, mężczyzna ujrzał otwierające się w niebie drzwi co zinterpretował, jako objawienia końca świata i dokonania dzieła zniszczenia przez Szatana. Swoją przepowiednie opisał w Zwoju Radości - dokumencie, który przez tysiące lat pozostawał zaginiony, a wiedzę o jego istnieniu strzegła tajna organizacja Bractwo Ostatniego Zwoju Jana. Zwoju poszukują gorączkowo również potomkowie Kaina i wydaje się, że tym razem mają szansę na sukces. W ich ręce wpada książka, stanowiąca wskazówkę dotyczącą Zwoju oraz opowiadająca o świętym Janie. Problem w tym, że nikt nie umie jej przetłumaczyć. Potrzeba do tego światowej klasy lingwisty, a najlepiej tego, który zdołał odnaleźć mityczną Atlantydę. Potrzebny jest doktor Thomas Lourds – wykładowca na Harvardzie i wybitny badacz języków starożytnych.
Historia świętego Jana i jego objawienia stały się kanwą znakomitej książki, łączącej w sobie przygodę i historię „Kod Lucyfera” Charlesa Brokaw. Napisana z wielkim rozmachem powieść  zabiera nas w szaleńczą podróż po kolejnych krajach, w których szukać będziemy wskazówek prowadzących do odkrycia tajemnicy Zwoju. Otrzemy się o niebezpieczeństwo, narazimy się CIA i zadrzemy z wiceprezydentem USA. Akcja toczy się w szaleńczym tempie nie dając nam ani chwili wytchnienia po czym zostawiając rozedrganych z emocji. Pościgi, strzelaniny, tajemnice i sekrety sięgające wiele wieków wstecz, a także przepowiednie dość mrocznej przyszłości, czyli czasów triumfu Szatana wciągną nawet osoby, które za tego rodzaju literaturą nie przepadają.
Książka zaczyna się niewinnie, nie zapowiadając lawiny wydarzeń obejmujących nawet najwyższe głowy w strategicznych dla gospodarki światowej państwach. Kiedy Lourds wysiada na lotnisku w Stambule oczekuje tylko miłego pobytu, podczas którego ma wygłosić kilka wykładów na prośbę swojej przyjaciółki Olympii Adnan. Spotkanie ponętnej, rudowłosej kobiety, która zwraca się do niego z prośbą o autograf, wydaje się być prawdziwym prezentem od losu. Thomas, który znany ze swojej słabości do pięknych przedstawicielek płci przeciwnej deklaruje się służyć jej jako przewodnik po Stambule nie sądził, że padnie ofiarą porywaczki. Cleena Mac Kenna „świadczy usługi” na rzecz tych, którzy oferują duże sumy. Tym razem zlecenie jest na tyle intratne, że pozwoli jej zabezpieczyć przyszłość siostry i na zawsze odciąć się od przeszłości ojca, bojownika IRA. Tyle tylko, że sama naraża się na niebezpieczeństwo bowiem nie dość, że zleceniodawca nie ma zamiaru zostawiać świadków, to jeszcze jej tropem podąża CIA, które również pragnie przejąć Lourdsa.
I tak przygoda w Stambule zamienia się w mrożące krew w żyłach rozgrywki i w gorączkowe poszukiwanie Zwoju Radości - najbardziej niebezpiecznego dokumentu na świecie. Tłem dla tropienia tajemnic sprzed wieków są rozgrywki na szczytach władzy, zamachy w Arabii Saudyjskiej oraz walka o wpływy i o ropę. Czyżby spełniały się przepowiednie Jana z Palmos i plan Szatana zaczyna się realizować?
„Kod Lucyfera” charakteryzuje niezwykła dynamika akcji czyniąc opowieść idealną kandydatką do filmowej adaptacji. Nie jest to pozycja, nad którą trzeba długo się zastanawiać, kontemplować, co sprawia, że jest znakomitą, niezobowiązującą rozrywką na letnie wieczory czy jesienne popołudnie. Choć sama intryga wydaje się być mocno przerysowana, a Thomas nie pasuje do stereotypu poważnego profesora, skupiając się raczej na kobiecych ciałach niż starożytnym piśmie, to dzięki temu  książka zyskuje na lekkości i spontaniczności. Oczywiście schematyczność powieści wymusza zakończenie w iście amerykańskim stylu, ale przecież ostatecznie nikt nie oczekuje, że Charles Brokaw strąci nas w piekielną otchłań.

Recenzja została także umieszczona na stronach wortalu literackiego Granice.pl

sobota, 4 sierpnia 2012

Michael P. Spradlin "Templariusz. Strażnik Graala"

Tytuł: Templariusz. Strażnik Graala
Autor: Michael P.Spradlin
Wydawnictwo AWM




 









O chrześcijańskich relikwiach krąży wiele legend, ale najważniejsze emocje wśród nich budzi Święty Graal. Podanie głosi, że do tego drogocennego naczynia Józef z Arymatei zebrał krew Jezusa umierającego na Krzyżu.  Wielu wierzy, że krew Zbawiciela nadała kielichowi niezwykłą moc, są nawet gotowi oddać życie, by go odnaleźć. Nic więc dziwnego, że te cudowne właściwości Świętego Graala kusiły także jego obrońców – templariuszy. Byli oni przekonani, że ten, kto posiądzie relikwie, stanie się niepokonany, a jego armię wyjdą zwycięsko z każdej bitwy.
Potrzeba rycerza o wielkim sercu i ogromnym harcie ducha, by strzec Świętego Graala przed zakusami zarówno obcych, jak i swoich towarzyszy. Potrzeba sir Thomasa, jednego z Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona oraz jego giermka Tristana, których dzieje, a także losy samej relikwii brawurowo opisał Michael P.Spradlin. „Templariusz. Strażnik Graala” to pierwszy tom porywającej powieści historycznej z wątkiem kryminalnym, która zabiera nas na pole bitwy, pozwalając usłyszeć szczęk oręża i oślepiając blaskiem naramienników. W czasie, kiedy dobiegnie nas gromki okrzyk Saracenów „Allah akbar” staniemy do walki u boku templariuszy  przekonani, że lektura „Templariusza” jest doskonałym wyborem.
Zanim jednak bohaterowie spotkają się oko w oko z wrogiem, poznamy Tristana, sierotę wychowaną przez pobożnych mnichów z opactwa św. Albana. Porzucone u stóp klasztoru niemowlę wyrosło na krzepkiego i prawowitego młodzieńca, którego powołaniem nie jest jednak złożenie ślubów i przywdzianie habitu. Jego marzeniem jest poznawanie nowych miejsc i ludzi, jednak w chwili obecnej wydaje się to nierealne. Przynajmniej do czasu, kiedy to w opactwie zatrzymuje się orszak templariuszy, pragnących nabrać sił w drodze do Dover. Rzutki i zdyscyplinowany Tristan zwraca uwagę rycerza sir Thomasa, a złożona propozycja odmienia życie chłopaka, nadając mu głębszego sensu, ale i narażając na wielkie niebezpieczeństwo i sprawiając, że zacznie się zastanawiać nad swym pochodzeniem.
Mury opactwa, prace w ogrodzie i w stajni, Tristan zamienia na lekcje walki oraz starcia z Saracenami, jednak szybko daje się poznać, jako sumienny giermek oraz pełen odwagi wojownik, który uratował życie samemu królowi Anglii, księciu Normandii i Akwitanii, czyli Ryszardowi Lwie Serce.
Prawdziwym sprawdzianem będzie jednak misja, którą powierzy giermkowi sir Thomas. W obliczu upadku oblężonej twierdzy w Akkce, na Tristanie spoczywa obowiązek ocalenia najważniejszej relikwii chrześcijańskiego świata – Świętego Graala. Chłopak otrzymuje rozkaz udania się z kielichem do Szkocji, do Rosslyn, w okolicach którego wznosi się kościół Najświętszego Zbawiciela – cel wyprawy Tristana. Aby jednak dotrzeć do ojca Williama, który ma przejąć opiekę nad Świętym Graalem., młodzieniec będzie musiał przemknąć pomiędzy wrogim obozem i dotrzeć do Tyru, gdzie cumują statki płynące do Anglii.
Wędrówka ta będzie pełna niebezpieczeństw, które grozić będą nie tylko z rąk Saracenów czy asa synów (a szczególnie pięknej asasynki), ale i samych templariuszy. W drodze towarzyszyć mu będzie były łucznik królewski, Robard Hode z lasu Sherwood w hrabstwie Nottingham, zaś ceną nierozważnych kroków może być nawet życie…
„Templariusz. Strażnik Graala” to powieść, która przenosi nas w mroczne i krwawe czasy końca XII wieku. Czasy zwane Ciemnymi Wiekami, średniowieczem, ale i okresem porywów serc, lojalności oraz walk w imię przekonań. Mimo, iż Michael P.Spradlin nie trzymał się ściśle historycznych wydarzeń, a w akcje wkrada się literacka fikcja, to dzięki sugestywnym opisom bitew czy klimatu miejsc, czujemy się, jakbyśmy dotykali przeszłości, smakowali ją i mimowolnie uczestniczyli w życiu bohaterów. Autor umiejętnie stopniuje napięcie, a błyskotliwe dialogi i opisy sytuacji pozwalają poddać się emocjom targającym Tristanem. Nie pozostaje zatem nic innego, jak tylko – wzorem dobrego giermka – ćwiczyć się w cierpliwości, oczekując na kolejną (mam nadzieję, że równie dobrą) cześć przygód Tristana.



Recenzja została również umieszczona na stronach wortalu literackiego Granice.pl


wtorek, 24 lipca 2012

Magdalena Giedrojć "Słońce za zakrętem"

Tytuł: Słońce za zakrętem
Autor: Magdalena Giedrojć
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka










„Cierpienie jest zawsze dobrym wariantem. Łatwo je utrzymać przy sobie, wywołuje współczucie, bywa bardziej zaraźliwe niż szczęście, więc rozprzestrzenia się i tworzy wokół całkiem wygodny bufor bezpieczeństwa”. Od cierpienia można się uzależnić, można je celebrować, zamykając się w czterech ścianach ze swoim problemem,  można też ująć je w ramy okna małego mieszkania na czwartym piętrze.
Tak właśnie zrobiła Beata, bohaterka porywającej książki Magdaleny Giedrojć „Słońce za zakrętem”. Autorka, znana między innymi ze znakomitej „Mrówki w komputerze” znów pokaże nam zwyczajne, a jednak tak niezwyczajne życie, które nierzadko sami niszczymy  snując smętne opowieści, zamartwiając się czy zamykając serce przed innymi.  Znakomite wyczucie sytuacji i emocji oraz doskonałe pióro sprawia, że Giedrojć można nazwać malarką ludzkiej duszy, obserwatorką rzeczywistości i zaklinaczką nadziei. Taka też jest jej najnowsza książka – zaklęta w piękne słowa, naszkicowana na tle domku z malwami.
Beata po wypadku samochodowym i pobycie w szpitalu nie liczyła już na nic od życia, przeklinając los, który postawił na jej i Tomasza drodze pijanego kierowcę tira. Odtąd jej życie ograniczyło się do wózka, który odbierał wolność i radość życia, plany na przyszłość oraz miłość. Rok spędzony przy oknie w domu rodziców uczynił z niej osobę introwertyczną, depresyjną duszę, która nie mogła wykrzesać w sobie dawnego ognia. Irytujące zachowania bliskich, uprzejmość znajomych i znikające z jej świata osoby przekonały ją, że na nic już nie może liczyć, niczego oczekiwać ani czerpać radości z nowego dnia.
Perspektywa pobytu na wsi w wynajętym domu, którą uszczęśliwiła ja rodzina, również odebrała jako zamach na siebie, ubezwłasnowolnienie i pozbawienie prawa do podejmowania samodzielnych decyzji. Wyjazd odmienił jednak jej życie, napełniając codzienność blaskiem, kolorami, ludźmi, którzy stali jej się w tak krótkim czasie niezwykle bliscy oraz … zwierzętami, bo tych jest w „Słońcu za zakrętem” co niemiara, poczynając od kozy, na kocie (który staje się własnością Beaty) kończąc.
Kiedy na wiejskiej drodze spotkała nieznajomego z dworskimi manierami, Cezarego, nie wiedziała jeszcze, że to początek ciągu zdarzeń, które rozgrzeją jej serce. Wkrótce trafia do magicznego miejsca, kawiarni „z duszą” Motyleona, w której nad głowami latają koronkowe motyle, poznaje jej właścicielkę Barbarę, a także wielbiciela żab Krzysztofa. W jej świecie pojawia się również  przystojny wdowiec  Adam, zakochany w swojej pracy weterynarza oraz w małym (choć nieustannie powiększającym się) zwierzyńcu oraz prawdziwe przyjaciółki, zwariowana Kaśka i Lidka. Każda z tych postaci dopiero w otoczeniu wiejskich krajobrazów, ciszy, cudów przyrody oraz serdecznych ludzi odnalazła swój zakątek i ukojenie, każda ma do opowiedzenia jakąś historie. Najbardziej wzruszająca, ale i dająca siłę do walki z przeciwnościami losu oraz ucząca nas patrzeć na każdy dzień z wdzięcznością jest jednak opowieść małej mademoiselle Fibrozji, czyli Moniki.
Chora na mukowiscydozę dziewczynka jednoczy wszystkich ludzi, ogrzewa ich swoim ciepłem i sprawia, że zaczynają czerpać z życia pełnymi garściami. Angażują się w realizacje pewnego planu, marzenia Moniki  o fundacji Pocztówka z Nieba, zaś Bata ma zająć się wizualną stroną przedsięwzięcia. Projekt strony internetowej, czyli powrót do zawodu który ją tak ekscytował i w którym przed wypadkiem odnosiła sukcesu, daje jej nowe siły i pozwala wierzyć, że może jeszcze być szczęśliwa nawet, jeśli nie jest w pełni sprawna ruchowo. Szczególnie, że otaczają ją tak wspaniali ludzie, zaś nieznajoma staruszka snuje niesamowite historie o Zaklninaczce. Co więcej, nawet rodzina, która w ciasnym blokowisku męczyła ją i osaczała, tu wydaje się być zrelaksowana i otwarta na nowe znajomości Beaty, a nawet gorąco kibicuje jej zapałowi do pracy.
Może to magia domku z malwami sprawiła, że Beata zapragnęła zostać w tym sielskim otoczeniu znacznie dłużej, podobnie jak ja. Może to Magdalena Giedrojć uwiodła mnie swoim stylem, ale jedno jest pewne – żałuję , że „Słońce za zakrętem” tak szybko się kończy. Zatonęłam w tej powieści, w jej życiowej mądrości, czerpiąc z każdego słowa tyle otuchy, ile tylko mogłam unieść. Autorka nie waha się doświadczać swoich bohaterów, stawiać ich przed przeszkodami i zsyłać na nich kataklizmy, z których wychodzą silniejsi. Tym samym przekonuje, że po burzy zawsze wychodzi słońce nawet wówczas, kiedy znajdujemy się … na zakręcie.



Recenzja została umieszczona także na stronach wortalu literackiego Granice.pl

sobota, 21 lipca 2012

Susan Lewis "Stracona niewinność"

Tytuł: Stracona niewinność
Autor: Susan Lewis
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka









Kłamstwo jest społecznie potępiane i powszechnie uznawane za złe. Jednocześnie, wszyscy kłamiemy, a każdy dzień wypełniony jest drobnymi niedopowiedzeniami czy fałszywymi opiniami. Kłamiemy po to, by coś zyskać, bądź też coś zatrzymać, ale także dlatego, by kogoś nie zranić. Czy jednak rzeczywiście zafałszowanie rzeczywistości jest najlepszym sposobem ochrony? Może lepsza jest prawda, choć gorzka i sprawiająca ból?
Przed tym dylematem stawia swoich bohaterów Susan Lewis, pisarka znana wszystkim wielbicielkom szeroko pojętej literatury kobiecej, autorka ponad dwudziestu bestsellerów, w których portretuje życie i ludzkie emocje. „Stracona niewinność” to najnowsza powieść autorki, niezwykle dojrzała i wielowymiarowa, odsłaniająca nam kulisy życia dwóch rodzin targanych namiętnościami, ale i borykających się z kłamstwem, społecznym ostracyzmem oraz z nienawiścią, której źródło tkwi w …romansie sprzed lat.
Alicia Carlyle wraca do rodzinnego miasteczka o prowokacyjnej nazwie Holly Wood, zagubionego w sercu hrabstwa Somerset, w samym centrum angielskiej wsi. Tutaj dorastała, zanim wyjechała studiować historię sztuki, z tą miejscowością wiążą się jej wspomnienia z dzieciństwa, tu mieszka jej brat i tu wreszcie posiada odziedziczony po śmierci mamy dom oraz sklep charytatywny. Nigdy nie planowała powrotu jednak teraz, po nagłej śmierci męża, pozostała z ogromnym domem do utrzymania i z koniecznością regulowania czesnego dzieci w prywatnych szkołach a na to, nie było jej stać. Choć Craig był znanym adwokatem, to w ciągu ostatnich kilku lat jego kariera podupadła, a wyrzuty sumienia zagłuszane sprawami pro publico bono nie służyły zgromadzeniu majątku zabezpieczającego rodzinę. Konieczna zatem staje się sprzedaż wszystkiego, co udało im się z mężem zgromadzić, spłata długów i przeprowadzka. Zmiana tym bardziej bolesna, że w Holly Wood mieszka Sabrine, bratowa Alicji i kobieta, która zniszczyła jej życie, małżeństwo i na długie lata odseparowała od matki.
Romans Sabrine z Craigiem trwał ponad rok, ale zniszczenia i rany, jakie po sobie pozostawił, są obecne do dziś. Robert wybaczył żonie zdradę mimo, że nigdy nie ukrywała miłości do szwagra oraz nienawiści, jaką żywiła do Alicii. Podobnie Alicia starała się za wszelką cenę uratować swoje małżeństwo mimo, że jej zaufanie do Craiga zostało mocno nadwyrężone. Dzieci, Nat i Darcie, nie miały pojęcia o problemach rodziców, nigdy też nie rozumiały powodów zerwania kontaktów z mieszkającą w Holly Wood babcią i wujkiem. Teraz będą jednak musiały stawić czoła przeszłości bowiem ta, bezlitośnie upomina się o rozwiązanie zaległych spraw.
Alicia planuje znów ułożyć sobie życie w miasteczku, wypełniając je pracą we własnej galerii – w starym sklepie mamy chce bowiem wystawiać swoje rzeźby oraz promować lokalnych twórców. Pomocą może jej służyć Cameron Mitchell, ceniony marszand i krytyk sztuki, który planuje kupić w okolicy dom. Zawiera z artystką układ – on pomoże jej rozkręcić biznes, ona będzie służyła mu wsparciem w wyborze domu.  I choć wydaje się, że po wydarzeniach ostatnich lat kobieta nareszcie zaczyna odzyskiwać równowagę, to cieniem na jej szczęściu kładzie się znów Sabrina, a właściwie jej piętnastoletnia córka Annabelle.
Dziewczynka, choć wypadałoby powiedzieć rozkapryszona lolitka, nie tylko powiadamia kuzyna o romansie Craiga z jej matką, ale i … oskarża go o gwałt oraz pobicie. Czy Nat, który był na tym samym przyjęciu co dziewczyna znajdzie dowody na swoją obronę? Czy pomoże mu fakt, że Annabelle jest znana w okolicy ze swojej rozwiązłości? Jak w obliczu takiego koszmaru zachowają się matki nastolatków, które przez lata toczyły bój o miłość i uwagę tego samego mężczyzny?
„Stracona niewinność” to powieść o utracie złudzeń i o dorastaniu, niekiedy bolesnym bo naznaczonym odrzuceniem i egoizmem, a także dużymi pieniędzmi. Susan Lewis po raz kolejny stworzyła książkę w której emocje bohaterów sięgają zenitu, przechodząc od skrajności do skrajności, wciągając w tę huśtawkę nastrojów i odczuć także nas, czytelników. Prawie siedemset stron rodzinnych kłótni mogłoby wydawać się przesadą gdyby nie fakt, że akcja toczy się w tak zawrotnym tempie, że kolejne strony (a także czas) upływają niepostrzeżenie. I mimo, iż nie jest to powieść z gatunku tych, do których się powraca po latach, to z pewnością autorka zapewnia nam niezapomniane przeżycia pozostawiając ze smutną refleksją dotyczącą paradoksów losu.



Recenzja została także umieszczona na stronach wortalu literackiego Granice.pl

poniedziałek, 16 lipca 2012

Anna Makos "A miało być tak spokojnie"

Tytuł: A miało być tak spokojnie
Autor: Anna Makos
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka










Wiele ludzi marzy o całkowitej zmianie stylu życia i o delektowaniu się słodką szarlotką i kieliszkiem wybornego wina na własnym tarasie. Co zatem tak naprawdę powstrzymuje nas przed spełnianiem marzeń?  Zazwyczaj jest tak, że ograniczają nas nie zewnętrze czynniki , ale tkwiący w nas lęk przed zmianą. Pora sobie uświadomić, że brak funduszy, problemy z pracą czy obawa przed oceną otoczenia to tylko pretekst, aby pozostać w sferze komfortu, by nie opuszczać bezpiecznego kokonu nawet, jeśli zaczął nas uwierać.
Są jednak osoby, które zdecydowały się na zmaterializowanie swoich snów o własnym domu na końcu świata. Jedną z nich jest Majka Leśniewska, bohaterka porywającej książki Anny Makos „A miało być tak spokojnie”. Lektura tej powieści powinna być przez lekarzy przepisywana jako balsam na złamane serca, na depresje i zniechęcenie szarą, polską rzeczywistością. Lekka i przyjemna fabuła przekonuje, że jeśli się bardzo czegoś pragnie, to sukces jest gwarantowany, nawet jeśli będzie to wymagało nieco wysiłku z naszej strony. I jeszcze kiedyś, patrząc na swoje życie, westchniemy z niedowierzaniem, bo przecież „miało być tak spokojnie”.
Majka – felietonistka i nauczycielka języka polskiego ucieka przed wszechobecnością miejskiego zgiełku kupując mały domek z klimatem i duszą. Sprzedaż mieszkania, porzucenie pracy jako belfer i przeprowadzka „na niedaleki koniec świata poza miastem” otwiera przed nią nowy rozdział. Na wsi życie płynie zdecydowanie wolniej, a Majka może w pełni poświęcić się temu, co kocha, czyli pisaniu i gotowaniu. A, że obydwie te czynności wychodzą jej doskonale, to już wkrótce na rynku pojawia się książka autorstwa bohaterki, zaś jej wypieki i dania kuchni włoskiej podbijają serca czytelników oraz … przystojnych mężczyzn. Tych pojawia się w jej otoczeniu bez liku, a ten wysyp zapoczątkowuje nieznajomy, uparcie poszukujący ulicy Jodłowej, czyli Sebastian Widawski, architekt z widokami na światową karierę.
Jak widać zmiany są wpisane w charakter Majki, bowiem już wkrótce wraz z najbliższą przyjaciółką Jolką planuje otwarcie nowej restauracji w pobliżu swojego domu. Kupują zatem zaniedbaną „chatkę na kurzej stopce” która, w ich wizjach, ma się przeistoczyć w klimatyczne miejsce z niebiańskimi smakołykami, pensjonat oraz lokum dla Jolki. Ta bowiem, patrząc na szczęście Majki, również postanawia porzucić miasto na rzecz wiejskiej ciszy.
Zanim jednak kobiety zrealizują swoje marzenie i przejmą stery we własnej restauracji, Majka będzie musiała poszukać natchnienia do stworzenia dalszej części swojej powieści oraz serii artykułów. A skoro z powodu głupiej zazdrości i przewrotności kobiecej logiki rezygnuje z wypoczynku w Paryżu, pozostaje jej jedynie Kazimierz. To tam spotyka wyjątkowych mężczyzn – przystojnego Adama, który nie ukrywa fascynacji jej osobą,  a także mistrza sztuki kulinarnej – Marcela.
Anna Makos wciąga nas w wir wydarzeń przekonując, że nawet na wsi, na końcu świata nie zawsze jest spokojnie, choć tam życie nabiera zdecydowanie nowej jakości. Historia jest na tyle urokliwa, że nawet przez chwile nie zastanawiamy się jakim sposobem nauczycielkę było stać na mieszkanie na nowoczesnym osiedlu czy, mimo zaciągniętego kredytu, ciągłe wypady „w poszukiwaniu natchnienia”. Podróż do domu Majki to nie tylko literacka przygoda, ale i kulinarna uczta, bowiem bohaterka kusi nas szarlotką z cytrynową skórką i cynamonem, crème brûlée i faworkami. Jako łasuch  żałuję jedynie, że do książki nie zostały dołączone przepisy na te specjały. Choć zrelaksowana lekturą mogę wybaczyć to niedopatrzenie. W końcu są wakacje, trzymam idealną książkę na letni wypoczynek, a o nogi ociera mi się kot (niestety wypożyczony). Jest niemal tak cudownie, jak u Majki, nie pozostaje mi zatem nic innego, jak tylko niecierpliwie czekać na część dalsza powieści, tym razem do poczytania przed kominkiem w jesienny bądź zimowy wieczór.



Recenzja znajduje się także na stronach wortalu literackiego Granice.pl

niedziela, 15 lipca 2012

Justyna Polanska "Pod niemieckimi łóżkami"

Tytuł:Pod niemieckimi łóżkami
Autor:Justyna Polanska
Wydawnictwo: Świat Książki










„Polska świnia”, „Polski bicz”, „Wschodnia zaraza”, „Dziwka ze Wschodu”,  „Wódkożłopka”  - jakim jeszcze mianem można określić  w tak kulturalnym i absolutnie nie ksenofobicznym kraju jak Niemcy sprzątaczkę? Oczywiście sprzątaczkę z Polski, choć właściwie kraj pochodzenia nie robi tu różnicy, liczy się bowiem charakter wykonywanej pracy dla wielu dający podstawę, by sprzątaczkę poniżać, traktować jak śmiecia, obywatela drugiej (ba, nawet trzeciej) kategorii.
Nie można oczywiście zapomnieć, że wszystko to ma swoje podstawy. Wszak sprzątaczki „są nie tylko bezwstydne, nie tylko kradną, ale są w dodatku niedyskretne, potajemnie sabotują swoich pryncypałów”. Toż to niemal diabelskie pomioty. Zastanawiające jest to, dlaczego ludzie mimo takiego złego zdania o sprzątaczkach wciąż decydują się je zatrudniać i w drodze łaski pozawalają sprzątać swoje fekalia czy zakrwawione majtki. Oburzony/oburzona? W takim razie nie sięgaj po książkę  „Pod niemieckimi łóżkami. Zapiski polskiej sprzątaczki”, bowiem jeszcze nie raz z odrazą odwrócisz wzrok od tekstu, czy też, wyobrażając sobie sytuację, nabawisz się wymiotnych odruchów. Autorka książki Justyna Polanska odsłania bowiem przed czytelnikami kulisy zawodu sprzątaczki, zabierając nas tam, gdzie prawie nigdy nie mamy szans zajrzeć – do sypialni wielu domów, do łazienek i ubikacji. A tam, dzieją się rzeczy, o które nawet byśmy nie podejrzewali schludnych i wysoko postawionych właścicieli mieszkań.
Polańska opisuje rozwój swojej kariery jako sprzątaczka od momentu, kiedy w wieku dwudziestu jeden lat podjęła odważną decyzję o wyjeździe do Niemiec jako au pair. Patrząc na pracę swoich rodziców, prowadzących w Lesznie sklep z konfekcją, na zmagania się znajomych z szarą, polską rzeczywistością, w sierpniu 1998 r. odpowiedziała na ogłoszenie w lokalnej gazecie. Konsekwencją tego był wyjazd do miasta Offenbach do rodziny, która poszukiwała pomocy domowej z Polski. Najbogatsza dzielnica miasta, zawody gospodarzy (on – handlarz antykami, ona – stewardessa) dawały nadzieje na poprawę bytu i dobrą prace na czas zaklimatyzowania się w obcym kraju i nauki języka.  Justyna nie spodziewała się jednak, że będzie musiała stawiać czoło takim przeszkodom, jak … głód. Na miejscu okazało się bowiem, że handlowanie antykami oznacza bankructwo i powolną wyprzedaż zawartości swojego domu, a pieniędzy brakowało nierzadko nie tylko na jej wypłatę, ale też na kurs niemieckiego oraz jedzenie.
Wyrwanie się z tego błędnego koła w które wpadła i praca w bistro przekonały ją, że nie można zgadzać się na takie traktowanie i, że (po takim chrzcie bojowym) jest w stanie sama sterować swoim życiem. Stąd praca sprzątaczki, która dla emigranta okazuje się być na tyle intratną, że daje całkiem przyzwoity dochód i możliwość utrzymania się oraz rozwoju.
Autorka przytacza przykłady różnych osobliwości (nie mylić z osobowościami) z jakimi przyszło jej się zetknąć oraz dziwactw, którym ludzie oddają się w swoich domach. Sprząta u sędziny, komisarza policji (uprawiającego konopie na balkonie), adwokatów, lekarzy, pracowników reklamy, a nawet … u właścicieli burdelów. Poznajemy niektórych z jej klientów bliżej – zabawnego „Mr Chaosa”, który jest doradcą doradców i podróżuje po całym świecie, a w międzyczasie jest zdolny do zrobienia nieziemskiego bałaganu, „Panią Pudlo”, która cale życie przechowuje w pudłach,  a także Franka, który marzy o wielkich piersiach Justyny za trzydzieści euro. Polanska pisze o cieniach i blaskach tego typu pracy oraz o różnym podejściu klientów do niej i do jej pracy. Zazwyczaj, niestety, jest to mieszanina pogardy, wyższości, nieuprzejmości, zdarzają się też klienci nieuczciwi, u których całymi tygodniami trzeba się upominać o należność.
„Pod niemieckimi łóżkami” to lektura dla wszystkich, którzy planują wyjazd z Polski i to niezależnie od tego, gdzie planują budować swoje nowe życie. Bo tak, jak cham pozostanie chamem niezależnie od tego, gdzie mieszka, tak sprzątaczki będą różnie traktowane na każdej szerokości geograficznej przez mieszkańców danego kraju. Ważne jest, by to sobie uświadomić zanim podejmiemy decyzję o emigracji. Polanska pisze o swoich przygodach z dużą dozą humoru, choć często jest to czarny humor, a sytuacje w których się znalazła, niebezpieczne. Nie odradza wyjazdu, ale też i do niego nie nakłania – daje nam prawo wyboru lojalnie uprzedzając, że nie zawsze jest wesoło. Bonusem dołączonym do książki jest małe „ABC bezstresowego sprzątania”, czyli rady, jak usunąć osad z armatury, jak wyczyścić zabrudzone ramy okienne czy usunąć plamy – niezbędne dla każdej zabieganej pani domu oraz … sprzątaczki.


Recenzja została także umieszczona na stronach wortalu literackiego Granice.pl

piątek, 6 lipca 2012

Cees Nooteboom "Utracony raj"

Tytuł: Utracony raj
Autor: Cees Nooteboom
Wydawnictwo: WAB















„Nie ma zbyt wiele czasu, by być szczęśliwym. Dni przemijają szybko. Życie jest zbyt krótkie. W księdze naszej przyszłości wpisujemy marzenia, a jakaś niewidzialna ręka nam je przekreśla” – pisał Phil Bosmans. Niekiedy jednak bywa tak, że marzenia są piękne tylko wtedy, kiedy pozostają … w sferze marzeń. Ich spełnienie wiąże się jednak z rozczarowaniem i utratą złudzeń, a rzeczy czy wydarzenia okazują się być inne, niż się wydawały.
Konfrontację z rzeczywistością szykuje dla swoich bohaterek holenderski pisarz Cees Nooteboom. „Utracony raj”, jego najnowsza powieść, to niezwykle subtelna i delikatna historia o naszych marzeniach, iluzjach które tworzymy i rozczarowaniach. Mimo, iż książka ma niewielką objętość, to trudno ją zaliczyć do lekkiej lektury, odpowiedniej na wakacyjny wypoczynek. To raczej tekst, który należy kontemplować i zgłębiać warstwa po warstwie, a i tak czeka nas prawdziwa łamigłówka, bowiem czas się tu zakrzywia, opowieści przenikają ,  ścierają z marzeniami i roztrzaskują o brutalny świat faweli, gdzie Alma została zgwałcona.
„Masz w sobie cień (…) A czym on jest? Twoją tajemnicą” – mówi najbliższa przyjaciółka Almy, Almut. Obie dziewczyny zafascynowane są sztuką i choć Almut odznacza się germańskim zmysłem porządku i racjonalnym podejściem do życia, to również ona ma marzenia. A właściwie jedno wielkie, troskliwie pielęgnowane przez lata. Niegdyś dziewczyny godzinami leżały pod mapą Australii marząc o podróży, zanurzeniu się w kraj, dotarcia do jego korzeni. Ich celem było Sickness Dreaming Place, miejsce w którym uwalnia się naturalne promieniowanie radioaktywne, a także dotknięcie pierwotności, czyli spotkanie z Aborygenami.
Studia Almy na kierunku sztuka renesansowa, czy Almut – sztuka współczesna, czy podróż przez Drezno, Amsterdam czy Florencję, to tylko początek drogi, która ostatecznie prowadzi je ku spełnieniu marzeń z dzieciństwa – ku Australii. Jednak rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej niż w snach, a już sam zapach terminalu lotniczego odstręcza. „Moja Australia była fikcją, ucieczką, wiedziałam to w momencie przyjazdu” – mówi Alma, choć trudno dziewczynom przyznać się do rozczarowania. W zaklimatyzowaniu się Almy nie pomaga nawet gorący romans, można dlatego, że  zniewolona jest wyłącznie przez obraz artysty. O nim samym mówi: „Nie lubię tego człowieka, ponieważ on mnie nie lubi (…). On jest tak samo nieprzystępny, jak jego obrazy”.
Pobyt w Australii oznacza także borykanie się z problemami finansowymi, dlatego te z obie decydują się na dość oryginalny sposób podreperowania budżetu. Wyruszają do Perth, gdzie odbywa się festiwal literacki połączony z teatralnym. Organizatorzy poszukują aniołów – statystów, bowiem jedną z atrakcji ma być swego rodzaju gra miejsca, której zadaniem ma być poszukiwanie skrzydlatych sprzymierzeńców.
Jednym z uczestników tej zabawy jest Erik Zondag, krytyk literacki, „król odwlekania”, znudzony życiem mężczyzna w średnim wieku, który smutki i bezsens życia topi w alkoholu, zaś humor poprawia smagając autorów słowem niczym batem. Spotkanie Erika i Almy będzie niemal metafizycznym przeżyciem i trwale zapisze się w ich pamięci.  „Tym, czego nikt nie może zobaczyć, są skrzydła, które za nią rysuje, skrzydła, których nigdy nie mógł zapomnieć” – pisze Nooteboom, bowiem spotkanie w tak niezwykłych okolicznościach nie będzie ostatnim.
Historia Nootebooma, pomimo oszczędnej fabuły i wrażenia ulotności jest i będzie aktualna po wsze czasy. Każdy z nas bowiem ma swoje marzenia, wszyscy gonimy za ich spełnieniem, poszukując wytrwale raju utraconego. Ten holenderski prozaik „Utraconym rajem” zmusza nas do konfrontacji z celami i tęsknotami, przygotowuje także na rozczarowanie. Robi to w niezwykle wdzięczny, poetycki wręcz sposób zostawiając z poczuciem niedosytu nawet tych czytelników, którzy nie są książką zachwyceni. Nooteboom staje się tu malarzem słowa, zaś jego piękno oraz wrażliwość utrwalamy pod powiekami i w duszy. Nawet, jeśli kolejny raj na drodze życia okaże się być rajem utraconym, to zawsze możemy po lekturze , wzorem Almy, powiedzieć: „myślę, ze zawsze już będę się włóczyć, żeby świat przemienić w moją pustynie”.


Recenzja została umieszczona także na stronach wortalu literackiego Granice.pl




poniedziałek, 2 lipca 2012

Julian Barnes "Poczucie kresu"

Tytuł: Poczucie kresu
Autor: Julian Barnes
Wydawnictwo: Świat Książki










„Co wiedziałem o życiu ja, człowiek, który żył tak ostrożnie? Który ani nie przegrał, ani nie wygrał, ale po prostu pozwalał, by życie mu się przytrafiało? Który miał zwykłe ambicje i zbyt szybko przystał na to, by ich nie realizować? Który unikał bólu i nazywał to zdolnością przetrwania?”- ile osób, może sobie u kresu życia zadać takie pytania? Ile osób żyło i wciąż żyje nie ryzykując niczego, nie wychodząc ze swojej strefy bezpieczeństwa? Czy możliwe jest życie bez wzlotów i bez upadków, bez sukcesu i bez porażek, bez miłości i bez nienawiści? I co najważniejsze - czy takie życie można życiem nazwać, czy może raczej egzystowaniem w skorupie jaką się otaczamy? Pytania, pytania… Trudno ich uniknąć podczas lektury książki światowej sławy brytyjskiego pisarza Juliana Barnesa. Jego najnowsza powieść „Poczucie kresu” to właśnie bodziec do rozmyślania o przeszłości, o motywach i konsekwencjach postępowania, to podróż w przeszłość szlakiem swoich wspomnień po to, by odkryć, że rzeczy nie zawsze są takie, jak je widzimy.
Trudno doszukiwać się tu brawurowo prowadzonej akcji, wielkich tragedii, dramatów czy morza łez. A jednak, mimo leniwie toczących się wydarzeń, książka porusza nas do głębi pozwalając docenić kunszt autora i jego mistrzostwo we władaniu słowem. Londyński klimat nie ma tu nic do rzeczy, mamy jednak wrażenie, że wszystko jest jakby spowite mgłą, niewyjaśnione, pełne znaków zapytania czy niedopowiedzeń. Barnes unika patosu, nie ma tu wzniosłych słów czy choćby jednego zbędnego epitetu, mamy wrażenie, że książka jest doskonale wyważona, dopracowana w każdym celu tak, że nawet przewidywalne zakończenie nie budzi rozczarowania, ale staje się kolejnym zapisem na osi czasu.
Poznajemy Tony’ego Webstera, emeryta, członka lokalnego towarzystwa historycznego, człowieka wyważonego, powściągliwego, typowego asekuranta, który nigdy niczym nie zaryzykował. List otrzymany z jednej z kancelarii prawniczych burzy jego wystudiowany spokój i zmusza do powrotu wiele lat wstecz do czasów szkolnych, do zawartych wówczas przyjaźni i do dziewczyny w obecności której stał się mężczyzną.
„Trochę osiągnięć, trochę rozczarowań”- tak mówi o swoim życiu Tony, przypominając sobie Alexa, Colina i Adriana, kolegów ze szkolnej ławki. Owa informacja od prawnika to w rzeczywistości spadek po niejakiej Sarah Ford, matce jego pierwszej dziewczyny, którą widział jeden jedyny raz, a jednak zdołał zaskarbić sobie jej sympatię (a może współczucie?). Jednak to nie marne pięćset funtów odziedziczone po kobiecie, ale pamiętnik, który mu zapisała wstrząsnął nim zmuszając do przewartościowania swojego obrazu świata. Zapiski Adriana Finna mogły zawierać wszystko, włącznie z wyjaśnieniem przyczyny samobójstwa jakie popełnił. Niestety ów pamiętnik zagarnęła dla siebie Veronica Ford, kobieta, która na długie lata zapadła mu w pamięć, która go upokorzyła, manipulowała nim, wiążąc się ostatecznie z jego najbliższym przyjacielem.
Historii Barnesa daleko do ckliwego love story, to raczej opowieść o zbrodni (choć nie tej rozumianej dosłownie) i karze, o winie i odpowiedzialności. To także znakomity dowód na ułomność ludzkiej pamięci, jej zdolność do fałszowania rzeczywistości i tworzenia iluzji, które stają się jedynym światem, jaki znamy. W „Poczuciu kresu” pojawia się też Philip Larkin, poeta tworzący w duchu Yeatsa, czy Hardy’ ego, a właściwie fragmenty jego wierszy, co dodatkowo podsyca nasze pragnienie odpowiedzi na pytania o motywy, którymi się w życiu kierujemy.
„Poczucie kresu” Juliana Barnesa jest książką wielowymiarową i choć nie jest to lektura łatwa, lekka i przyjemna to warto się w nią zagłębić, zatracić bez reszty. Wielbiciele dobrej literatury z pewnością docenią geniusz Barnesa, przestrzeń, którą potrafi stworzyć wyłącznie za pomocą słowa i emocje, jakie wywołuje. To powieść, która zmusza do analizy swoich wyborów i dróg, odpowiedzi na pytanie ile z Tony’ego jest w nas samych. Obawiam się, że zbyt wiele…


Recenzja została również umieszczona na stronach wortalu literackiego Granice.pl

czwartek, 28 czerwca 2012

Pochuro Piotr "Dziewięć milimetrów do Nieba"


Tytuł: Dziewięć milimetrów do Nieba
Autor: Pochuro Piotr
Wydawnictwo: Branta











"Ta powieść nie ma początku, nie ma końca. Pokazuje ludzi, których łączy wydarzenie"- pisze autor ukrywający się pod pseudonimem literackim Piotr Pochuro. Jego książka „Dziewięć milimetrów do nieba” to brawurowo napisany kryminał, w którym emocje podsyca stawka o jaką toczy się gra (często jest to życie), a fetor palonych opon podczas pościgów za przestępcami przenosi nas prosto do Warszawy.
Pochuro odsłania przed nami kulisy jednej z policyjnych akcji, nieudanej zasadzki na złodziei samochodów. Wszystko wskazywało, że warsztat prowadzony przez niejakiego Henryka Kurkiewicza, ps. „Gruby” to dziupla, w której numery samochodów są przebijane, bądź też - w zależności od potrzeb - auta są rozbierane na części. Ludzie współpracujący z właścicielem zakładu potrafili zalegalizować skradzione samochody, rejestrując je na podstawie sfałszowanych dokumentów, lub też przerzucali przez wschodnią granicę. Od niedawna w zakres ich usług wszedł też handel narkotyków i to właśnie na jedną z dostaw trafili obserwujący warsztat policjanci. Nie byli jednak świadomi, że zakład „Grubego” był tylko przystankiem na drodze „Kruszyny”, prawej ręki samego bossa „Horka”, którego specjalnością są też napady, wymuszenia i handel bronią. Kruszyna transportował bowiem wraz ze swoją ekipą sto kilogramów świeżo wyprodukowanej amfetaminy do Gdańska dlatego też, jedynym rozsądnym z jego punktu widzenia wyjściem i alternatywą dla wieloletniej odsiadki, była szaleńcza ucieczka.
W pościg za samochodem rzuca się radiowóz prowadzony przez Karola Maraka, policjanta z piętnastoletnim stażem. Wraz z młodszym kolegą Andrzejem oraz nowo przyjętym funkcjonariuszem Rafałem Wolejskim, absolwentem wydziału prawa Uniwersytetu Warszawskiego dopada przestępców, a w strzelaninie, która się wywiązuje, ginie dwóch ludzi, jeden zaś zostaje ranny. „Kruszynie” udaje się uciec, nie jest jednak świadomy, że jego osoba i ewentualne schwytanie mogłoby mieć poważne konsekwencje dla bossa. A przecież, „To wojna. A na wojnie wódz czasem poświęca kilku żołnierzy, aby ratować całość”- jak stwierdza „Horek”.
Wśród zmarłych w trakcie akcji jest Andrzej - policjant, który zawahał się przed oddaniem strzału w kierunku bandyty. Od życia oddzieliło go zaledwie dziewięć milimetrów, grzebiąc tym samym nadzieje młodego policjanta na przyszłość. Śmierć kolegi to także gorzka lekcja dla Rafała, który przekonał się, że teoria i wyobrażenia o pracy w policji, znacząco odbiegają od rzeczywistości.
Pochuro w książce „Dziewięć milimetrów do nieba” po raz kolejny stara się zmienić sposób myślenia społeczeństwa o funkcjonariuszach. Stwierdzenie, że „policjant to nic innego, tylko noszący mundur bandyta, który dzięki cwaniactwu unika sprawiedliwości” należy odesłać do lamusa, podobnie jak wszelkie żarty o inteligencji stróżów prawa. Autor udowadnia, że praca w policji oznacza nieustanną czujność i gotowość do akcji, a także – niestety - zmaganie się z biurokracją i systemem, który niejednokrotnie zabija nie tylko wszelką inicjatywę, ale nawet podważa sens pracy. Policjanci będą zatem wciąż spowiadać się z każdego kroku, przestępcy będą śmiać się im w twarz, a dobrzy ludzie tracić życie. Mam tylko nadzieję, że Pochuro będzie dalej o tym pisał, bowiem któż inny  tak doskonale odda specyfikę pracy policjanta i trudy jego służby, jak nie jeden z nich.


Recenzja została także umieszczona na stronach wortalu literackiego Granice.pl

niedziela, 24 czerwca 2012

Katarzyna Olszaniecka "Oddam serce w dobre ręce"

Tytuł: Oddam serce w dobre ręce
Autor: Katarzyna Olszaniecka
Wydawnictwo: Zysk i S-ka











Nic nigdy nie dzieje się bez przyczyny. Nawet wówczas, kiedy złorzeczymy na okrutny, niesprawiedliwy  los, to musimy zdać sobie sprawę, że każde doświadczenie (również bolesne) jest dla nas lekcją. Jest listem od Boga…
Rina, bohaterka niezwykle ciepłej powieści „Oddam serce w dobre ręce” Katarzyny Olszanieckiej również nie mogła zrozumieć, dlaczego jej ukochany maż Aleks zginął na Malediwach. Na dodatek obwinia siebie o jego śmierć, bowiem to telefon do domu zatrzymał go w hotelu, kiedy nadeszło tsunami. Od czterech lat tęskni za nim, zaszywając się w swoim majątku na wsi, gdzie w otoczeniu gromady zwierząt (w tym kóz) przygotowuje nalewki i dżemy na sprzedaż, pracuje jako tłumacz oraz pisze.
Autorka zaprasza nas do Riny w gościnę, bowiem tylko tu, w otoczeniu menażerii właścicielki, możemy pomilczeć wspólnie z jej szwagrem Karolem, a nawet … spróbować pysznej nalewki truskawkowej. To idealna sceneria, by poczytać książkę i to nie tylko latem, ale i jesienią, ciasno otulając się pledem. Oczywiście pod warunkiem, że lekturą tą będzie właśnie „Oddam serce w dobre ręce”.
Świat Riny nie kończy się jednak na wiejskim podwórku. Czasami przecież musi tankować samochód, co może zakończyć się zniszczeniem ulubionych butów albo … nową znajomością. I nawet, jeśli pokryte tatuażami ramiona Igora mogą budzić wątpliwości, podobnie jak i jego przeszłości – służył we francuskiej policji, był też w Legii Cudzoziemskiej – to jednak milo jest mieć przy sobie kogoś, kto obdarza kobietę taką troską i atencją.
Wkrótce po pierwszym spotkaniu będą mieli szansę za sobą zatęsknić, bowiem Rina wraz ze swoją zwariowaną przyjaciółką wybiera się do Grecji. Przy okazji pobytu na Thassos kobiety będą miały szansę nie tylko nabyć wspaniałej opalenizny, stać się wielbicielkami greckiej kuchni, ale też wdać się w potężną bójkę  w barze i stać się żywą legendą szmaragdowej wyspy. Zresztą ten wakacyjny pobyt ma daleko idące konsekwencje – Matylda nie tylko otrzymuje wróżbę  na przyszłość od czarownicy w sklepie z biżuterią, ale też zakochuje się  w przystojnym komendancie miejscowej policji. Tyle tylko, że sama jest mężatką i choć od lat nie jest szczęśliwa w związku, to nigdy nie zdobyłaby się na zdradę. Czy zatem grecką miłość pozostawi na Thassos? A może los ma dla niej inny, zaskakujący scenariusz?
Kolejne tygodnie niosą niespodziankę również dla Riny, której znajomość z Igorem zaczyna się zacieśniać, scementowana dodatkowo przez dziecko, a właściwie małego wilczka, którego ocalił mężczyzna. Cieniem na tym romansie kładzie się niejasna przeszłość zawodowa Igora, choć tę uparcie zgłębia Karol wraz z  przyjacielem rodziny, szwajcarskim marszandem Christianem. Na jaw wychodzą też inne sekrety w tym te dotyczące Aleksa, który jak się okazuje nie dość, że należał do pewnej tajnej organizacji, to jeszcze miał w jej ramach niecodzienne „hobby”…
W książce Katarzyny Olszanieckiej dużo się dzieje, a kolejne wydarzenia i przygody bohaterki wywołują zarówno salwy gromkiego śmiechu, jak i gorzkie refleksje na temat okrucieństwa ludzi. „Oddam serce w dobre ręce” to zdecydowanie powieść dla tych, którzy lubią przeżywać literaturę, nie sposób jest bowiem nie zaangażować się w historię Riny. Lekka, łatwa i przyjemna książka z nutką sensacyjnego wątku ma tylko jedną wadę – Rina pobudziła moje kubki smakowe swoimi nalewkami i konfiturami i teraz nie pozostaje mi nic innego, jak tylko odkurzyć książkę kucharską i zabrać się za przygotowanie dżemu morelowego czy truskawkowo-waniliowego napitku. Rzeczy równie smakowitych, jak „Oddam serce w dobre ręce”.

Recenzja zostala umieszczona również na stronach wortalu literackiego Granice.pl