poniedziałek, 29 grudnia 2014

Sophia Tobin „Żona złotnika”

Tytuł: Żona złotnika
Autor: Sophia Tobin
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy PWN


Stare przysłowie ordoskie mówi: „Jeśli posiadasz złoto, twoim przeznaczeniem jest żyć; jeżeli go nie masz – twoim przeznaczeniem jest umrzeć”. Słowa te nie zawsze znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości. Świadczyć mogą o tym wydarzenia opisane przez Sophię Tobin, byłą pracownicę sklepu z antykami, bibliotekarkę zatrudnioną przez brytyjskie stowarzyszenie złotników Worshipful Company of Goldsmiths. Wykorzystując swoje doświadczenie zawodowe i bujną wyobraźnię, stworzyła ona wciągającą opowieść o miłości, namiętności, chciwości i zdradzie.

„Żona złotnika” przenosi nas do Londynu, do roku 1792. Wówczas, na Berkeley Square, stróż nocny Edward Digby, odnajduje zwłoki lokalnego złotnika, szlachcica, artystę wielbionego przez lokalną śmietankę towarzyską. Pierre Renard miał poderżnięte gardło, zaś brak przy ciele cennego zegarka oraz profesja mężczyzny, wskazują na motyw rabunkowy. Tak też orzeka miejscowy koroner, przyjaciel zmarłego, pan Taylor. Czy rzeczywiście złotnik padł ofiarą nieznanego sprawcy, czy może jego śmierć była starannie zaplanowana? Tego dowiemy się śledząc akcję książki, snując przypuszczenia, podążając fałszywymi tropami i bezskutecznie próbując przewidzieć zakończenie. To bowiem powieść dla tych, którzy lubią skomplikowane opowieści i cenią sobie kryminalne zagadki, których rozwiązanie wymaga umiejętności analitycznego myślenia i znajomości wszystkich faktów.

Wieść o zabójstwie popełnionym pod osłoną nocy szybko obiega całe miasto, wzbudzając lawinę plotek, przypuszczeń i emocji – zmarły zostawił bowiem dobrze prosperujący zakład wraz z kamienica, w której się mieścił, a także … żonę, która zgodnie z utartym zwyczajem będzie musiała poszukać opiekuna. Tym jednak zajął się za życia zapobiegliwy Renard, spisując testament zawierający wielce osobliwe życzenia. Otóż jego żona Mary, oprócz porcelany, książek i prawa do dożywotniego zamieszkiwania w domu, dostała w spadku kuzyna zmarłego – to on ma nadzorować firmę oraz wstąpić w związek małżeński. Tyle tylko, że ów kuzyn nie żyje. Ponadto, dziedzicem firmy ma zostać po osiągnięciu pełnoletności czeladnik Benjamin, bratanek Sarah – kobiety, w której przed laty Renard był zakochany. Wobec takiego stanu rzeczy, można spodziewać się kolejki zalotników, pretendentów do ręki Mary, bynajmniej nie ze względu na jej urodę. 

Śledząc wydarzenia rozgrywające się po śmierci złotnika, jednocześnie mamy możliwość zapoznania się z jego życiem – lektura fragmentów pamiętników Renarda nie tylko pozwala nam towarzyszyć złotnikowi w drodze jaką przebył, od nieznanego rzemieślnika do właściciela znakomicie prosperującego zakładu, z którego wychodziły srebra uwielbiane przez najznakomitsze rody. Niestety, z notatek Pierre`a, jak i opowieści i wspomnień mieszkańców Londynu, wyłania się obraz bezdusznego potwora, kierującego się jedynie chwilowymi namiętnościami. Mężczyzny trudniącego się lichwą, bezwzględnie nabijającego swój znak na wyrobach zatrudnionych przez siebie podwykonawców, poniżającego żonę i zdradzającego ją z młodą klientką. 

„(…) Renard potrafił mówić o koleżeństwie i uczuciu, ale powtarzał tylko zasłyszane słowa; puste dźwięki, nic więcej. Zabrał nam Mary i wyssał z niej całe życie równie skutecznie, jak gdyby fizycznie otworzył jej żyły. A jednak żył i śmiał się, jakby cukrzy wda dodawała mu sił (…)” – taki obraz swojego szwagra przedstawia Mallory, siostra Mary. Czy można się zatem dziwić, że ktoś zlitował się nad mieszkańcami Londynu i pozbawił miasto takiego obywatela?

O tym, jak zakończy się ta historia i czy tropy, którymi podążamy w trakcie lektury nie sprowadzą nas na manowce, możemy przekonać się czytając „Żonę złotnika”. Akcja toczy się tu wartko, choć klimat daleki jest od amerykańskich powieści sensacyjnych - u Tobin znajdziemy raczej mroczną atmosferę Londynu, mieszkańców skrywających pieczołowicie swoje sekrety i brudne dusze oraz układankę, rodem z kryminałów Agathy Christie czy sir Arthura Conana Doyle`a.

Autorka nie ogranicza się jednak do naszkicowania sylwetki zamordowanego złotnika oraz osób pozostających w jego otoczeniu – potencjalnych zabójców. Sophia Tobin stwarza nam możliwość zagłębienia się w rzeczywistość XVIII wieku, kiedy to kobiety były traktowane jak istoty słabe, wymagające prowadzenia, niezdolne do samodzielnej egzystencji, a tym bardziej do prowadzenia interesów. Szczególnie jest to widoczne w przypadku Mary, zakompleksionej i stłamszonej przez męża ofiary jego egoistycznej natury oraz młodej Harriet Chichster, kobiety zmuszonej do poślubienia zimnego mężczyzny, dla którego liczył się tylko potomek oraz majątek małżonki. 

Tobin stopniowo, akt po akcie, odsłania przed nami wszystkie tajemnice, jakie skrywa londyńska mgła, otwiera przed nami wrota domów, w których mieszkają zakłamani panowie oraz plotkująca służba. Autorka pozwala nam delektować się pięknym językiem, płynnością poruszania się pomiędzy różnymi wątkami, które ostatecznie prowadzą do rozwiązania wszystkich tajemnic. Jestem przekonana, że sukces tej powieści pociągnie za sobą kolejne publikacje autorki, na które już teraz czekam z niecierpliwością. 

środa, 24 grudnia 2014

Susanne Mischke „Zabij, jeśli potrafisz!”

Tytuł: Zabij, jeśli potrafisz!
Autor: Susanne Mischke
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy PWN


„W zamian za informację o miejscu pobytu Lucie chciałbym, abyś zabił pewną osobę, której nazwisko w odpowiednim czasie ci podam. Jeśli się zgadzasz, wyślij SMS o treści OK (…)” – wiadomość tej treści to niestety nie okrutny żart nastolatków. Nie jest to również zaproszenie do uczestnictwa w teleturnieju, a raczej do gry, w której stawką jest życie jednej małej dziewczynki i drugiej – całkiem dużej…

wtorek, 16 grudnia 2014

Christiane Fux "Ostatnia posługa"

Tytuł: Ostatnia posługa
Autor: Christiane Fux
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy PWN


Nazistowskie dążenie do czystości rasy, do stworzenia nadludzi zdolnych panować nad światem, doprowadziło do masowych czystek. Mordowani byli nie tylko przedstawiciele innych nacji – Żydzi, Cyganie, Polacy, ale również Niemcy, którzy nie spełniali wyśrubowanych wymagań. Jednostki niepełnosprawnie fizycznie lub psychicznie, niezależnie od tego, czy owa niepełnosprawność była wynikiem jakiegoś wydarzenia, czy też istnieje od urodzenia, były również eliminowane, jako stanowiące niepełnowartościowy materiał genetyczny, obciążające dodatkowo budżet państwa oraz opiekujących się nimi ludzi. Zanim jednak osoby takie (w tym również dzieci) poddawano eksterminacji, często posługiwano się nimi, jako obiektami badań, byli swego rodzaju „królikami doświadczalnymi”.

Czy rozwój medycyny rzeczywiście wymaga ofiar? Gdzie leży granica pomiędzy dążeniem do przekraczania granic poznania, a działaniem niezgodnym z prawem, nieetycznym? Czy lekarze dokonujący eksperymentów to wizjonerzy czy zwyczajni przestępcy? Te pytania, choć nie stanowią sedna powieści Christiane Fux, to jednak pojawiają się podczas lektury. Powieść „Ostatnia posługa”, to porywające studium zbrodni, dokonywanych przez pozbawionego uczuć psychopatę. Choć aspekt moralny jest wszechobecny, to jednak zachwyca również plejada wspaniale skonstruowanych bohaterów, z ekscentrycznym idealistą Theo na czele. To jedna z tych historii, która zapada nam w pamięć, o której dyskutujemy z przyjaciółmi, którą polecamy szerszemu gronu znajomych. To również książka, która porusza tematy kontrowersyjne, nierozwiązane kwestie, co do których społeczeństwo nigdy nie znalazło jednej, właściwej odpowiedzi.

Autorka przedstawia nam wspomnianego Theo, mieszkańca Wilhelmsburga, byłego chirurga, który z wyboru został … przedsiębiorcą pogrzebowym. W pewnym sensie ta praca, obcowanie ze zmarłymi, pomaga mu oswoić śmierć, pogodzić się z jej nieuchronnością, choć do dziś nie może on zrozumieć, dlaczego jego ciężarna żona musiała umrzeć na raka, zabierając ze sobą również nienarodzoną córkę. Wykonywanym zadaniom oddaje się z pasją, mając u boku oryginalną asystentkę May i jej nad wyraz dojrzałą i przemądrzałą córkę, a także pomocnego przyjaciela Larsa. 

To właśnie zaangażowanie, a także wrodzona dobroć i szacunek do drugiego człowieka nie pozwalają mu przejść obojętnie obok zagadkowej śmierci. Zwłoki starszej kobiety, Anny Florin, trafiły do jego zakładu już po sekcji przeprowadzonej w Zakładzie Medycyny Sądowej. Mimo nietypowej przyczyny śmierci – staruszka zamarzła, leżąc na ziemi w pobliżu latarni morskiej – nie znaleziono dowodów wskazujących na morderstwo. Być może również Theo nie zwróciłby uwagi na nakłucia za uchem gdyby nie wykształcenie medyczne i świadomość, że nie jest to typowe miejsce do dokonywania iniekcji. 

Lokalna policja nie chce podjąć śledztwa, zatem Theo, przy współudziale znajomych oraz niezwykłego przyjaciela Anny, młodego Turka Fatiha, postanawia odtworzyć ostatnie dni z życia staruszki i odkryć rzeczywistą przyczynę śmierci. Okazuje się, że Anna była kobietą dość niezwykłą, wręcz ekscentryczną, choć nic nie wskazuje na to, że cierpiała na demencję lub starcze otępienie. Tymczasem starością próbuje wytłumaczyć niezwykły atak słowny, Jonathan Bergman, wybitny specjalista w dziedzinie badania mózgu ludzkiego. Okazuje się, że przed śmiercią, kobieta wtargnęła bez akredytacji na naukowy kongres i publicznie oskarżyła jednego z nagrodzonych za pracę nad siecią neuronów – właśnie Bergmana – zarzucając mu zbrodnie wojenne.

Czy to rzeczywiście chwilowa niepoczytalność, czy może przenikliwość Anny sprawiły, że wpadła na trop mordercy, który nigdy nie poniósł kary za eksperymenty wykonywane na ludziach podczas drugiej wojny światowej? Biorąc pod uwagę fakt, że w 1943 roku, była pielęgniarką na oddziale dziecięcym w klasztorze Eichenhof, w którym podczas II wojny światowej na mocy dokumentu podpisanego przez Hitlera, uśmiercono około dwieście dzieci, oskarżenia Anny brzmią prawdopodobnie. 

Jak zakończy się ta historia? Co wspólnego może mieć Bergman, rzekomo od 1940 roku jeniec obozu wojennego w Neuengamme, z lekarzami pracującymi w klasztorze Eichenhof? Jaka jest prawda o śmierci Anny? Czy Theo, przy współudziale dociekliwej dziennikarki, zdoła odnaleźć choć jednego, żyjącego świadka, mogącego potwierdzić co tak naprawdę działo się w klasztornych murach? Na te wszystkie pytania znajdziemy odpowiedzi w doskonałej powieści Fux – powieści rodzącej pytania o lekarską etykę, a także o człowieczeństwo. Autorka, posługując się dwoma planami i dwoma liniami czasowymi (wydarzenia rozgrywają się w czasach współczesnych, ale poszukując prawdy wracamy również do 1943 roku), stworzyła tekst porywający, od którego nie można się wprost oderwać. Zwroty akcji, niespodziewane zakończenie, a także wyraziste tło w postaci okrutnych, nazistowskich zbrodni – to wszystko sprawia, że po „Ostatnią posługę” sięgnąć warto. Ja zaś, niecierpliwie wyglądam kolejnej powieści autorki, równie mocnej i równie dobrej!

niedziela, 14 grudnia 2014

Słodki podwieczorek: "Przysmaki Ojca Mateusza" w piernikowej odsłonie

Dziś, pozostając w klimacie kulinariów światecznych, zapraszam do skosztowania "Piernika Ani", którego przepis znalazłam w książce "Przysmaki Ojca Mateusza. Domowa kuchnia Natalii".

fot. J.Gul

piątek, 12 grudnia 2014

Smaki literackie w sosnowieckiej bibliotece

źródło: Biblioteka Główna w Sosnowcu
Dziś, wyjątkowo, nie o książkach, a raczej nie tylko o książkach. Aby odpocząć od pracy, szkoły i przedświątecznego ferworu, nie przejmując się koniecznością robienia domowych porządków, wybrałam się do sosnowieckiej Biblioteki Głównej. Była ona bowiem organizatorem wspaniałego wydarzenia, które – mam nadzieję – zapoczątkuje wspaniałą tradycję. O czym mowa? O pierwszym spotkaniu  z cyklu „Smaki Literackie”, poświęconemu kuchni wigilijnej i bożonarodzeniowej.
Spotkanie to było nie tylko okazją do spojrzenia na nadchodzące Święta przez pryzmat pisarzy różnych epok (w literaturze dla dzieci i młodzieży a także dla dorosłych), ale również poznania sposobu ujmowania kwestii kulinariów związanych z Wigilią i Bożym Narodzeniem przez malarzy i ilustratorów na przestrzeni wieków.

wtorek, 9 grudnia 2014

Ludwika Włodek "Wystarczy przejść przez rzekę"

Tytuł: Wystarczy przejść przez rzekę
Autor: Ludwika Włodek
Wydawnictwo Literackie



„Jakie wszystko staje się proste, gdy się patrzy z daleka, pomija się szczegóły i nic się o nich nie wie” - pisał Bernard Minier. Właśnie z daleka zazwyczaj patrzymy na świat, bojąc się zagłębić go, posmakować, naprawdę poznać. Obaw takich nie ma Ludwika Włodek, która z pasji do świata i ludzi, stworzyła zawód. Dzięki temu, możemy przenieść się wraz z nią do Azji Środkowej, terenu nieznanego, niezgłębionego, o którym tak naprawdę nic nie wiemy…
Publikacja „Wystarczy przejść przez rzekę”, to zapiski z podróży, a przy tym studium nastrojów społecznych i politycznych konfliktów, okraszone zbliżeniami twarzy ludzi – nie tych bezimiennych, ale tych, z którymi autorka zbliżyła się podczas swoich wypraw, którzy zgodzili się odsłonić przed nią rąbek swojego życia, a także rzeczywistości, w jakiej przyszło im funkcjonować.
Autorka potraktowała historie poszczególnych mieszkańców jako punkt odniesienia, a przy tym okazję do poruszenia kwestii historycznych, makroekonomicznych i politycznych. Czytamy zatem o radzieckiej polityce narodowościowej, o sowietyzacji, o transformacji mającej miejsce w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Poznajemy kulisy animozji pomiędzy Kirgizami i Uzbekami, dzieje rewolucji, przyczyny pogłębiającej się izolacji, którą podkreśliło jeszcze zwycięstwo szyitów w irańskiej walce o władzę, a także obserwujemy   zderzenie się mitu Kazachstanu, jako „trzeciej drogi i jedynego państwa sukcesu” w Azji Środkowej, z rzeczywistością.
To również wspaniała opowieść o tym kulturalnym tyglu, jakim jest Azja Środkowa, o panujących zwyczajach, doprawionych multinarodową mieszanką i wielowiekowym dziedzictwem. Na tym tle, fascynująco rysują się życiorysy osób, które odegrały znacząca rolę w procesie „smakowania” tego rejonu przez autorkę. Niezależnie od tego, czy znajdujemy się w Kirgistanie, Tadżykistanie, Turkmenistanie, Kazachstanie czy Uzbekistanie, niezmiennie interesują nas opowieści, ujęte przez autorkę w oszczędne, a jednak obrazowe słowa. Ten styl, reportersko-gawędziarski sprawia, że od książki nie można się wprost oderwać mimo trudnego tematu i bolesnych, niekiedy traumatycznych wspomnień bohaterów.
Na stronach publikacji spotkamy Nadię o śmierdzących nogach, która udzieliła obcym osobom gościny pod swoim dachem w Oszu, racząc przy tym autorkę wspaniałymi potrawami, kąpielami (wieczorny rytuał – wyprawa do bani), a także opowieściami o sąsiadach Uzbekach, o prozie życia oraz wspominając krwawą rzeź, która miała miejsce w czerwcu 1990 roku. Jest też Zajtuna, u której autorka zatrzymała się w Biszkeku, a której córka opiekowała się w Polsce przez kilka lat synem autorki; Szarofat, opowiadająca o tadżyckiej wojnie domowej i rosnącym napięciu w kraju oraz Said, spotkany w Górach Fańskich w Tadżykistanie.
Włodek przedstawia nam również Umidę Ahmadową, fotografkę i reżyserkę, która za swoją walkę z systemem i pragnienie niezależności, zapłaciła wolnością. Żyjąc w autorytarnym reżimie nie poddała się i z dumnie uniesioną głową wciąż pozostała wierna swoim ideałom. Jest również Bołat, któremu od dzieciństwa wpajano strach przed władzą radziecką i kolektywizacją. Jednak świadomość, że na świat – zniewolony świat – przyjść miał wkrótce jego wnuk, wyzwoliła w nim pokłady odwagi i decyzyjności. Zaczytany w dziełach Goethego, Schillera, związał się z teatrem, założonym przez mieszkających w Kazachstanie Niemców, a następnie otworzył własną placówkę: „Wstałem, podniosłem tyłek i zacząłem robić taki teatr, jaki uważałem za dobry” – mówi Bołat.
To tylko kilka z wyrazistych postaci, sportretowanych przez Włodek. Postaci, których losy uświadamiają nam, z jakimi problemami boryka się Azja Środkowa i jakie zagrożenia na nią czyhają. Mimo społecznego zaangażowania, autorce udało się doskonale wyważyć proporcję pomiędzy przytoczonymi opowieściami bohaterów książki, kontekstem polityczno-gospodarczym oraz własnymi komentarzami czy wspomnieniami. To sprawia, że „Wystarczy przejść przez rzekę” można traktować jako zachętę do podróży w tamte rejony i do wykazania choć minimum chęci, by zrozumieć, jak wygląda prawdziwe życie. By je poznać i pokochać miłością skomplikowaną, ale prawdziwą…





poniedziałek, 8 grudnia 2014

Irena Cieślińska "Pomyleni. Chorzy bez winy”

Tytuł: Pomyleni. Chorzy bez winy
Autor: Irena Cieślińska
Wydawnictwo: PWN


Mówiąc o niepełnosprawności, zazwyczaj na myśl przychodzą nam niepełnosprawności ruchowe, bądź takie niepełnosprawności intelektualne, które występują stosunkowo często w naszym otoczeniu, jak na przykład zespół Downa. Tymczasem istnieją dziesiątki chorób o których nigdy nie słyszeliśmy, których nie możemy zidentyfikować i nazwać. Dziesiątki chorób, na które być może cierpią nasi bliscy, sąsiedzi, współpracownicy, a może i my sami…
Próbę przybliżenia schorzeń, które są niewidoczne w bezpośrednim, chwilowym kontakcie z drugim człowiekiem, a także zachowań, jakie te choroby ze sobą niosą, podjęła Irena Cieślińska. Autorka wielu popularnonaukowych tekstów, była redaktor naczelna miesięcznika „Wiedza i Życie”, sama zmagająca się z jedna z opisanych chorób, oddaje w nasze ręce niezwykle fascynującą książkę „Pomyleni. Chorzy bez winy”. Opublikowana nakładem wydawnictwa PWN pozycja, stanowi próbę uwrażliwienia nas na chorobę, na inność, stanowi apel o zrozumienie i akceptację. To również nieocenione źródło przynajmniej podstawowej wiedzy dla pedagogów, nauczycieli i psychologów, a także rodziców i całego otoczenia osoby, której zachowanie wzbudza w nas obawy i niepokoje.
Autorce udało się wyodrębnić wiele rzadkich jednostek chorobowych, choć wśród nich są też takie, z którymi miałam okazję zetknąć się przy okazji studiów pedagogicznych (zespół Pradera-Williego, fobie i nerwice natręctw czy zespół Tourette`a). O wybranych chorobach czytelnik mógł słyszeć z programów telewizyjnych, szczególnie o charakterze interwencyjnym; zapewne większość oglądała też wzruszający film „Olej Lorenza”, oparty na prawdziwej historii chorego na ALD (adrenoleukodystrofię) chłopca, którego rodzice rozpaczliwie walczyli o wynalezienie lekarstwa mogącego przynajmniej powstrzymać chorobę. Właśnie o tych, a także wielu innych przypadłościach, dotykających zarówno ludzi znanych, jak i bezimiennych dla szerszego grona odbiorców, pisze Cieślińska. Mimo prób wyjaśnienia podłoża większości chorób, książka nie przytłacza terminami medycznymi, a zawiłości medycyny są tu wytłumaczone w sposób prosty, zrozumiały nawet dla laika.
Na stronach publikacji znajdziemy zatem charakterystykę zespołu Williamsa, którego „ofiary” można rozpoznać po charakterystycznych „rysach baśniowych elfów”. Na tę rzadką chorobę (zjawisko to dotyka jednego dziecka na ok. 20 tys. urodzeń), cierpi m.in. Gloria Lenhoff, śpiewaczka operowa obdarzona niezwykłymi zdolnościami lingwistycznymi, osiągająca na testach IQ średnio … 50-70 punktów. Dowiemy się również, czym jest życie z nieustanną, obsesyjną myślą o jedzeniu, czyli z rzadkim defektem genetycznym – zespołem Pradera-Williego (PW). Z powodu zaburzeń w funkcjonowaniu podwzgórza, tj. części mózgu odpowiedzialnej m.in. za wydzielanie hormonów, regulację pragnienia i sytości, osoby z PW cierpią na bezustanne uczucie głodu, które pociąga za sobą otyłość i agresję.
Autorka przybliża nam również coraz częściej diagnozowaną boreliozę, a także narkolepsję, do podstawowych objawów której należy nadmierna senność, stopniowo utrudniająca normalne funkcjonowanie. Dowiemy się również czym jest afazja, czyli niezdolność do pojmowania i wyrażania znaków lingwistycznych: słów, liter, cyfr (na chorobą tę cierpiał m.in. Maurice Ravel, zaś słynne Boléro jest jej wyrazem). Poznamy także niezwykłą chorobę, na którą cierpi również Cieślińska – prozopagnozje, czyli utratę zdolności rozpoznawania twarzy (choroba ta dotknęła m.in. Zoe Hunn, wziętą modelkę, czy hollywoodzkiego gwiazdora Brada Pitta), miastenię, czyli nadmierną męczliwość mięśni, a także pląsawicę, będącą jedną z najczęściej występujących chorób genetycznych, które atakują mózg.
To tylko kilka, z wielu przywołanych chorób, noszących tajemnicze nazwy, za którymi kryje się splątanie, niepewność jutra, a także przerażająca samotność. „Pomyleni. Chorzy bez winy” to jedna z tych książek, która poszerza naszą świadomość, która otwiera nas na innych ludzi, czyni uważnymi, ale i tolerancyjnymi. I nie jest to tylko deklaracja, ale pełna akceptacja osoby chorej, w życie której niepostrzeżenie wkradła się choroba. A przed pochopnym wydaniem sądów wobec osób, które zachowują się inaczej, niż według przyjętego kanonu, niech ustrzegą nas słowa Cieślińskiej: „Czy możemy (…) wierzyć, że jesteśmy obdarzeni wolną wolą? Czy nasze uczucia są prawdziwie nasze, czy to tylko wyraz szalonego tańca neuroprzekaźników? Czy istnieje jakaś niezmienna część naszej osobowości, czy też wszystko – od tęsknoty i smutku po radość, pasję i pożądanie – jest nam narzucone „z zewnątrz i zależy od chemicznej równowagi naszych mózgów? Na czym opiera się nasze człowieczeństwo?”. Zostawiam Was z refleksyjnymi myślami, gorąco zachęcając do lektury …



Ten tekst bierze udział w konkursie Blog Eoku 2014 w kategorii Tekst roku!
http://blogroku.pl/2014/kategorie/irena-ciel-lil-ska-pomyleni-chorzy-bez-winya-,bzs,tekst.html

wtorek, 25 listopada 2014

Remigiusz Grzela "Wybór Ireny"

Tytuł: Wybór Ireny
Autor: Remigiusz Grzela
Wydawnictwo: PWN


Żydowska Organizacja Bojowa, czyli ŻOB, była konspiracyjną organizacja wojskowa, utworzoną w 1942 r. w Warszawie. Powstała ona z połączenia Organizacji Bojowej Bloku Antyfaszystowskiego, organizacji młodzieżowej Bund, organizacji Cukunft oraz grup Akiba. Od chwili powstania, ŻOB ściśle współpracował z polskimi organizacjami podziemnymi, a jego dowództwo kierowało powstaniem w getcie warszawskim w 1943 r. Wśród liderów organizacji są takie nazwiska, jak: Mordechaj Anielewicz, Antek Cukierman, Mordechaj Tenenbaum, Arje Wilner. Ci, którzy przeżyli, wzięli udział w powstaniu warszawskim, a także walczyli w oddziałach polskiej partyzantki.

Jedną z osób należących do ŻOB, była Irena Gelblum, kobieta, o której Marek Edelman mówił „łączniczka doskonała”. Witold Bereś i Krzysztof Burnetko w swojej książce „Bohater cienia. Kazik Ratajek” pisali o niej „Irena Gelblum. Zwana też wariatką, a to dlatego, że podejmuje się najbardziej szalonych akcji”. Piękna i odważna, zdeterminowana i nie znająca strachu. Budziła podziw i szacunek, ale też przytłaczała swoją siłą. Dlaczego zatem, kilka lat po wojnie nie poznawała nikogo? Co sprawiło, że świadomie odcięła się od wszystkich znajomych? Że przechodząc przez ulice odwracała głowę w drugą stronę na widok znajomej twarzy? Kim była naprawdę Irena Gelblum?

Na te pytania stara się odpowiedzieć Remigiusz Grzela, w fascynującej książce „Wybór Ireny”, opublikowanej nakładem wydawnictwa PWN. Publikacja stanowi próbę zgłębienia tajemnicy kobiety, która z Ireny Gelblum stała się Ireną Waniewicz, a następnie włoską poetką Ireną Conti, tłumaczką Iwaszkiewicza, Grochowiaka, księdza Twardowskiego, działaczką charytatywną. Po latach wróciła do Polski, by zamieszkać w niezwykłym domu w Konstancinie. Przez większość swojego życia robiła wszystko, by zatrzeć za sobą ślady, by zniknąć … 

„Tą książką chce przywołać sytuację z przeszłości, zobaczyć Irenę w akcji, spróbować spojrzeć bez tezy i ocen. Zestawić ze sobą fragmenty wspomnieć rozsypanych jak puzzle. Na razie nic do niczego nie pasuje. Gdyby pasowało, nie pisałbym…” – te słowa autora, umieszczone w prologu, rozbudzają naszą ciekawość i jednocześnie zapraszają w podróż ścieżkami bohaterki. Ścieżkami krętymi, na których prawda miesza się z fikcją wymyśloną przez samą Gelblum, na których jej wojenna brawura kłóci się z późniejszym, niezrozumiałym postępowaniem. Bohaterka sama niszczyła wszelkie ślady swojego istnienia, systematycznie pozbywała się nie tylko dokumentów, ale też ludzi wokół siebie. We wspomnieniach tych, którzy przeżyli, wciąż jeszcze widać jej cień, zaś z fragmentów tych wspomnień sylwetkę niezwykłej łączniczki, stara się odbudować Grzela. 

Niestety większość z osób, które Irenę znały, które potrafiłyby powiedzieć o niej coś więcej, już nie żyje. Część z nich zginęła jeszcze w trakcie pracy dla ŻOB, część podczas powstania warszawskiego, część zaś zmarła po latach, a autor książki rozminął się po prostu z nimi na linii czasu. Udało mu się jednak dotrzeć do kilku osób, które podzieliły się choć małymi fragmentami przeszłości. Na portret Ireny składają się zatem rozmowy z Symchem Rotem, czyli Kazikiem z warszawskiego Czerniakowa, który osiadł w Izraelu, córką bohaterki - Janką, a także innymi osobami, które miały styczność z poetką po wojnie. Przytacza również fragmenty listów, reportaży i książek, a nawet zdjęć, w których odnajdujemy postać Ireny, nawet wówczas, kiedy bezpośrednio jej nazwisko nie zostaje wymienione. W książce znajdziemy również zapis nieautoryzowanego nagrania z 12 kwietnia 1963 r., w którym na taśmie utrwalona została wypowiedź Ireny dla radia, a także fragmenty listów pisanych przez Romka Piotrowskiego, z którym w pewnym okresie swojego życia Irena była bisko związana. 

Z zebranych materiałów trudno jest zbudować jednoznaczny obraz Gelblum, czy przekonać się, która z jej twarzy była tą prawdziwą. Czy szalonej nastolatki, która ze swoim wdziękiem urodą i aryjskim wyglądem wychodziła cało z niejednej opresji? A może polskiej dziennikarki Ireny Waniewicz? Może jednak uznanej włoskiej poetki, uhonorowanej miedzy innymi Nagrodą Poezji i Krytyki miasta Tagliacozzo? 

Praca nad książką była bez wątpienia prawdziwym wyzwaniem szczególnie, że Irena nie chciała dać się poznać. Po lekturze mam wrażenie, że pod płaszczykiem tej brawury, przebojowości i umiejętności zmiany masek kryje się kobieta, której trauma z przeszłości nie pozwoliła odnaleźć swojego miejsca. Domu nie stworzyła ani w Palestynie, ani we Włoszech, być może Konstancin był namiastką tego, co chciała osiągnąć i bezpieczną przystanią na ostatnie lata życia. A może był tylko kolejną scenografią dla roli, którą odgrywała? 

Czy Remigiusz Grzela osiągnął swój cel? Czy udało mu się odkryć wszystkie sekrety Ireny, przekonać się kim naprawdę była? Na te pytania odpowiedź można znaleźć w książce „Wybór Ireny”. Książce emocjonalnej, bowiem złożonej z bolesnych wspomnień, fragmentów nagrań, wywiadów, książek czy rozmów przeprowadzonych przez autora, a także osobistych uwag samego Grzeli. To sprawia, że jest to publikacja trudna w odbiorze, sprawiać może wrażenie chaotycznej, co jednak w żadnym stopniu nie umniejsza jej wartości.

„Jej życie było tak paradoksalne, że największe bajki znajdują potwierdzenie w rzeczywistości” – pisze autor, a nieco tej osobistej bajki Ireny poznajemy i my. Tym sposobem, jest to jedna z tych książek, która przyciągnąć powinna wielbicieli historii oraz poszukiwaczy prawdy o ludziach i wydarzeniach. Jestem przekonana, że Irena Gelblum długo jeszcze będzie budziła emocje – podobnie jak wszystko to, co do końca nie jest poznane.

czwartek, 20 listopada 2014

Richard Branson „Like a Virgin. Czego nie nauczą Cię w szkole biznesu”

Tytuł: Like a Virgin. Czego nie nauczą Cię w szkole biznesu
Autor: Richard Branson
Wydawnictwo: Studio EMKA



„Cztery czynniki – ludzie, produkt, cena i promocja – są często wymieniane jako klucze do odnoszącego sukcesy biznesu. Jednak lista ta nie zawiera istotnego elementu, który charakteryzował firmy Virgin przez tych czterdzieści lat: Frajdę, przez duże F!” – o tym, czy rzeczywiście frajda, czyli przyjemność, satysfakcja i dobra zabawa płynąca z prowadzenia biznesu stała u podstaw sukcesu Richarda Bransona i jego firm działających w różnych branżach możemy przekonać się podczas lektury książki jego autorstwa. 

Ten brytyjski przedsiębiorca, miliarder, twórca obejmującej ponad 400 firm Virgin Group, jest czwartym na liście najbogatszych osób w Wielkiej Brytanii. Mimo swojej pozycji i majątku, jest przy tym osobą, dla której w życiu najbardziej liczą się nie pieniądze i władza, ale właśnie ludzie, dobra zabawa oraz pasja. Właśnie te czynniki pozwoliły mu z sukcesem rozwijać i prowadzić kolejne firmy, a także wygłaszać wykłady nie tylko dla adeptów szkół biznesu, ale dla wszystkich zainteresowanych przywództwem oraz organizacją struktur. Tym razem, dzięki Wydawnictwu Studio Emka, i my możemy spotkać się z legendarnym już Bransonem, będącym guru świata biznesu. A wszystko to, dzięki publikacji jego książki „Like a Virgin. Czego nie nauczą Cię w szkole biznesu”. 

Napisana przystępnym językiem pozycja, adresowana jest zarówno do przedsiębiorców, osób planujących założyć swój biznes, jak i do wszystkich, którzy pragną się rozwijać oraz kreatywnie podchodzić do problemów. To swego rodzaju biografia autora, ale także wspaniała lekcja biznesu, w trakcie której Branson podkreśla elementy kluczowe dla rozwoju biznesu i zwraca uwagę na to, co jest potrzebne nie tylko by przetrwać na rynku, ale by być wyjątkowym graczem.

Autor cofa się do przeszłości wyjaśniając nam, w jaki sposób z dyslektyka mającego również problemy z koncentracją, stał się rzutkim biznesmenem i człowiekiem czerpiącym z życia to, co najlepsze. Branson dzieli się z nami sekretami dotyczącymi zakładania biznesu, podkreśla istotę potencjału tkwiącego w ludziach, a także znaczenie wspaniałej obsługi klienta. Przytacza przy tym sceny z życia własnych firm, anegdoty, które jednocześnie stają się ważną lekcją, a przy tym generują nowe pomysły i rozwiązania. 

W książce znajdziemy również odpowiedzi na pytania zadawane biznesmenowi podczas jego podróży oraz prezentację strategii, jaką przyjęły firmy Virgin w walce z potężnymi graczami rynkowymi. Stawiając na pewne wyjątkowe cechy (np. darmowy przejazd limuzyną na lotnisko i z powrotem dla klientów klasy biznes) oraz elastyczność, nawet małe firmy są w stanie stawić czoła korporacyjnym gigantom. Branson pisze również o źródłach finansowania przedsięwzięć oraz o roli, jaką odkrywa dobrze przygotowany biznesplan w trakcie rozmów z potencjalnymi inwestorami bądź kredytodawcami. Pisze również o niezwykle ważnej kwestii, jaką jest ograniczanie ryzyka oraz o „teście marki”, jaki przeprowadza autor oceniając nową możliwość wejścia na rynek. Jednocześnie zwraca uwagę, iż nie jest możliwe 100 procentowe określenie przyszłości nowego produktu czy pomysłu, podobnie jak nie da się w pełni ocenić tego, jak dobry on jest. Branson proponuje nam jednak pewną sztuczkę – spojrzenie na biznes lub markę z zewnątrz, próbę zobaczenia siebie tak, jak widzą klienci. Podkreśla również znaczenie komunikacji interpersonalnej, a w szczególności – dobrego słuchania oraz konsultacji swoich pomysłów z wieloma ludźmi. Biznesmen udziela nawet wskazówek (tu uwaga dla decydentów na szczeblach rządowych!) w jaki sposób rozruszać gospodarkę.

Richard Branson, dzięki książce „Like a Virgin…”, przestaje być mitycznym biznesmenem z pierwszych stron gazet czy z telewizji, a staje się naszym mentorem i przewodnikiem po wzburzonych wodach biznesu. Mimo, iż udzielane przez niego rady nie są odkrywcze, to bazują na osobistych doświadczeniach autora, a co więcej – pozwoliły mu z sukcesem przez lata prowadzić swoje firmy. Przejrzysty układ książki oraz liczne przykłady i sceny z życia czynią książkę niezwykle użyteczną i zrozumiała nawet dla osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z wolnym rynkiem. Tym samym, mamy do czynienia z pozycją, której nie może zabraknąć w biblioteczkach tych osób, które poważnie myślą o swojej karierze.


wtorek, 18 listopada 2014

Mike Greenberg „Wszystko, o czym marzysz”

Tytuł: Wszystko, o czym marzysz
Autor: Mike Greenberg
Wydawnictwo: Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA.


Z roku na rok zwiększa się liczba osób chorujących na nowotwory. Światowa Organizacja Zdrowia prognozuje, że w 2020 roku, rak zostanie wykryty u ponad 1,8 mln mieszkańców Unii Europejskiej po 65. roku życia oraz u ponad 1,1 miliona osób, które nie ukończyły jeszcze 65 lat. Jednak, choć wielu z nas utożsamia nowotwór z wyrokiem śmieci, rośnie przeżywalność osób dotkniętych tą chorobą. Istotną kwestią jednak jest – oprócz wczesnej wykrywalności i radykalnych działań – nasze nastawienie oraz przekonanie, że to tylko przeszkoda, którą trzeba pokonać. 

„Wartość życia nie polega na tym, co może się wydarzyć. Chodzi o to, co się dzieje teraz. O ten moment, który jest tak samo mój, jak wszystkich innych (…). I czy ma się raka, czy nie – właśnie o to chodzi. Warto żyć dla tego, co się dzieje teraz”. Takie słowa nie padają z ust psychologa czy lekarza. Nie możemy oskarżyć nadawcy tego niezwykle mądrego i prawdziwego stwierdzenia o brak własnych, bolesnych doświadczeń. Nie możemy, bowiem jest to wypowiedź jednej z bohaterek wspaniałej, głębokiej i ważnej powieści „Wszystko, o czym marzysz”, opublikowanej nakładem Warszawskiego Wydawnictwa Literackiego MUZA SA. 

Autor, Mike Greenberg, stworzył powieść, która dotyka problemu nowotworu piersi, choć w książce to nie rak dominuje. On jest tylko bodźcem do dalszych działań, motywuje do uporządkowania swojego życia, do poznania siebie, do bycia „tu i teraz”. Bez wątpienia jest to jedna z tych książek, które głęboko zapadają w pamięć. Jedna z tych książek, które podnoszą na duchu, które dają nadzieję na lepsze jutro, na życie bez raka i na wygraną, ale także książka, która zwraca uwagę na to, jak ważne są regularne badania lekarskie.

Poznajemy trzy kobiety, trzy różne historie, które jednak mają jeden wspólny punkt – rak. Brookie wiele lat temu poślubiła chłopaka, którego poznała w college`u, Scotta, a obecnie jest szczęśliwą mężatką i matką uroczych bliźniaków. Przed porodem pracowała w marketingu dla Dony Karan, ale kariera zawodowa nigdy nie była jej celem. Dom, rodzina – to są jej priorytety i dla swoich bliskich jest gotowa zrobić wszystko, nawet samodzielnie podjąć walkę z rakiem. Kiedy wykryto u niej inwazyjny nowotwór, decyduje się na jego usunięcie, ale naświetlania wspomagające na pierś oraz wspomagająca chemioterapia są metodami prewencyjnymi, na które nie wyraża zgody. W trosce o komfort rodziny, nie chce pozwolić, by rak zdominował jej życie, by oddalił ją od bliskich. Jedyne wsparcie, jakiego szuka, to kontakt na forum adresowanym do kobiet chorych na raka piersi. 

Samanthę poznajemy podczas jej podróży poślubnej. Podróży pechowej, bowiem po dwóch dniach od ślubu odkrywa w komputerze męża nagie zdjęcia jego kochanki. To nie tylko dowód niewierności męża, ale również potwierdzenie doskonałej znajomości ludzkiej natury, jaką odznacza się ojciec Samanthy. Nigdy nie zaakceptował starszego o czternaście lat wybranka córki, nigdy nie darował mu, że traktuje ją jako dodatek do kariery wicegubernatora, jaką planuje. Gorąco kibicuje zatem córce, która kategorycznie żąda unieważnienia małżeństwa, a resztę podróży poślubnej zamierza spędzić trenując do lokalnych zawodów sportowych. Sport stanowi dla dziewczyny nie tylko sposób radzenia sobie z bólem po zdradzie. To jej całe życie – zawsze była kobietą aktywną, troszczącą się o swoje zdrowie, zarówno o ciało, jak i o umysł. Tym bardziej wstrząsa fakt wykrycia u niej raka piersi oraz pełna determinacji decyzja dziewczyny. Mimo, iż jej nowotwór nie był inwazyjny, Samantha od razu wybrała opcję podwójnej mastektomii oraz rekonstrukcji piersi. Teraz, na forum internetowym, wspiera inne kobiety, zachęcając je do stawienia czoła wrogowi i drastycznych metod pozbycia się nowotworu.

Katherine można nazwać kobietą sukcesu. Pozornie ma wszystko – w wieku czterdziestu lat jest właścicielką pięknego mieszkania na Park Avenue oraz domu w South Hampton, ma kierowcę, kucharza i asystentkę. Pracuje na kierowniczym stanowisku w dużym banku inwestycyjnym na Manhattanie i zajmuje najwyższą pozycję pośród kobiet na Wall Street. Za takie życie zapłaciła jednak wysoką cenę, bowiem jest osobą samotną, a jedyny mężczyzna, którego naprawdę kochała i który złamał jej serce, to jej obecny przełożony. Od lat zmaga się z życiem wspomagając się wizytami u psychoanalityka i rozpaczliwie szukając sensu w tym, co robi. Rak zmienia w jej życiu wszystko i otwiera oczy na możliwości, również te niewykorzystane. Także i ta pewna siebie, przebojowa kobieta poszukuje wsparcia na forum – to właśnie tu spotyka Samanthę i Brookie, „najlepsze przyjaciółki od piersi”.

Jak potoczą się losy tych trzech kobiet? Dowiecie się tego z wciągającej, pięknej choć bolesnej powieści „Wszystko, o czym marzysz”. Bolesnej, bowiem uświadamia nam, jak często lekceważymy swoje życie, dokonania, to, co mamy. Piękną, bowiem otwiera nas na świat, na ludzi, pokazuje, że proszenie o pomoc nie jest słabością, że wspólnie z przyjaciółmi można wspinać się na najwyższe szczyty i pokonywać największe przeszkody. Autor zastosował zabieg ryzykowny, który jednak pogłębił emocjonalność tekstu. Oddał bowiem głos swoim bohaterką, każda z nich opowiada swoją historię, zaś dzięki wpisom na forum jesteśmy również świadkami ich wirtualnego spotkania. Poruszają także postawy bohaterek wobec raka. Każda z nich przyjmuje to inaczej, każda z nich wybiera inną metodę przeciwdziałania chorobie, jednak żadna z nich się nie poddaje, stając się tym samym wzorem do naśladowania. Jedyny dysonans w stosunku do treści, to okładka, która – choć piękna – przypomina obwolutę romansu. Chyba, że powieść Mike Greenberga potraktujemy jako romans z życiem …

niedziela, 16 listopada 2014

Wojciech Usarzewicz "Uzdrawiająca moc słów. Jak tworzyć afirmacje, które zmienią twoje życie"

Tytuł: Uzdrawiająca moc słów. Jak tworzyć afirmacje, które zmienią twoje życie
Autor: Wojciech Usarzewicz
Wydawnictwo: Illuminatio



Słowa tworzą rzeczywistość. Nie ma przesady w tym stwierdzeniu, bowiem to, jak o sobie mówimy, jak formułujemy nasze sądy, jak w słowa ubieramy nasze widzenie świata, znacząco wpływa na jakość naszego życia. Nie ma w tym żadnej magii, nie trzeba posiąść tajemnej wiedzy, by odmienić swoją sytuację, by z osoby o niskim poczuciu własnej wartości, z nieustannym debetem na koncie, osoby samotnej, z trudną sytuacją zawodową, stać się człowiekiem spełnionym i szczęśliwym. To, czego w takiej sytuacji potrzeba, to praca nad słowami, przekonaniami, postrzeganiem siebie i otaczającego nas świata. Nieustanne samodoskonalenie i konsekwencja w działaniach jest kluczem do sukcesu. Jednym z podstawowych metod odmiany losu, jest natomiast praca z afirmacjami.

O tym, w jaki sposób za pomocą słów zmienić swoje życie na lepsze, pisze Wojciech Usarzewicz. Jego książka „Uzdrawiająca moc słów. Jak tworzyć afirmacje, które zmienią twoje życie”, opublikowana nakładem wydawnictwa Illuminatio, to kompendium wiedzy na temat pracy ze słowami oraz procesu uzdrawiania poglądów i emocji. Adresowana zarówno do osób, które doświadczyły już mocy słów w zakresie kreowania rzeczywistości, jak i osób zagubionych, potrzebujących pomocy i wsparcia, które wciąż szukają własnej drogi, może pomóc w uzdrowieniu życia, w pozbyciu się balastu, który nie pozwala iść do przodu. 

Usarzewicz zawarł w książce wiele przykładowych afirmacji, zarówno własnego autorstwa, jak i komunikatów inspirowanych publikacjami Leszka Żądło i Roberta Krakowiaka, specjalistów od pracy z afirmacjami i uzdrawiania dzieciństwa. Publikacja została podzielona na sześć rozdziałów, z których każdy pogłębia nasza wiedzę na temat afirmacji oraz pokazuje nowe możliwości ich wykorzystania. Dla osób, które nigdy nie miały do czynienia z tym narzędziem, autor w rozdziale pierwszym wyjaśnia, o co chodzi w pracy z afirmacjami, tłumacząc czym jest afirmacja, w jaki sposób wpływa na nasz umysł, na nasze myślenie, jak kształtują się wzorce zachowania, a także w jaki sposób kształtowane są wzorce emocjonalne, a szczególnie negatywne emocje, które mocno zakorzeniają się w naszej psychice. 

W rozdziale drugim rozpoczniemy już praktyczną pracę z afirmacjami – Usarzewicz tłumaczy, w jaki sposób pisać afirmacje, w jaki sposób zadbać o osobiste bezpieczeństwo osoby praktykującej, jak przezwyciężyć kryzys afirmacyjny i czym są dekrety afirmacyjne. Rozdział trzeci pokazuje możliwości uzdrawiania poprzez afirmacje – uzdrawiania zarówno naszego umysłu, jak i serca. W kolejnych rozdziałach autor przybliża nam przykładowe formuły afirmacji (m.in. afirmacje podstawowe, afirmacje na bezpieczeństwo, na samoocenę i poczucie własnej wartości), a także instruuje, w jaki sposób układać własne afirmacje, wykorzystując podstawowe wzory.

Na ostatni rozdział składa się zbiór pytań i odpowiedzi dotyczących afirmacji i pracy z nimi. Wszystkie one pomagają nam zrozumieć mechanizm działania odpowiednich słów i wyjaśniają ewentualne wątpliwości oraz korygują błędne przekonania czy sądy na temat afirmacji. 

Usarzewicz, przechodząc od ogółu do szczegółu, otwiera przed nami nowe spojrzenie na świat, otwiera bramę do nowego, lepszego życia. Oczywiście, co autor nieustannie podkreśla, samo powtarzanie afirmacji czy ich pisanie nie odmieni w cudowny sposób naszego losu. Zmieni jednak nasz sposób postrzegania, sprawi, że wokół zaczną pojawiać się możliwości i szanse tylko czekające na wykorzystanie, że na naszej drodze staną pomocni ludzie, dostępne staną się zasoby czy pomysły umożliwiające oraz usprawniające nasze działanie. Napisana w przystępny sposób „Uzdrawiająca moc słów” stanowi zaledwie początek naszej podróży ku szczęściu i satysfakcjonującemu życiu, ale jakże przyjemnie jest wyruszyć w podróż z takim przewodnikiem, jak Usarzewicz.


poniedziałek, 3 listopada 2014

Pat Williams, Jim Denney „Być jak Rich DeVos"

Tytuł: Być jak Rich DeVos
Autor: Pat Williams, Jim Denney
Wydawnictwo: Studio EMKA


Co odróżnia kierownika od lidera a lidera od przywódcy? Jakie szkoły trzeba ukończyć, aby wzbudzić u podwładnych zaufanie? Kto może zostać dobrym mówcą? W jaki sposób stać się takim charyzmatycznym przywódcą, jak Rich DeVos? Tego typu pytania z pewnością niejednej osobie spędzają sen z powiek. Któż z nas bowiem nie marzy o spektakularnych sukcesach, o międzynarodowej karierze, o bogactwie i o uwielbieniu tłumów. Upodobnienie się do legendarnego już biznesmena, a przy tym człowieka godnego szacunku, wbrew pozorom nie jest takie trudne. Wymaga jednak wyzbycia się egoizmu, otworzenia na ludzi oraz ciężkiej i konsekwentnej pracy nad sobą. 

O tym w jaki sposób choć zbliżyć się do tego guru zarządzania, do wielkiego przywódcy, mentora i charyzmatycznego mówcy, traktuje wspaniała i porywająca książka autorstwa Pat Williams i Jima Denney. Pozycja „Być jak Rich DeVos. Współzałożyciel firmy Amway i właściciel klubu NBA Orlando Magic”, opublikowana nakładem wydawnictwa Studio EMKA, to napisane w formie poradnika studium spektakularnej kariery bohatera, a przy tym próba analizy jego cech charakteru, które sprawiły, że z biednego chłopca zamienił się w rzutkiego biznesmena, który jednak nie stracił kontaktu z otoczeniem, nie zapomniał czym jest szacunek do drugiego człowieka i miłosierdzie. 

Ten jednej z największych przedsiębiorców na świecie zaczynał swoją karierę praktycznie od zera. Kierowany marzeniami, nie bał się ciężkiej pracy, nie bał się również upadków wierząc, że są one doskonałą lekcją. Taka strategia zaprowadziła go na sam szczyt, dzięki niezachwianej wierze w siebie, w ludzi oraz w słuszność postępowania, zdołał stworzyć wielką korporację, która wstrząsnęła w posadach Ameryką, dając nie tylko nową jakość życia obywatelom, ale i zapewniając setki miejsc pracy. 

Książka o tym niezwykłym człowieku jest wynikiem ciężkiej pracy nad odtwarzaniem krętej ścieżki kariery i próbą odkrycia fenomenu jego osoby. Na tekst złożyły się setki rozmów z ludźmi mającymi kontakt (a także dług wdzięczności) z Richem DeVosem. Z tych słów wyłania się postać niezwykłego człowieka, silnego wewnętrznie, niezłomnego, a przy tym niezwykle skromnego, dla którego liczą się od lat te same wartości. 

Miłość do ludzi, chęć niesienia pomocy, otwartość na nowe wyzwania oraz wizja, która mu przyświeca, prowadzą go niestrudzenie, a on sam wciąż jest aktywnym człowiekiem, mimo swojego wieku. I choć na świecie wielu jest biznesmenów, którzy osiągnęli porównywalny sukces finansowy, to DeVos jest wyjątkowy. Cieszy się bowiem niesłabnącym szacunkiem tłumów, utrzymuje bliskie relacje z całymi rodzinami swoich pracowników, zawsze ma dla nich ciepłe słowo. Już całe lata temu odkrył bowiem prawdę, którą współcześnie przedsiębiorcy dopiero zaczynają dostrzegać – fundamentem każdej firmy jest kapitał ludzki!

W kolejnych rozdziałach książki znajdziemy przedstawienie cech charakteru, które pomogły DeVosowi w drodze na szczyt, które sprawiły, że był zdolny pokonać każdą przeszkodę. Dowiemy się zatem, jak być liderem, jak mądrze podejmować ryzyko, jak umiejętnie zabierać głos w dyskusji, jaką wartość ma miłość do ludzi oraz wzbogacanie ich życia. Te, a także szereg innych przymiotów bohatera, wyniosły go ponad przeciętność. Jednak DeVos nie jest niedoścignionym ideałem, a raczej osobą, z której należy brać przykład. W jaki sposób zbliżyć się choć trochę do takiego poziomu, jaki reprezentuje biznesmen? Tego właśnie dowiemy się z książki „Być jak Rich DeVos” – pozycji interesującej i godnej polecenia nie tylko dla osób aspirujących do roli przywódcy, ale dla każdego człowieka, któremu problemy otoczenia nie są obojętne, dla którego samodoskonalenie jest priorytetem!

niedziela, 2 listopada 2014

„CzaroMarownik 2015”

Tytuł: CzaroMarownik 2015
Wydawnictwo: Illuminatio


Urodziny teściowej? Egzamin? A może rozmowa w sprawie pracy? Są takie daty, których przeoczenie niesie za sobą tragiczne konsekwencje. Trudno jednak obciążać sobie pamięć wszystkimi ciągami liczb, zestawami faktów czy listami rzeczy niezbędnych rzeczy do załatwienia. Wszak z każdym rokiem przybywa PIN-ów czy haseł do zapamiętania, przybywa numerów broniących dostępu do naszej prywatności i naszego majątku. Dlatego też, warto zorganizować sobie pracę i codzienne życie w taki sposób, by pogodzić sprzeczne interesy i wkładając w to minimum wysiłku, zawsze wszystko realizować w terminie i nigdy nie zapominać o ważnych wydarzeniach w naszym życiu.

Do tego, by zarządzać sobą w czasie, doskonale służą wszelkiego rodzaju kalendarze czy terminarze, występujące zarówno w papierowej, jak i elektronicznej formie. Mając jednak świadomość, że kalendarz będzie nam towarzyszył w codziennej wędrówce przez życie, warto wybrać taki, który cieszył będzie nasze oczy swą estetyką, a nawet niósł dodatkowe przesłanie czy wzbogacał wiedzę na interesujący nas temat. 

Taką pozycją jest kolejna już odsłona „CzaroMarownika”, opublikowanego nakładem wydawnictwa Illuminatio. Ten magiczny kalendarz, który służył będzie wiernie przez cały 2015 rok, to prawdziwa gratka dla osób pragnących od życia czegoś więcej i doswiadczających mocniej. „CzaroMarownik 2015” sprawdzi się zarówno u nastolatek, jak i u osób dojrzałych, którym terminarz służyć ma nie tylko do zaznaczania ważnych wydarzeń. Jednocześnie bowiem mogą oni dowiedzieć się, co ich czeka w nadchodzącym roku, poznać różnego rodzaju rytuały, przepisy na kulinarne specjały czy zadbać o swoją urodę w zgodzie z naturą. 

W nowym „CzaroMarowniku” znajdziemy zatem magiczny horoskop wróżki Cassandry, przygotowany dla każdego znaku zodiaku, skrócony kalendarz księżycowy, a także szereg informacji na temat wpływu faz księżycowych na nasze emocje. Nie zabraknie również magicznych wskazówek na nadchodzące dni i tygodnie, skutecznych rytuałów sprzyjających realizacji naszych celów oraz szeregu porad dotyczących zdrowego odżywiania, m.in. informacji na temat zdrowego solenia i słodzenia, zabiegów magicznych w kuchni czy sposobów na oczyszczanie organizmu. Poznamy także metody na zdrowy sen, sposoby wykorzystania w codziennym życiu niezwykłej mocy kamieni, przekonamy się, w jaki sposób medytacja wpływa na nasze codzienne funkcjonowanie i w jaki sposób podnosi jego jakość. Dowiemy się ponadto, jak ważne jest to, co myślimy, a dzięki informacji na temat kształtowania swojego życia za pomocą myśli i słów, możemy odmienić swój los. Nie zabraknie również miejsca na notatki, wolne myśli, które warto zapisać, by nie uleciały…

„CzaroMarownik” jest doskonałą alternatywą dla bezdusznych, elektronicznych organizerów. Każdy tydzień przynosi tu nowe rady, interesujące wiadomości czy porady. Warto sprawdzić ich skuteczność, otworzyć się na nowe możliwości, aby znacząco poprawić jakość swojego życia, odzyskać zdrowie, a nawet odnaleźć miłość dzięki specjalnemu rytuałowi!

poniedziałek, 27 października 2014

Gillian Flynn „Mroczny zakątek”

Tytuł: Mroczny zakątek
Autor: Gillian Flynn
Wydawnictwo: Znak

„Gdzie strach, tam przestępstwo, gdzie niepokój, tam wina” – pisał hiszpański poeta i dramaturg José Zorrilla y Moral. Pomimo upływu lat jego słowa nie straciły nic, ze swej aktualności. Ludzie boją się odmienności, a strach popycha ich do przemocy i innych, nieprzemyślanych działań. Kiedy ktoś wymyka się utartym schematom, naturalnym dążeniem otoczenia jest wyeliminowanie źródła dysonansu bądź przywrócenie go do pionu, sprawienie, by źródło niepokoju wtopiło się w tłum. Czy właśnie taka sytuacja miała miejsce w przypadku Benjamina Day, skazanego za potworne morderstwo własnej rodziny?

O tym, jak poradzić sobie z traumą z przeszłości, jak bardzo subiektywnym pojęciem jest prawda i jakie są granice ochrony ważnych dla nas osób, pisze Gillian Flynn. W opublikowanej nakładem wydawnictwa Znak powieści „Mroczny zakątek” znajdziemy wszystko co najlepsze w mrocznym thrillerze, powieści kryminalnej oraz powieści psychologicznej. Ta kompilacja gatunków doskonale sprawdza się w tej historii, sprawnie opowiedzianej przez autorkę, która zabiera nas na wędrówkę po zakamarkach ludzkiego umysłu, która obnaża motywy działania i zmusza do zastanowienia się nad granicami człowieczeństwa oraz sprawiedliwością.

Poznajemy Libby Day, obecnie niemal trzydziestoletnią kobietę, wegetującą już od lat na granicy ubóstwa, izolującą się do społeczeństwa, której szczytem ambicji jest przetrwanie kolejnego dnia. „Dzielna dziewczynka, zagubiona mała Libby (…)” – tak pisała o niej przed laty prasa, wspominając przerażającą tragedię, której była świadkiem. Kiedy miała siedem lat, jej piętnastoletni brat Benjamin zamordował całą jej rodzinę. Ona zaś przygarnięta przez ciotkę, ostatecznie całymi latami tułała się po kolejnych domach, nigdzie nie zaznawszy ciepła i spokoju. 

„Ben zarżnął moją mamę i dwie starsze siostry. Jako jedyna ocalała wskazałam na niego palcem” – mówi Libby, przeszłością tłumacząc swoją życiową nieporadność. Przez większość swojego życia żerowała na ludzkiej dobroci i współczuciu, utrzymując się z datków przekazywanych przez ludzi dobrej woli oraz z tantiem z książki opisującej jej historię. Teraz jednak pieniądze się skończyły, a na świecie jest dużo więcej tragedii, bardziej interesujących dla publiczności niż zbrodnia sprzed lat. Zdesperowana kobieta przyjmuje absurdalną propozycję dziwnego stowarzyszenia, zwanego Klubem Kryminalnych Ciekawostek. Jego członkowie to oryginalne postacie, pasjonaci demaskowania tajemnic, którzy są przekonani, że za morderstwo rodziny Day został skazany niewinny człowiek. Proponują Libby wynagrodzenie w zamian za włączenie się w prywatne śledztwo, demaskujące prawdziwego mordercę i prowadzące do zwolnienia Bena. 

Wraz z bohaterką powracamy do przeszłości, do dnia, który na zawsze zmienił życie wielu ludzi. 3 stycznia 1985 roku to dzień, w którym matka Libby i Bena dowiedziała się, że jej syn prawdopodobnie zostanie oskarżony o molestowanie kilku dziewczynek. 3 stycznia 1985 roku to dzień, w którym Ben postanowił wraz ze swoją ciężarną dziewczyną rozpocząć nowe życie … Masakra na rodzinnej farmie przekreśliła te plany, a okrucieństwo, z jakim zostały zamordowane matka i jedna z córek, wstrząsnęło wszystkimi mieszkańcami. 

Bena bardzo łatwo było oskarżyć – był inny, gniewny, nosił zafarbowane na czarno włosy i przynależał do organizacji, która rzekomo czciła szatana. Na dodatek jego osobę, jako winnego, wskazała sama Libby, obecna w noc morderstwa w domu. Chłopak nie bronił się podczas procesu, nie przedstawił alibi, a pomimo absurdalności niektórych zarzutów, niekompletnej rekonstrukcji wydarzeń i szeregu nieścisłości w zeznaniach, wygodnie było skazać młodego satanistę na dożywocie. 

Powrót do przeszłości jest bolesny zarówno dla Bena, jak i dla Libby tym bardziej, że kobieta zaczyna mieć coraz większe wątpliwości, czy jej brat rzeczywiście ponosi odpowiedzialność za krwawa masakrę. Czy rzeczywiście winnym straszliwego morderstwa był piętnastoletni chłopiec? Czy śmierć rodziny miała coś wspólnego z wyznawcami szatana? Na te, i na wiele innych frapujących pytań udziela nam odpowiedzi Gillian Flynn, choć droga do prawdy będzie kręta i wyboista. 

Autorka stworzyła skomplikowaną historię, w którą wkrada się pełen nieład. Bynajmniej nie zniechęca nas on do lektury książki, ale motywuje i sprawia, że oddajemy się śledzeniu fabuły z najwyższą koncentracją. Pojawiające się na kartach książki liczne postacie mają ściśle określony cel – nakreślić kontekst sytuacyjny, poddać w wątpliwość nie tylko winę Bena, ale i prawdopodobne wersje wydarzeń, a także odpowiedzieć na pytanie, kim tak naprawdę był morderca, wystraszonym nastolatkiem czy zwyrodnialcem? Mam wrażenie, że Flynn odczuwa niebywałą satysfakcję kpiąc sobie z naszych wysiłków mających na celu wytypowanie kręgu podejrzanych osób i prawdopodobnego zakończenia. Doskonale nakreśleni bohaterowie dorównują mistrzowsko wykreowanej opowieści i choć bardzo trudno jest mi polubić Libby, to doceniam złożoność jej charakteru, a także stopień skomplikowania całej plejady innych postaci.

Nic dziwnego, że producenci filmowi szybko odkryli potencjał tkwiący w tej mrocznej opowieści. Nie mogę się już doczekać adaptacji z Charlize Theron w roli głównej…

czwartek, 23 października 2014

Jo Robinson „Dzika strona jedzenia”

Tytuł: Dzika strona jedzenia
Autor: Jo Robinson
Wydawnictwo: Illuminatio


Modyfikacje genetyczne, udoskonalanie produktów, próba osiągnięcia większej wydajności i zaspokojenia rosnących potrzeb ludności – te działania nie pozostały bez wpływu na jakość oferowanych przez rynek produktów. To wszystko sprawia, że na nasze stoły trafiają owoce i warzywa o obniżonej zawartości witamin, minerałów i niezbędnych kwasów tłuszczowych. Manipulacje człowieka i dążenie do hodowli nowych odmian, drastycznie pozbawiło je również białka i błonnika, natomiast hojnie wyposażyło w cukier. W rezultacie otrzymujemy kukurydzę, w której zawartość białka sięga zaledwie 4 proc., natomiast cukru są zatrważające ilości, bo aż 10 proc. To tylko jeden z wielu przykładów „udoskonalania” produktów…

Tymczasem naukowcy są zgodni co do tego, że najzdrowszą jest dieta bogata w błonnik, zawierająca niewielkie ilości cukru oraz przetworzonych, szybko trawionych węglowodanów. Mowa tu o diecie niskoglikemicznej, pozwalającej zachować właściwy poziom glukozy we krwi, obniżającej ryzyko zachorowania na chorobę wieńcową, otyłość, cukrzycę, a także na raka. Jak jednak korzystać z tej diety, skoro nawet stosując się do zasad zdrowego odżywiania i przestrzegając reguł diety, przyjmujemy ogromne ilości szkodliwych substancji? Co zrobić, skoro w przypadku owoców i warzyw oferowanych „w promocyjnych cenach” przez hipermarkety, możemy liczyć co najwyżej na złudzenie troski o własne zdrowie? 

Każdy świadomy konsument, wyznający zasadę „jestem tym, co jem”, powinien sięgnąć po książkę Jo Robinson, aktywistki żywieniowej, ekspertki w sprawach żywienia i uprawy produktów, autorki wielu książek o tematyce zdrowotnej. Publikacja „Dzika strona jedzenia”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Illuminatio, to przerażające studium historyczne, pokazujące jak na przestrzeni wieków człowiek pozbawiał swoje pożywienie wielu cennych składników. Autorka nie tylko udowadnia, jak bezwartościowe jest nasze pożywienie, ale i podpowiada, jak wybierać mniejsze zło i jak wśród gąszczu produktów tylko udających zdrowe, wybrać te, które dostarczą nam najwięcej korzystnych dla zdrowia składników. 

Książka składa się z dwóch części: „Warzywa” oraz „Owoce”, poprzedzonych wprowadzeniem w temat utraconych składników odżywczych oraz współczesnej plagi – żywności bez smaku. Modne obecnie przechowywanie warzyw i owoców jest pokłosiem rewolucji agrarnej i postępu technologicznego, a wraz z koniecznością składowania owoców upraw, pojawiły się kwestie ich zbierania wówczas, kiedy są jeszcze niedojrzałe, czy na tyle twarde, by można było je zrywać bez ryzyka uszkodzenia, a także zjawisko sztucznego dojrzewania w specjalnie do tego przystosowanych magazynach i stosowania środków to dojrzewanie przyspieszających. 

Jo Robinson przyznaje, że powrót do przeszłości i spożywanie dziko rosnących roślin jest dziś niemożliwe, zachęca jednak, by jeść „bardziej naturalne owoce i warzywa”. Aby tego dokonać, omawia poszczególne gatunki dostępne na rynku, z naciskiem na te, które są smaczne, a jednocześnie zachowały jak najwięcej składników odżywczych. Aby łatwiej było posłużyć się wiedzą zawartą w książce, autorka przygotowała w formie tabelarycznej informacje dotyczące zalecanych odmian. W kolejnych rozdziałach znajdziemy nie tylko dane dotyczące ewolucji danego owocu czy warzywa, ale również szereg porad dotyczących właściwego przechowywania, przygotowywania czy przyrządzania potraw w taki sposób, by wydobyć smak składników, a jednocześnie maksymalnie wykorzystać pozostałe właściwości zdrowotne.

Niezależnie od tego, czy jesteśmy mistrzami kuchni, interesujemy się zdrowym odżywianiem, dbamy o swoje ciało, czy po prostu chcemy dowiedzieć się, jak człowiek na przestrzeni wieków zdołał zniszczyć to, co dała nam natura, warto sięgnąć po książkę Jo Robinson.”Dzika strona jedzenia” jest oparta na solidnie przeprowadzonych badaniach, wielu tekstach naukowych oraz własnym doświadczeniu autorki, co - w połączeniu z darem pisania o sprawach trudnych w prosty sposób - czyni książkę łatwą w odbiorze, choć nieco zatrważającą z uwagi na jej wymowę. Po informacji, że podgrzanie czosnku zaraz po pokrojeniu uniemożliwia wytworzenie się cennej allicyny, a także, że sok borówkowy kupowany w marketach zawiera 40 proc. soku jabłkowego, 30 proc. soku z białych winogron i 30 proc. soku z borówek wiem, że czas zacząć zwracać baczną uwagę na kupowane produkty. Jestem przekonana, że nikt, kto przeczyta książkę Robinson nie da się już zwieść pięknie wyglądającym czerwonym jabłkom czy pyszniącym się na półkach wielkim pomidorom. ..

czwartek, 16 października 2014

Mark Nepo „Mała księga przebudzenia. Przesłania na każdy tydzień roku”

Tytuł: Mała księga przebudzenia. Przesłania na każdy tydzień roku
Autor: Mark Nepo
Wydawnictwo: Illuminatio


Zbyt często słuchamy, ale nie słyszymy. Zbyt często patrzymy, ale nie jesteśmy tak naprawdę w stanie dostrzec. Zbyt często jesteśmy w naszym życiu nieobecni, nie koncentrując się na niczym i nikim, przepływając bezrefleksyjnie przez kolejne dni. Rzeczywistość przesłaniają nam konsumpcyjne zapędy, przekonanie, że miarą naszej wartości jest mieć, a nie być. Bardzo szybko przychodzi nam zapłacić wysoką cenę za materialistyczne podeście do życia, za pogoń za pieniędzmi, wrażeniami, nowymi podbojami. Problemy zdrowotne, wypalenie zawodowe, depresje, rozwody, przemoc psychiczna i fizyczna, utracony kontakt z dziećmi – to tylko niektóre z długiej listy konsekwencji braku życiowej równowagi i zagłuszania zewnętrznymi bodźcami głosu intuicji.

Czy można zrobić coś, by odmienić tę sytuację? Jak powiedzieć sobie STOP i zawalczyć o siebie, swoje szczęście i szczęście swoich bliskich? Jak żyć w zgodzie z samym sobą, z naturą i cieszyć się każdą, nawet najdrobniejszą rzeczą? Odpowiedzi na te pytania przynosi niewielkich rozmiarów książka o niezwykłej głębi, czyli „Mała księga przebudzenia. Przesłania na każdy tydzień roku”. Opublikowana nakładem wydawnictwa Illuminatio publikacja budzi z letargu, przerywa naszą marną egzystencję i marazm, w jaki popadamy biegnąc wciąż bez zastanowienia przed siebie. 

Autor, Mark Nepo, doskonale wie, jak cenne oraz kruche jest życie i dlatego nie pozwala nam dłużej marnować ani jednej cennej chwili. Jego zwycięska walka z rakiem jest dowodem na to, że niekiedy dostajemy drugą szansę. Nepo, taką szansę postanowił dać również czytelnikom, by ocknęli się, zanim nie jest jeszcze zbyt późno. By skorzystali z nieograniczonego bogactwa, jakie niosą ze sobą kolejne dni …

„(…) Wygranie walki z rakiem nauczyło mnie, iż jesteśmy tutaj z ważniejszych powodów niż płacenie rachunków i realizowanie zadań z naszych nigdy niekończących się list (…)” – czytamy we Wprowadzeniu autora i … nie sposób z tym stwierdzeniem polemizować. Warto zatem spróbować podążyć ścieżką w kierunku, który wskazuje nam Nepo, zaś w drodze tej niech towarzysza nam kolejne teksty – po jednym na każdy tydzień wędrówki przez życie. Są one jednak dalekie od kazań, to raczej obserwacje, cytaty, fragmenty wspomnień, legend przekazywanych z pokolenia na pokolenie, gdzie każde ze słów niesie ze sobą mądrość i siłę.

Przeczytamy zatem o zrzucaniu skóry, czyli o procesie nabywania mądrości, mającym miejsce poprzez pozbywanie się ograniczających nas skorup; o sztuce mierzenia się z przeciwnościami oraz o współczuciu. Autor dotyka również tematu miłości od pierwszego wejrzenia; kwestii smaku nieba i śmiechu, który możemy poczuć podczas odrodzenia; a także procesu „wchłonięcia do swojego wnętrza tego, co najlepsze i najgorsze”. 

To tylko niektóre z zagadnień poruszanych w tej wspaniałej, wartościowej książce, która pokazuje, w jaki sposób nadać naszemu życiu głębszy sens, jak narodzić się na nowo, jak czerpać z życia pełnymi garściami. „Mała księga przebudzenia” jest lekturą dającą nadzieję, napełniającą nasze serca i dusze światłem nadziei. Jej kieszonkowe wydanie w twardej oprawie jest wprost stworzone do tego, by nosić je zawsze ze sobą, by sięgać po nią w chwili zwątpienia, zagubienia, ale też i szczęścia. To również wyjątkowy prezent, jeden z najlepszych, jaki możemy podarować swoim bliskim, dając im szansę na … przebudzenie!

czwartek, 2 października 2014

Dr Krista Varady oraz Bill Gottlieb „Dieta 50:50”

Tytuł: Dieta 50:50
Autorzy: dr Krista Varady oraz Bill Gottlieb
Wydawnictwo: Vivante


Czy można schudnąć jedząc wszystko? Nie odmawiając sobie soczystych steków, frytek, czy słodkich przekąsek? Czy rzeczywiście odzyskanie szczupłej sylwetki jest możliwe bez wyrzeczeń, wielotygodniowych głodówek i tęsknoty za odrobiną pożywienia, które miałoby określony smak? Czy rzeczywiście można porzucić pieczywo, do złudzenia przypominające tekturę na korzyść chrupiących i wypieczonych bułeczek? Zanim odpowiecie „nie” na te pytania, wstrzymajcie się z wydawaniem sądów. 

Lektura poradnika dr Kristy Varady oraz Billa Gottlieba przekonuje, że odchudzanie nie musi być meczące i nie musi być związane z reżimem. Opublikowana nakładem wydawnictwa Illuminatio książka „Dieta 50:50” jest innowacyjnym spojrzeniem na dietę, a właściwie jej brak. Dzięki poradom autorów zyskasz wiedzę na temat mechanizmów funkcjonujących w organizmie oraz gospodarki kaloriami, rozumianymi jako energia dostarczana wraz po karmem. Dieta 50:50 pomoże nie tylko stracić na wadze, ale utrzymać szczupłą sylwetę bez ryzyka wystąpienia efektu jo-jo dzięki Programowi Skutecznej Kontynuacji Diety. Co więcej, diecie tej zawdzięczać możemy spadek poziomu cholesterolu całkowitego o 21 proc., poziomu cholesterolu LDL (średnio o 20 punktów), trójglicerydów z poziomu 125 mg / dl do 88 mg / dl oraz skurczowego ciśnienia krwi. Jak to jest możliwe i w czym tkwi sekret sukcesu?

Dr Kristy Varady, profesor nadzwyczajny na Uniwersytecie w Illinois w Chicago, zajmująca się zawodowo naukami o żywieniu, po latach badań i doświadczeń (dietę wypróbowała również na sobie), dokładnie tłumaczy fenomen Diety 50:50 i jej skuteczność, przy jednoczesnym zachowaniu masy mięśniowej, eliminacji uczucia ciągłego głodu (jaki zazwyczaj towarzyszy wszelkim dietom) oraz prozdrowotnych właściwości nowego sposobu podejścia do procesu utraty wagi.

W kolejnych rozdziałach autorzy radzą w jaki sposób prowadzić dietę, co i jak jeść, omawiają dokładnie dwie fazy diety, występujące naprzemiennie, co drugi dzień, tj. Dzień Diety oraz Dzień Ucztowania, podają przepisy na potrawy zawierające zaledwie 400 kcal, pomagające zorientować w ilości ich dziennego spożywania, pokazują powiązania Diety 50:50 i ćwiczeń fizycznych i zachęcają do sprawdzenia, jakie efekty przyniesie włączenie do rozkładu dnia aktywności ruchowej.

Dieta 50:50 została oparta na obserwacji na tle nowotworów oraz chorób serca, zachowania zwierząt - najskuteczniejszy spadek wielu czynników ryzyka następował w sytuacji, kiedy podczas dnia przeznaczonego na „post”, zwierzęta spożywały dokładnie 25 proc. standardowej dawki kalorii. Zapobiegało to chorobom i spowalniało rozwój już istniejących, a równocześnie chroniło zwierzęta przed utratą tkanki mięśniowej. Na podstawie tych wyników Varady opracowała plan, według którego podczas dnia „postu”, czyli właśnie Dnia Diety, ludzie spożywaliby 25 proc. standardowej porcji kalorii, czyli ok. 500. Skuteczność tej diety nie polega zatem na kompletnym odrzuceniu określonych grup żywności, ale ich ograniczeniu, i to co drugi dzień, bowiem podczas Dnia Ucztowania można jeść dowolne rzeczy. Co więcej, udało się również wyeliminować wątpliwości, czy aby w Dniu Ucztowania, nie będzie miało miejsca przejadanie się. Po dziesięciu latach badań dr Kristy Varady jednoznaczne stwierdziła, że Dieta 50:50 jest szansą dla wszystkich osób, które pragną pozbyć się zbędnych kilogramów i utrzymać ten stan. Innowacyjność tego rozwiązania i prace badawcze zostały również opisane (i docenione) na łamach „American Journal of Clinical Nutrition”.

W książce „Dieta 50:50. Odchudzaj się co drugi dzień” znajdziesz mnóstwo informacji potwierdzających skuteczność diety – nie tylko wspomniane wyniki badań naukowych, ale również relacje osób, które brały udział w projektach badawczych oraz osób, które doceniły już skuteczność diety i przekonały się ostatecznie, że dieta bez wyrzeczeń jest możliwa. Autorzy książki przekonali mnie do przyjęcia tego nowego spojrzenia na odchudzanie. Po wypróbowaniu kolejnych mniej lub bardziej skutecznych diet i przy mojej miłości do wypieków, Dieta 50:50 jawi się jako interesująca propozycja i szansa na zgubieniu kilku dodatkowych kilogramów z biodrach. Zaczynam już od jutra i nawet porcja 500 kcal mnie nie przeraża, szczególnie że 400 z nich mogę poświecić na zjedzenie burgera z serem czy spaghetti z kulkami mięsnymi!

sobota, 27 września 2014

Podróże z książką - Koniec lata w Bawarii

Tym razem cykl „Podróże z książką” odbywał się pod niemieckim / austriackim niebem.  Wyruszyłam we wtorek w towarzystwie „Inferno” Dana Browna oraz „Wojny w Jangblizji” Agnieszki Steur.

fot. J.Gul
Przygotowania do podróży

piątek, 26 września 2014

Izabela Sowa "Powrót"

Tytuł: Powrót
Autor: Izabela Sowa
Wydawnictwo: Znak

„Ze złudzeniami jest jak z nałogiem – nie da się od nich uwolnić, można je tylko zamienić na inne”. Mimo prawdziwości tych słów wciąż karmimy się złudzeniami, nadziejami, wciąż wierzymy, że w innym miejscu i czasie nasze życie byłoby lepsze, a my sami spełnieni i szczęśliwi. Tak naprawdę jednak subiektywne poczucie szczęścia nosimy w sobie, a dopóki nie dojrzejemy do tej prawdy, dopóki będziemy zadowolenia poszukiwać na zewnątrz siebie, skazani jesteśmy na rozczarowania i nieustanną gonitwę. Nasz umysł bowiem nie znosi pustki i natychmiast wynajduje sobie kolejny miraż, kolejną fatamorganę, w którą zaczyna wierzyć.

W poszukiwaniu złudzeń Dorotka wyruszyła w daleki świat. Przekonana, że za tam jest inaczej, że przekroczenie wyimaginowanej granicy odmieni jej życie, wkroczyła w świat dorosłych. Świat, który ją rozczarował. Również sama Dorotka rozczarowuje – nie zrobiła kariery, zrezygnowała ze studiów, mieszka w nędznym mieszkanku, nie ma dzieci a nawet nie jest w związku. Jest jedną z tych, które zbyt często trwonią „czas, pieniądze albo dobre okazje” biernie obserwując mijający czas. Na dodatek wciąż pozostaje Dorotką i to zdrobnienie imienia jest symboliczne, oznacza trwanie w stagnacji, w przeszłości, a przy tym zupełne oderwanie się od rzeczywistości.

Przy tym wszystkim bohaterkę „Powrotu”, najnowszej książki Izabeli Sowy, można nazwać artystką. Porzuciła studiowanie dzieł wielkich malarzy i oddała się szlachetnej sztuce tatuażu, co w oczach matki czyni ją lekkomyślną i nieodpowiedzialną, a każde spojrzenie rodzicielki przypomina o zawodzie i rozczarowaniu dzieckiem. Powieść, opublikowana nakładem wydawnictwa Znak, jest prostym w swej formie, ale jednocześnie oryginalnym tekstem. Nie znajdziemy tu wartko toczącej się akcji, nie ma tu zapierającej dech w piersiach fabuły. Są za to wyjątkowi bohaterowie oraz przemyślenia na temat życia – na temat lat minionych oraz bycia „tu i teraz”.

Dorotka powraca do Polski po sześciu latach pobytu w Europie. Odkąd po zaliczonej sesji zimowej porzuciła swój indeks i wykorzystując prawie połowę swych oszczędności kupiła bilet do Palermo, wciąż gnała do przodu, zmieniając kraje, zawody oraz mężczyzn. Na swoim koncie ma złamane serca, szalone imprezy oraz trzy języki obce. I znajomość technik tatuażu, które opanowała do perfekcji, tworząc wzory na indywidualne zamówienie.

Dorotka od lat pisze swój własny scenariusz, stanowczo protestując przeciwko wpasowaniu się w schematy i standardy. Niecodzienny jest nawet jej sposób ubierania się, będący swego rodzaju manifestem. Ale obecna Dorotka nie jest już tą buntowniczką, jaką była jeszcze kilka lat temu. Choć jej dusza i serce pozostały narowiste, to ona nauczyła się powstrzymywać od komentarzy, doprowadziła milczenie do perfekcji. Szczególnie uważa na słowa przy klientach, którzy często traktują wizytę w salonie tatuaży niczym wizytę u psychoterapeuty i dzielą się swoimi problemami oraz oczekiwaniami.

Dorotka nie chce rozwiązywać problemów innych, ma swoje własne. Zatem postacie uczestniczące w jej życiu obserwujemy niejako z boku, samodzielnie kształtując sobie opinię na temat związku jej rodziców, którzy pomimo jawnej deklaracji braku uczucia, wciąż są razem, na temat zachowania Ren, która oddala się od bohaterki coraz bardziej, przyjaciółki Moniki, czy ekscentrycznego modela.

Niestety Sowa stawiając na górnolotne słowa, zapomniała o treści. Choć otrzymujemy wciągające studium polskiej rzeczywistości i spojrzenie młodej kobiety na otaczający ją świat, pełen konsumpcyjnych zapędów, choć książka stanowi protest przeciwko konwencjonalnemu podejściu do planów i ram, w które jesteśmy wtłaczani od dzieciństwa, to jest zbyt chaotyczna i powierzchowna, by stać się powieścią wyjątkową. Chciało by się wręcz powiedzieć, że jest „przekombinowana”, nie wspominając już o braku sympatii do Dorotki, która denerwuje od pierwszych stron. 

Odnoszę wrażenie, że to zadanie autorskie przerosło Sowę, bowiem mimo doskonałej koncepcji wykonanie już nie jest tak dobre. Co nie znaczy, że o książce należy zapomnieć natychmiast po jej przeczytaniu. Wręcz przeciwnie – powinna ona stanowić bodziec do analizy własnych zachowań, do rozliczenia się z przeszłością i zajęcia własnego stanowiska na temat teraźniejszości. Jest impulsem do tego, by walczyć o siebie i swoją niezależność!

czwartek, 25 września 2014

Karol Kłos "Latarnik"

Tytuł: Latarnik
Autor: Karol Kłos
Wydawnictwo: Poligraf


„Ta latarnia wciąż na mnie patrzy z wysoka, wciąż mnie obserwuje. Ona jedyna wie, co nas łączy nierozerwalnie ze sobą, ona wciąż o tym pamięta. Gdy wspinam się na nią po schodach, drży z niecierpliwości, nie mogąc doczekać się mojego wejścia” – czy można pisać pięknie o swojej pracy? Czy może istnieć wdzięczniejszy temat, niż tajemnicza, rozbudzająca wyobraźnię latarnia morska? To ona wszak jest celem licznych wycieczek, oto ona prowadzi marynarzy bezpiecznie do portu, to ona daje schronienie samotnikom, którzy wpatrzeni w bezkres morza oddają się refleksji i uniesieniu.

To jednak nie latarnia, a latarnik jest bohaterem niezwykłej książki Karola Klosa. „Latarnik”, opublikowany nakładem wydawnictwa POLIGRAF, to w istocie dziennik, w którym każdy wpis ma swój numer. Nie jest to pozycja o zwartej fabule, nie ma tu gwałtownych zwrotów akcji, jest natomiast proza życia, sporo humoru oraz własnych przemyśleń na temat otaczającego świata. To właśnie ten spokój, prostota, a przy tym niezwykła poetyckość tekstów dotyczących zwyczajnych, codziennych spraw czyni lekturę niezwykle przyjemną i wartą zapamiętania. 

W książce odnajdziemy klimat niczym u Hemingwaya, a każdy wpis jest inicjowany jakimś wydarzeniem bądź spostrzeżeniem. Wszystkie one składają się na niezwykle barwne życie zaangażowanego społecznie bohatera, życie, które wciąga i nas. Z lektury dowiadujemy się sporo o funkcjonowaniu latarni oraz charakterze pracy latarnika, poznajemy stosunki społeczne w skali mikro (relacje pomiędzy współpracownikami) oraz makro (w Zatoce Puckiej, a także w kraju), a w tle przewijają się problemy lokalne, a także te wynikające z procesu globalizacji. 

Autor porusza temat bezrobocia, które jest dla małych miejscowości niczym rak toczący zdrową tkankę, a także zagadnienia związane ze zdrową dietą, szkodliwością picia, czy pielęgnacją cery. Wspomina dawne czasy, kiedy jeszcze pracował społecznie przy powstawaniu telewizji kablowej, spotyka się również z dawnymi kolegami na zjeździe absolwentów. Przytacza również bulwersujące wydarzenie, jakim było oskarżenie o kradzież pieniędzy z kasy latarni, opowiada o początkach współpracy z lokalną gazetą.

Dziennik prowadzony jest z niezwykła lekkością, świadczącą o doskonałym warsztacie autora, o starannym przemyśleniu jego formy, a także o niezwykle „ciętym języku” i odwadze pisania o sprawach ważnych nie tylko dla ogółu, ale i dla jednostki. Śmiech miesza się tu z łzami, codzienność z wyjątkowością chwil, zaś teraźniejszość z przeszłością. Mimo to, nie jest to lektura banalna, nie jest to też książka, którą należy łapczywie pochłonąć. „Latarnik” jest bowiem pozycją, którą warto smakować wpis po wpisie, odkrywając wszystkie smaki i smaczki, podążając pajęczyną słów utkaną przez autora.