wtorek, 10 lipca 2012

Sylwia Chutnik "Mama ma zawsze rację"

Tytuł: Mama ma zawsze rację
Autor: Sylwia Chutnik
Wydawnictwo: Mamania



Macierzyństwo jest najpiękniejszym, co może zdarzyć się kobiecie. Poród to cudowne, niemal mistyczne przeżycie. Wychowanie dziecka to czas wiecznej sielanki i kształtowania młodego człowieka zgodnie z zasadami i normami moralnymi. Takimi bzdurami karmiono nas już od kołyski, co jest o tyle niezrozumiałe, że robiły to kobiety, które na własnej skórze (a dokładnie we własnej macicy) poczuły, co to znaczy nosić w sobie przez dziewięć miesięcy odrębną jednostkę, przepchnąć jej wielką głowę przez wąski kanał rodny, a następnie już do końca życia martwić się o dziecko i poświęcać niejednokrotnie dla niego samą siebie. Dlaczego nikt nas nie uprzedził, jak wieka odpowiedzialność na nas spoczywa? I jakim cudem, mimo tego wszystkiego, bycie matką jest takie … piękne?

O tym, jak bardzo matczyna rzeczywistość różni się od tej wyidealizowanej, opisywanej w podręcznikach, oglądanej w filmach, zajmująco pisze Sylwia Chutnik, aktywistka społeczna, która w 2010 roku została laureatką Społecznego Nobla Ashoki. Jej zbiór esejów, pod wspólnym tytułem „Mama ma zawsze rację” to ironiczny, niekiedy pełen czarnego humoru obraz współczesnej matki i wyzwań, jakie stawia przed nią społeczeństwo, a nierzadko ona sama.
Jeśli jesteś już matką (a jeśli nie, to ta książka każe Ci się dwa razy zastanowić zanim odstawisz pigułki), doskonale zrozumiesz czym są „Obciskające Gacie” usilnie starające się podtrzymać iluzję, że z twojego brzucha nie zwisa niechciany i wyalienowany fałd skórny, a także jaki stopień w skali furii (10/10) wywołują życzliwe komentarze napływające ze strony „Wujków i Cioć Dobra Rada”. Autorka, bazując na własnym doświadczeniu, nie waha się przedstawić sytuacji matki, a właściwie „kobietomatki”, którą się po porodzie „zostawia samą i sobie teraz radź bez instrukcji obsługi, i sobie teraz popłacz w kacie, tylko nie za głośno, bo nie będzie słychać płaczu dziecka”. Po miesiącach całego zamieszania z ciążą, nagle, niemal w jednej chwili, matka zostaje sprowadzona do roli banku mleka i całodobowo funkcjonującego robota z programem „opieka”. A przecież, jak pisze Chutnik „według teorii mocy i wszystkich kręgów kobiet, to właśnie wtedy energia buzuje i skwierczy najmocniej”. Czyżby? Z pewnością nie podczas porodu w większości państwowych polskich szpitali.
Macierzyństwo to także, oprócz aspektów związanych z cielesnością, także emocje i duchowość. Jednak nie zawsze (o zgrozo! – wykrzykną idealne matki) jest  to miłość. Bywa bowiem tak, że kobiety czują do własnego dziecka wrogość, zaś społeczeństwo dodatkowo obarcza je winą za takie negatywne emocje. Bo przecież każda matka – jak się uważa – powinna mieć wpisaną w kod DNA gen miłości do dziecka i dlatego często myli się depresję poporodową z baby blues, czyli melancholią. Chutnik zwraca uwagę, że ignorowanie negatywnych emocji i udawanie, że wszystko jest w porządku jedynie nakręca spiralę choroby.
W książce znajdziemy również felieton poświęcony bliskości, która przejawia się choćby tuleniem czy karmieniem piersią, a także niezwykle celny tekst o „dziubdzianiu nad fasolkami, milusiami, skarbkami” (to moja osobista krucjata – litości matki, dajcie nam, istotom, które nie doświadczyły macierzyństwa, odpocząć od dzidziusiowania i plumkania, a także rozwodzenia się nad kolorem kupki).
Kolejny tekst „Krzest” wywołał u mnie salwy śmiechu, choć autorka pisze tylko gorzką prawdę na temat imprez tej rangi, co chrzest. „Co to jest – małe, białe (…) płaczące i mokre?” – pyta Chutnik i natychmiast odpowiada – „Dziecko przy chrzcielnicy. Co to jest – bladzi, zmęczeni, przejęci i rozdrażnieni? Rodzice przy chrzcie”. Jeśli  w tym obrazie nakreślonym przez Chutnik odnalazłaś siebie, bądź też kiedykolwiek zastanawiałaś się, czy na komunię podarować dziecku własnego kucyka czy może … dwa kucyki, to ten felieton jest dla Ciebie.
Matki, które choć raz zdrapywały ze ściany pyszną marcheweczkę („No, zjedź jeszcze łyżeczkę za mamusię”) bądź spłukiwały z włosów mus jabłkowy, koniecznie muszą oddać się lekturze „Transcendencji jedzenia”, zaś wszystkim właścicielkom chromosomu „S” jak sprzątanie (czyli wszystkim kobietom) dedykowany jest bez wątpienia tekst „Sprzątam, więc jestem”.
Jeśli jeszcze nie mdli nas od prawdy, możemy jeszcze poprosić o dokładkę, konsumując ze smakiem scenkę z życia rodziny na wakacjach przy kupowaniu zapiekanki tudzież, dla hardcorowych mam, obraz rodzinki w drodze na wakacje.
Niezwykle cenny jest felieton „Mam dwie mamy”, w którym Chutnik porusza temat dobra dziecka, które niestety „stało się kartą przetargową w ideologicznych debatach i prywatnych rozmowach”. Ta gorzka prawda charakteryzuje cały zbiór tekstów, bo choć lektura budzi niezwykle pozytywne emocje, to obnaża również wszystkie słabości i ułomności naszego społeczeństwa.  Prezentuje także obraz nie zawsze idealnej matki – obraz, który większość kobiet stara się ukryć, nie pozwalając sobie nawet na chwile słabości.
„Mama ma zawsze racje” to książka, która jest prawdziwą wizytówką Sylwii Chutnik. Genialny wręcz zmysł obserwacji, cięty język i giętkie pióro – to wszystko składa się na styl autorki. Teksty Chutnik  uświadamiają nam, że rzeczywistość nie zawsze jest idealna i my, kobiety, a szczególnie kobiety matki, również nie musimy takie być.


Recenzja zostala także umieszczona na stronach wortalu literackiego Granice.pl

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza