czwartek, 31 marca 2016

Aljoscha A. Long, Ronald P. Schweppe „7 tajemnic żółwia. Zwolnij, odkryj życie”

Autor: Aljoscha A. Long, Ronald P. Schweppe
Wydawnictwo: Studio Astropsychologii 


„Nie ma zbyt wiele cza­su, by być szczęśli­wym. Dni prze­mijają szyb­ko. Życie jest krótkie. W księdze naszej przyszłości wpisujemy marze­nia, a ja­kaś niewidzial­na ręka nam je przekreśla. Nie ma­my wte­dy żad­ne­go wy­boru. Jeżeli nie jesteśmy szczęśli­wi dziś, jak pot­ra­fimy być ni­mi jutro?” – te słowa Phila Bosmansa przypominają nam o tym, co wszyscy uparcie ignorujemy. Co więcej, wciąż deklarujemy trwanie w stanie dążenia do szczęścia i wciąż niezmiennie dziwimy się, że nie jesteśmy zdolni do jego osiągnięcia. Tymczasem cała prawda o nim sprowadza się do prostoty i umiejętności bycia tu i teraz. Nie istnieje bowiem żadna jego definicja ani materialna reprezentacja – jest ulotne, jest chwilowe, jest subiektywne i dlatego, by poczuć choć jego cień, warto zwolnić tempo, warto zatrzymać się w tym szaleńczym biegu przez życie, kontemplując „tu i teraz”.

O tym, jakie korzyści może odnieść modne ostatnio slow life przekonamy się dzięki książce „7 tajemnic żółwia. Zwolnij, odkryj życie”, autorstwa Aljoschy A.Longa i Ronalda P.Schweppesa. Opublikowany nakładem wydawnictwa Studio Astropsychologii poradnik daleki jest jednak od komercyjnego ujęcia tematu, stanowi raczej próbę zwrócenia uwagi na świat natury oraz mądrość, którą z niego możemy czerpać a także na iście buddyjskie podejście do równowagi oraz spokoju. 

Posługując się postacią żółwia, jako przewodnika po świecie, w którym chcemy żyć, autorzy dowodzą, jak cenna jest sztuka tworzenia sobie domu dla siebie i bycia tym domem. Czytamy: „w czasach kryzysu właśnie, gdy zdajesz się gubić w gąszczu codziennych spraw, ta zapomniana sztuka może Ci być pomocna” i dlatego też po książkę sięgnąć powinny szczególnie osoby zainteresowane samorozwojem, osoby mające dość chaosu dnia codziennego, niezadowolone z dotychczasowego życia, a także osoby odczuwające lęki, mające skłonność do depresji. To również książka dla coachów, trenerów osobistych, przewodników duchowych – oni mogą odnaleźć tu inspirację niezbędną do tego, by w jeszcze większym stopniu pomagać swoim klientom. 

Podążając za mądrością Kurmy – największego mędrca wśród żółwi, odkryjemy siedem jego tajemnic, prowadzących do pełnego, szczęśliwego życia. Pierwsza z tych tajemnic to opanowanie, pozwalając nam zachować spokój niezależnie od zmieniających się czynników otoczenia, drugą tajemnicą jest żółwie tempo, czyli celebrowanie wolnych chwil i wszystkiego co robimy, unikanie pośpiechu i tak zwanej wielozadaniowości. Autorzy dowiedli, że przyczyną przyspieszonego tempa życia nie jest wcale potrzeba, ale lęk przed pustką, niecierpliwość, strach przed przegapieniem okazji i pragnienie bycia ważnym. Tymczasem pośpiech powoduje powstanie stresu, który w długiej perspektywie prowadzi do powstania wielu chorób utrudniających, a nawet uniemożliwiających normalne funkcjonowanie. 

Trzecią tajemnicą Kurmy jest wytrwałość, pojęcie, które w kulturze obrazkowej, kulturze jednorazowych produktów i wymiany wszystkiego na lepszy model, staje się pojęciem odchodzącym do lamusa. Tymczasem „wytrwałość oznacza wierność wobec siebie”, oznacza również, że inni mogą obdarzyć nas zaufaniem. Będąc wytrwałym z pewnością osiągniemy swoje cele, a nawet kiedy zrezygnujemy z ich realizacji, stanie się to po dokładnej analizie kosztów tej rezygnacji oraz możliwości osiągnięcia samego celu. Czwarta tajemnica dotyczy zdolności do przemiany, czyli dawania sobie szansy na zmianę zdania, zaś piąta – powściągliwości, rozumianej jako sztuka umiaru i wsłuchiwanie się w pragnienia serca, a nie podszepty reklamy. Szósta tajemnica mówi o pokojowym nastawieniu, czyli o życzliwym obchodzeniu się – zarówno z innymi ludźmi, jak i … ze sobą. Ostatnia, siódma tajemnica zakłada całkowitą obecność w sobie, bowiem tylko z naszego wnętrza płynie siła niezbędna do realizacji celów. Tylko wejrzenie w siebie pozwala na podążanie drogą wyznawanych wartości i w nich szukanie siły. 

Książka „7 tajemnic żółwia” nie byłaby prawdziwym poradnikiem, gdyby jej wartości poznawcze ograniczały się tylko do przedstawienia owych tajemnic, a właściwie kamieni milowych prowadzących do satysfakcjonującego życia. Dlatego też każdą tajemnicę uzupełniają przypowieści, a także ćwiczenia, których wykonanie służyć ma poznaniu siebie, refleksji, kontemplacji otaczającej nas rzeczywistości. Tych ponad trzydzieści ćwiczeń dopełnia mądrości Kurmy, nadając im głęboką wartość i umożliwiając czytelnikowi prawdziwe uczestniczenie w procesie zmian spowodowanych odkrywaniem kolejnych tajemnic. Tym sposobem książka staje się nie tylko lekturą, ale i przeżyciem, skłaniając nas jednocześnie do dzielenia się zdobytą wiedzą…

Krystyna Bartłomiejczyk "Zawierucha w wielkim mieście"

 Tytuł: Zawierucha w wielkim mieście
Autor: Krystyna Bartłomiejczyk
Wydawnictwo: Prozami


„Uciec pociągiem od przyjaciół / Wrogów, rachunków, telefonów / Nie trzeba długo się namyślać / Wystarczy tylko wybiec z domu.” – śpiewała Maryla Rodowicz, a wraz z nią całe rzesze ludzi, którzy dokładnie tak samo pragnęliby postąpić. Wielu z nas marzy się rozpoczęcie nowego życia z dala od obecnych problemów, obowiązków, długów wdzięczności, ciekawskich sąsiadów czy fałszywej troski rodziny bądź przyjaciół. I choć rzadko realizujemy te marzenia o spektakularnej ucieczce, to w chwilach załamania karmimy się myślą, że jest to jakaś alternatywa.

Olga Zawierucha wcale nie chciała uciekać – w końcu miała to, o czym przeciętna mieszkanka Gorajek może tylko marzyć. Wspaniała praca w charakterze architekta krajobrazu, wspaniały chłopak, wspaniali rodzice, z którymi wciąż jeszcze mieszkała pod wspólnym dachem, to wszystko stanowiło codzienność dziewczyny. Tyle tylko, że pewnego dnia ta iluzja rozpada się jakby za dotknięciem różdżki złej czarownicy. Nie dość, że sympatyczny kolega z pracy okazuje się być podłym intrygantem, to jeszcze Olga traci pracę, a na dokładkę jej ukochany okazuje się być bawidamkiem, który porzuca kobiety w ciąży. Nic więc dziwnego, że dziewczyna traci zaufanie do reprezentantów płci męskiej i zaszywa się w domu rezygnując z wszelkiej aktywności. Sytuację zmienia dopiero list od jej siostry, która już od lat przebywa w Toronto i założyła tam rodzinę. Słowa o tęsknocie mobilizują Olgę do podjęcia decyzji o wyjeździe i tym samym Zawierucha wyrusza na spotkanie nie widzianej od siedemnastu lat Reny, nie spodziewając się nawet, że Kanada może wcale nie być gotowa na … zawieruchę.

O tym, w co wplącze się Olga w dalekim Toronto możecie przeczytać w zabawnej powieści Krystyny Bartłomiejczyk, która pomimo lekkości zawiera wiele cennych spostrzeżeń oraz daje nam nadzieję na odmianę losu. Po „Zawieruchę w wielkim mieście” sięgnąć powinni przede wszystkim czytelnicy pozbawieni poczucia humoru, albowiem zostaną na zawsze uleczeni ze smutku i czarnowidztwa, a także ci wszyscy, którzy poszukują niezobowiązującej zabawy i okładów z celnych ripost i typowo polskich powiedzeń. Ostrzegam jednak przed przystąpieniem do lektury bez odpowiedniego zapasu chusteczek - nie sposób powstrzymać bowiem łez wywołanych gwałtownymi salwami śmiechu.

Wyjazd Olgi do tytułowego Wielkiego Miasta nie ma w sobie nic z egzystowania Carrie Bradshaw na Upper East Side i jest prawdziwą katastrofą. Bohaterka trafia pod dach siostry, która jest dla niej właściwie obcą osobą oraz jej męża i nie dość, że nie potrafi znaleźć z nimi płaszczyzny porozumienia, to jeszcze zachowuje się niczym rozkapryszona nastolatka. Pewnym usprawiedliwieniem jest fakt, iż niespodziewanie odkrywa pewną rodzinną tajemnicę, która zmienia jej sposób postrzegania dotychczasowych wydarzeń. Stopniowo jednak przekonuje się, iż skrywany przez lata sekret nie przeszkadza jej dobrze bawić się w towarzystwie Reny, choć dobry humor znika, kiedy na horyzoncie pojawia się wredny samiec, czyli przystojny chirurg Alex, wyraźnie kokietujący Olgę. Dziewczyna da mu się jednak wielokrotnie we znaki, dysponuje bowiem samorodnym talentem do czynienia ludziom niezamierzonej krzywdy i do pakowania się w tarapaty. 

Zanim jednak Alex ma szansę uciec od Olgi gdzie pieprz rośnie, ta wyjeżdża wraz z siostrą do Montrealu. Tam, w domu Poli i Matta, przyjaciół Reny, narobi jeszcze większego zamieszania, wbijając (jak zwykle nieświadomie) klin w związek brata Poli, Andrzeja i jego partnerki o megalomańskich zapędach, Justyny zwanej Dżastiną. Błękitnooki przystojniak spotkany przed Ogrodem Chińskim, który został „ochrzczony” lodami Olgi, okazuje się architektem i jednocześnie bratem gospodyni, zaś bohaterka nie może się zdecydować, czy bardziej ją pociąga czy działa na nerwy. Również Andrzej ma w stosunku do Olgi mieszane uczucia, bowiem ta dziewczyna w bezkształtnych workowatych ciuchach, o pięknych oczach i jadowitym języku, szczera i prostolinijna okazuje się być prawdziwą przeciwwagą dla skoncentrowanej na sobie i wyrachowanej Justyny.

Jak zakończy się ta historia? Kto (mając na uwadze pecha Olgi oraz jej bójkę z Justyną) padnie jeszcze jej ofiarą? Czy bohaterka odnajdzie swoje miejsce na ziemi i jeśli tak, gdzie ono będzie? Na te wszystkie pytania odpowiedź znajdziemy w powieści „Zawierucha w wielkim mieście”, która jest niczym tchnienie świeżości, która swym urokiem wybudza nas z zimowego snu. Ogromny ładunek pozytywnych wibracji, nieskrępowanego humoru (nie przekraczającego jednak granic dobrego smaku), barwni bohaterowie – to wszystko otrzymujemy wraz z książką Bartłomiejczyk. Traci tu znaczenie nawet akcja, w której nie ma zbyt wielu momentów przełomowych, bowiem koncentrujemy się tylko i wyłącznie na słownych i sytuacyjnych żartach, przerywanych mądrościami wartymi zapamiętania. Zanim więc pogrążymy się w odmętach rozpaczy, rozważmy słowa ojca Olgi, według którego: „człowiek, który wciąż odgrzewa przeszłość, nie może być szczęśliwy. Nie mówiąc o tym, że nie zobaczy, co jest przed nim” i …otwórzmy się na zmiany. Otwórzmy się na … Zawieruchę!

James Frey, Nils Johnson-Shelton „Klucz Niebios”

Tytuł: „Klucz Niebios” (seria ENDGAME)
Autor: James Frey, Nils Johnson-Shelton
Wydawnictwo: SQN


Teologowie twierdzą, że Sąd Ostateczny, na końcu ziemskiej historii, będzie demaskował to, co każdy człowiek pozostawił po sobie na świecie. Na owym sądzie będziemy również świadkami triumfu Boga i klęski zła. Idea Sądu Ostatecznego po raz pierwszy pojawiła się w religii staroegipskiej, ale niemal każda wiara ma swoją wersję tego spektakularnego wydarzenia. Mają ją również James Frey i Nils Johnson-Shelton w przepastnych umysłach których zrodziła się idea Gry, a także Zdarzenia, które zapoczątkować ma nowy porządek, które oznaczać będzie koniec dotychczasowego świata. 

Osoby, które miały możliwość uczestniczyć w Grze jako bierni obserwatorzy, dzięki lekturze spektakularnej powieści „Endgame. Wezwanie” doskonale wiedzą, z czym mamy do czynienia i na jakie niebezpieczeństwo narażamy się podejmując wyzwanie. Wiedzą też, że nie mamy w starciu najmniejszych szans, skoro dwanaście pierwotnych plemion już od wieków szkoli Graczy, nastolatków gotowych do udziału w Grze, która zadecydować ma o losach świata. Celem jest odnalezienie trzech kluczy ukrytych na Ziemi, zaś nagrodą – zwycięstwo i przeżycie całego plemienia. Dwunastu Graczy zwarło się ze sobą w śmiertelnym uścisku, żadna umiejętność nie okazuje się tu zbędna – strzelanie, walka, tropienie, wspinaczka, rozwiązywanie zagadek, to tylko kilka przykładów z szerokiego wachlarza zdolności, którymi dysponuje dwunastu przedstawicieli. A właściwie już dziewięciu, bowiem pierwsza część książki pozostawiła nas ze świadomością, że najsłabsze ogniwa zostały wyeliminowane. Co więcej – został już odnaleziony jeden z poszukiwanych kluczy – Klucz Ziemi, zdobyty przez Sarah Alopay. 

Czas zatem na drugą odsłonę rozgrywek, na poszukiwanie Klucza Niebios, a do Gry wkraczamy wraz z kolejnym tomem powieści. Jeśli ktokolwiek sądził, że akcja nie może być już bardziej skomplikowana, bohaterowie bardziej zagrożeni, a fantazja autorów – bardziej rozbudowana, to powinien sięgnąć po „Klucz Niebios”, żeby obalić swoją teorię. Otwierając powieść wkraczamy do wirtualnego świata, w którym wszystko dzieje się szybko i trzeba nie lada koncentracji, by śledzić wszystkie wydarzenia oraz szczegóły otaczającego nas świata. Świata, który zmierza wprost ku zagładzie, bowiem do Ziemi przybliża się asteroida, która najprawdopodobniej zmieni życie na naszej planecie. Owa wiadomość, potwierdzona przez przywódców niemal stu państw, wywołuje panikę wśród narodów, ludzie zaczynają gromadzić zapasy żywności i przygotowywać się na nadejście początku nowej ery. 

Nie zmienia to jednak faktu, że Gra trwa nadal. Sarah, mimo swoich osiągnięć czuje się zmęczona i zniechęcona. Do dalszej walki dopinguje ją Jago, wspólnie chcą wygrać i w ten sposób ocalić swoje plemiona. An Liu po utracie ukochanej Chiyoko, która zginęła w Stonehenge, decyduje się na karkołomny krok – wyrusza z odwiedzinami do wuja Chiyoko, chce bowiem wyrzec się swojego ludu i walczyć dla jej plemienia. Wobec odmowy – pogrąża się w odmętach swojego nienawistnego umysłu. Hilal powoli leczy straszliwe rany i przyzwyczaja się do myśli, że na jego widok płaczą nawet dzieci, określając go mianem potwora. To staje się jednak nieistotne wobec faktu, że dysponuje kosmicznym urządzeniem, dzięki któremu może wyśledzić pozostałych graczy. Aisling, podróżująca pod fałszywym nazwiskiem zostaje zatrzymana na lotnisku przez agentkę CIA, która … wie niemal wszystko na temat Engdame. 

Co dzieje się z pozostałymi Graczami? Czy uda im się odnaleźć kolejny Klucz? Z którymi z Graczy pożegnamy się tym razem? Odpowiedzi na te pytania znajdziemy w drugim tomie powieści, chociaż może właściwszym jest określenie „projekt”, bowiem tworowi Freya i Hohnsona-Sheltona daleko jest do tradycyjnie rozumianej książki – wszystko w niej żyje, akcja wręcz pulsuje od natłoku przyszłych zdarzeń, emocje eksplodują, zaś wrażenie tymczasowości ale też i interaktywności sprawiają liczne rysunki, fragmenty komunikatów, wycinków prasowych. Brak tylko dłuższego zatrzymania się nad kolejnymi postaciami, być może wglądu w ich psychikę, poświęcenia czasu ich wewnętrznym przeżyciom i rozterkom. Ta powierzchowność powoduje, że mamy wrażenie uczestniczenia w komputerowej grze, co nie zmienia faktu, że jest to gra wciągająca oraz … śmiertelnie niebezpieczna. I nie wyobrażam sobie (o ile przeżyjemy), że dobrowolnie można zrezygnować z udziału w trzeciej rundzie zmagań…



środa, 30 marca 2016

Violetta Wróblewska „Życie i zdrowie masz tylko jedno”

Tytuł: Życie i zdrowie masz tylko jedno
Autor: Violetta Wróblewska
Wydawnictwo: Psychoskok



„Szlachetne zdrowie / Nikt się nie dowie / Jako smakujesz / Aż się zepsujesz.” – pisał Kochanowski, a mimo upływu lat i przekonania o słuszności tego stwierdzenia, wciąż zdrowie stawiamy na ostatnim miejscu swoich priorytetów. Zachowujemy się niczym strażak, który gasi tylko tam, gdzie się pali, nie dbamy o prewencję, nie szanujemy się podczas czynności dnia codziennego. Podejmowane przez nas decyzje często świadomie eksploatują nasze siły, a cel który nam przyświeca – więcej mieć, zdaje się być bezwartościowy dopiero wówczas, kiedy utraconego zdrowia nie są w stanie nam przywrócić już żadne pieniądze.

Już dawno naukowcy doszli do wniosku, iż zdrowie to nie tylko brak choroby. Stawiając na holistyczne rozumienie tego pojęcia i takie samo traktowanie ciała człowieka, dostrzec możemy, iż jesteśmy tak naprawdę złożonym systemem, którego wszystkie części nierozerwalnie są ze sobą związane. Brak równowagi jednego organu, czy też sfery psychicznej, wpływa negatywnie na działanie kolejnych elementów sprawiając, że ten system naczyń połączonych zaczyna się osłabiać, uniemożliwiając lub utrudniając nam codzienne funkcjonowanie. Rozwój współczesnej cywilizacji, mimo licznych korzyści, przyniósł ze sobą również słony rachunek do uregulowania. Zanieczyszczenie środowiska, liczne choroby zwane już nawet cywilizacyjnymi, wszechobecna gonitwa za tym, by więcej mieć, by zdobyć przewagę konkurencyjną – to wszystko odbija się na kondycji naszych organizmów. Dlatego też coraz częściej korzystamy z opieki medycznej, sięgając również po niekonwencjonalne środki, coraz częściej leczymy się psychiatrycznie, chodzimy do psychologów, psychoterapeutów, coraz prężniej rozwija się też coaching, dzięki któremu ludzie starają się odpowiedzieć sobie na pytanie, jak żyć. 

Wskazówek możemy poszukiwać też w literaturze, równego rodzaju poradnikach, które co prawda nie rozwiążą za nas problemów, nie wybiorą jedynego i słusznego rozwiązania, ale dzięki proponowanym ćwiczeniom czy przytoczonym historiom pozwolą lepiej zrozumieć siebie. Jedną z takich pozycji jest książka autorstwa Violetty Wróblewskiej „Życie i zdrowie masz tylko jedno”, która – jak zapowiada okładka – pozwoli nam odpowiedzieć na pytanie, jak cieszyć się życiem, pokochać siebie, jak dbać o związek czy dobre relacje z innymi. Autorka – psycholog, trener rozwoju osobistego, psychocoach i nauczyciel akademicki, opierając się na własnym doświadczeniu zawodowym, proponuje nam pochylenie się nad własną osobą, wejrzenie w siebie tak, by móc dokonywać wyborów, które są naprawdę nasze, by wziąć odpowiedzialność za siebie i za własne szczęście. Sięgnąć po książkę powinny szczególnie te osoby, które wciąż poszukują swojej życiowej drogi, które dbają o samorozwój, a także te, które pomagają innym odnaleźć równowagę w zmieniającym się i pełnym pokus otoczeniu. 

W kolejnych rozdziałach książki autorka porusza temat przekonań i często błędnych schematów, które tkwią w naszej głowie, pisze o gniewie oraz lęku, jako o najczęściej odczuwanych ludzkich emocjach, dotyka także kwestii nastroju i jego wpływu na duchowość, zdrowie oraz samopoczucie. Szczególnie cenny jest rozdział ósmy, który pozwala nam zorientować się, jaka jest nasza misja życiowa oraz kolejny, mówiący o tym, jak nadać głębszy sens życiu. W poradniku znajdziemy również tematy związane z życiem zawodowym oraz pieniędzmi, komunikacją, posiadaniem partnera, kształtowaniem swojego charakteru czy relacją rodzic – dziecko. Wieloaspektowość publikacji sprawia, że każdy czytelnik jest w stanie znaleźć w niej coś dla siebie, zaś praktyczne ćwiczenia proponowane przez autorkę oraz pytania zmuszające do refleksji, do dokonania wglądu w swoje wnętrze, pozwalają nam na prawdziwy rozwój. To dopiero one, nie zaś sama lektura, mają moc sprawczą, zmuszają nas do zmiany w naszym życiu, poprzez lepsze poznanie samego siebie. 

Czytelny układ książki pozwala szybko dotrzeć do interesującego nas rozdziału, prześledzić zawarte w nim „recepty” oraz sięgnąć właśnie do tych pytań, zaczerpniętych z sesji terapeutycznych prowadzonych przez autorkę. Wróblewska namawia nas do pracy z zeszytem i rzeczywiście – konieczność ubrania pewnych kwestii w słowa zmusza nas do większego skupienia i prawdziwej autoanalizy. Poza tym słowa mają moc – jak wielką możemy przekonać się pracując z książką „Życie i zdrowie masz tylko jedno”!



James Patterson, Marshall Karp „Zdążę cię zabić”

Autor: James Patterson, Marshall Karp
Wydawnictwo: HarperCollins


Istnieją stanowiska szczególnie narażone na korupcję, są również takie zawody, których wykonywanie – przy braku należytej uwagi i dbania o life balance – prowadzi do wypalenia zawodowego. Często też poczucie braku sensu wykonywanej pracy, bezsilność, która ogarnia człowieka po kolejnej porażce sprawiają, że przechodzi on na „drugą stronę”, zaczynając działać na granicy prawa bądź poza obowiązującymi normami. Taki schemat działania można zaobserwować szczególnie u policjantów, którzy widząc kolejnego przestępcę wychodzącego z więzienia i śmiejącego się im w twarz, niejednokrotnie mają ochotę wymierzyć sprawiedliwość we własnym zakresie. Tyle tylko, że nie wszyscy przechodzą od takich kuszących myśli do czynów…

A jak sytuacja ta wygląda w przypadku nowojorskich policjantów? Tego zapewne do końca nie wiadomo, pewne jest jednak, że w mieście grasuje ktoś, kto jednak postanowił zająć się tymi, którzy z różnych względów uniknęli odpowiedzialności karnej za czyny, które popełnili. Ów tajemniczy osobnik, przez media nazwany Czyścicielem, uprowadza swoje ofiary, torturami wymusza przyznanie się do zbrodni, a następnie dusi. Kilka godzin po znalezieniu zwłok w Internecie pojawia się nagranie, będące swego rodzaju spowiedzią. Pierwszą ofiarą tajemniczego mordercy był członek gangu, który w porachunkach z przywódcą wietnamskiej grupy postrzelił cztery niewinne osoby, w tym jedną śmiertelnie. Drugi wyrok wykonano na narkotykowym dilerze, trzeci – na pedofilu, odpowiedzialnym za morderstwo swojej dziewiętnastoletniej kochanki oraz swojej sąsiadki. Jednak to czwarte morderstwo szczególnie wstrząsa opinią publiczną, bowiem ofiarą jest pochodząca z elity organizatorka kampanii politycznych, córka właściciela sieci kin, żona potentata hotelowego, siostra słynnego dziennikarza. Jej wyznanie, jakoby dwa lata temu miała zamordować swoja przyjaciółkę i kochankę, jest prawdziwym szokiem.

Status społeczny ostatniej ofiary i naciski polityczne sprawiają, że do akcji zostaje włączona specjalna jednostka policji, NYPD Red, zajmująca się celebrytami. O emocjonującym śledztwie toczącym się w cieniu politycznych rozgrywek i prasowej nagonki możemy przeczytać w powieści „Zdążę cię zabić” autorstwa Jamesa Pattersona, który we współpracy z Marshallem Karpem stworzył porywający kryminał, nieco może zbyt przewidywalny i schematyczny, ale jednak pozwalający nam zgłębić motywy zbrodni, a także poznać tajniki działań operacyjnych policji. Po książkę powinni sięgnąć szczególnie wielbiciele gatunku, a także serialu kryminalnego CSI tudzież filmów z Jackiem Chanem czy Jeanem-Claudem Van Damme`em. Lektura powieści dostarcza sporą dawkę emocji, nagłe zwroty akcji nie pozwolą nawet na chwilę nudy, zaś upływający czas – dzielący policjantów od znalezienia kolejnych zwłok porwanej ofiary – nadaje tempa fabule.

Przejmując śledztwo, partnerzy Zach Jordan i Kylie MacDonald są zmuszeni powrócić do wcześniejszych trzech morderstw, by odkryć powiązania pomiędzy ofiarami oraz schemat działania. Szybko okazuje się, że prowadzący wcześniej sprawę detektywi nie zdobyli żadnych interesujących informacji, mających wpływ na dalsze działania. Wykorzystując swoją wiedzę i doświadczenie oraz wyjątkową przenikliwość, detektywi NYPD RED szybko ustalają, że Czyściciel, to nie jedna a dwie osoby. Co więcej, łatwość, z jaką udaje im się zwabiać ofiary do samochodu może wskazywać na to, że podają się oni … za policjantów.

Jak zakończy się ta gonitwa z czasem? Zach i Kylie znajdują się pod ogromną presją, bowiem osoba Czyściciela stała się elementem politycznej gry, a na dodatek została porywana kolejna ofiara, której życie znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Co więcej, działania Czyściciela budzą mieszane uczucia w mieszkańcach Nowego Jorku – część z nich uważa, że ów tajemniczy przestępca robi tylko to, powinno należeć do wymiaru sprawiedliwości, czyli sprząta miasto, symbolicznie oczyszcza go z przestępców. Sięgając po książkę „Zdążę cię zabić” musimy być gotowi na zmierzenie się również z rym aspektem – etycznym, a także z faktem, iż prawda może mieć wiele twarzy. Emocji towarzyszących książce nie umniejsza nawet fakt, iż prolog kryje w sobie rozwiązanie zagadki, bowiem pobudza to do dyskusji nad błędnymi krokami policjantów i fałszywymi zaułkami, w które sami się zapędzają. Dlatego też, choć zakończenie jest z góry wiadome, a rozwój akcji przewidywalny, to z powieścią nie można się nudzić, zresztą Patterson doskonale wie, jak stworzyć książkę, po którą sięgną rzesze czytelników.


wtorek, 29 marca 2016

Luis Montero Manglano „Stół króla Salomona”

Autor: Luis Montero Manglano
Wydawnictwo: REBIS


„Z powrotem do domu”- taka dewiza przyświeca członkom elitarnego korpusu, który od chwili powstania, czyli od 1860 roku, budzi sprzeczne uczucia, którego działania na pograniczu prawa (a nierzadko nawet poza jego granicami) ciężko jest czasami uzasadnić interesem narodu. Niezależnie od problemów, jakie ów twór sprawia kolejnym rządzącym, pozostaje faktem, iż powołany przez generała Ramona Maríę Narvaeza, hrabiego Walencji, Królewski Korpus Poszukiwaczy funkcjonuje po dziś dzień. Wichry historii wpłynęły wyłącznie na zmianę jego nazwy – został przemianowany na Narodowy Korpus Poszukiwaczy, nie zmieniły się natomiast cele jego działania. Grupa agentów specjalnych ma za zadanie odszukać i odzyskać hiszpańskie zabytki, które na przestrzeni wieków zostały rozgrabione. Nie są istotne metody ich działania, ani fakt, że w istocie okradają oni złodziei. Muszą się jednak pogodzić z tym, że w przypadku schwytania są pozostawieni sami sobie i w pełni odpowiadają za swoje czyny.

Można się zastanawiać, kto chciałby pracować dla tajnej organizacji, która zmusza swoich pracowników do kradzieży, która nie gwarantuje bezpieczeństwa fizycznego, która obliguje do zachowania tajemnicy, a na dodatek prowadzi rekrutację w taki sposób, że nawet najbardziej wykształceni ludzi rezygnują w trakcie jej trwania (co niektórzy wybiegają nawet z krzykiem). Okazuje się, że kandydatów jest więcej niż kilku, o czym przekonał się Tirso Alfaro, doktorant na wydziale historii sztuki, który wciąż nie może odnaleźć swojej życiowej drogi. Doktorat rozpoczęty z braku innych perspektyw utknął gdzieś w czeluściach twardego dysku komputera, zaś praktyki w muzeum w Canterbury, gdzie badać miał słynną patenę, jedno z najwspanialszych dokonań w dorobku mistrzów ceramiki glazurowanej, stanowią najnudniejszy okres w jego życiu. Tirso nie może pochwalić się proaktywną postawą, wygłasza niepoprawne politycznie opinie na temat własności obrazów, a na dodatek upiera się, że … był świadkiem kradzieży pateny, mimo iż ta spoczywa w podziemiach muzeum. Nic dziwnego, że mężczyzna zostaje wyrzucony z praktyk, dwa miesiące przed ich oficjalnym zakończeniem. To jednak nie koniec, a dopiero początek niezwykłych przygód Tirso Alfaro, który niczym Indiana Jones przemierzać będzie kraje, eksplorować tajne tunele, w poszukiwaniu skarbów przeszłości, niejednokrotnie narażając przy tym życie. 

Spektakularna powieść „Stół króla Salomona”, autorstwa Luisa Montero Manglano, to pierwsza część trylogii „Poszukiwacze”, opowiadającej o członkach tajnego korpusu zajmującego się odzyskiwaniem hiszpańskich dzieł sztuki. Znajdziemy tu brawurową akcję, której nieustanne zwroty zmuszają nas do pełnej koncentracji, wiele informacji na temat historii Hiszpanii i jej zabytków oraz legend, jak ta o stole króla Salomona, w którym ukryta została tajemnica władzy absolutnej. Lekturę docenią szczególnie czytelnicy, którzy pałają żądzą przygody, którzy gustują w powieściach akcji ze sporą domieszką historii. Luis Montero z fragmentów historii oraz własnej fantazji utkał bowiem fascynującą powieść, którą czyta się z zapartym tchem, czekając na dalszy rozwój wydarzeń i rozwiązanie kolejnej zagadki.

Tajemnicze zbiegi okoliczności skłoniły Tirso Alfaro do odpowiedzi na zagadkowe ogłoszenie, mówiące wyłącznie o „pracy w sektorze publicznym”. Nie było informacji o tym, że aby w ogóle zainicjować kontakt będzie musiał wydedukować hasło dostępu, że przejdzie morderczy ciąg testów na inteligencję, z wiedzy ogólnej, językowej, że będzie rażony prądem oraz … pokąsany przez węża. Nagrodą jest jednak posada Poszukiwacza, choć dopiero praktyka pokaże, czy Tirso rzeczywiście się do tej pracy nadaje. Niecodziennie bowiem historyk sztuki decyduje się na zatrudnienie w miejscu, gdzie do niego strzelają, gdzie jeden z kolegów jest prawdopodobnie zdrajcą, gdzie musi uciekać przed pułapkami zastawionymi przed wiekami na śmiałków pragnących dotrzeć do stołu króla Salomona.

Lektura „Stołu króla Salomona” to nieustająca przygoda i pełna mobilizacja, bowiem od książki nie sposób się oderwać – poszczególne wątki splatają się ze sobą tworząc fascynującą opowieść wystawiającą na próbę naszą zdolność dedukcji. Autor wciąga nas w szaleńczy wir wydarzeń, z którego nie sposób się wydostać, zresztą nie ma chyba nikogo, kto chciałby przerwać tę karkołomną wyprawę nie osiągając celu. Plastyczne opisy, pełna gama emocji, które wywołują kolejne akcje grupy, barwni bohaterowie z Tirso Alfaro (który przechodzi prawdziwą wewnętrzną metamorfozę) na czele – oto główne atuty powieści. To również powody, które każą wypatrywać kolejnego tomu serii, by znów móc wkroczyć w świat pełen ekscytujących przygód!

  

piątek, 25 marca 2016

Joachim Bauer „Granica bólu. O źródłach agresji i przemocy”

Autor: Joachim Bauer
Wydawnictwo: Dobra Literatura 


Ostatnie zamachy w Brukseli, masakra w Paryżu, wydarzenia sprzed kilku lat w Londynie. Dzieci pozostawione w kościołach, skatowany rowerzysta, kobieta z odciętą głową czy rodzice zamordowani bestialsko przez ich syna i jego dziewczynę. Słuchając takich informacji można odnieść wrażenie, że świat oszalał, że pogrąża się w otchłani agresji, przemocy, beznadziei, że mamy do czynienia z upadkiem powszechnie uznawanych wartości, autorytetów i ideałów. Co sprawia, że ludzie są zdolni zachowywać się w ten sposób, zadawać ból swojemu bliźniemu? Czy nienawiść i skłonność do przemocy leżą w naszej naturze czy może są warunkowane czynnikami sytuacyjnymi?

Na te pytania stara się odpowiedzieć Joachim Bauer , psychiatra i psychoterapeuta, w swojej książce „Granica bólu. O źródłach agresji i przemocy”. Opublikowana nakładem wydawnictwa Dobra Literatura pozycja jest pracą naukową, a jednak brak jest tu zawiłych wywodów czy nadmiernego intelektualizowania. Dlatego też po książkę może śmiało sięgnąć każdy zainteresowany zjawiskami przemocy, socjologowie, przedstawiciele służb mundurowych, nauczyciele oraz psychologowie i psychiatrzy. Każdy z odbiorców znajdzie w niej coś dla siebie, każdy znajdzie pewien punkt odniesienia – czy to do własnej sytuacji czy też do przypadków z życia zawodowego, a być może książka Bauera stanie się też inspiracją do własnych badań. Cenny jest szczególnie fakt, iż autor niejako wdaje się w polemikę z funkcjonującymi teoriami dotyczącymi agresji, przytacza różne stanowiska naukowców na przestrzeni wieków, pozwalając nam dociekać, wyciągać wnioski i opierać się – poprzez analogię – na podanych przykładach.

Jak pisze autor: „Moim celem jest przekazanie, w jaki sposób nowoczesne neuronauki mogą się przyczynić do poradzenia sobie z problemem, przy którego rozwiązywaniu wiek XX wielokrotnie ponosił spektakularne porażki”. W tym celu sięga do przeszłości, by prześledzić drogę, jaką pokonali badacze zajmujący się zjawiskami agresji i przemocy, poczynając od Freuda, który założył, że agresja jest wrodzonym instynktem człowieka czy też Darwina, według którego zarówno w przypadku agresji, jak i strachu, chodzi o zachowania reaktywne, zaś do wywołania tych zachowań niezbędne jest powstanie specyficznych bodźców, które by je prowokowały. Bauer obala wiele tez dotyczących agresji, omawia również wyniki prowadzonych na przestrzeni wieków badań, zwracając uwagę na fakt, iż wielokrotnie funkcjonują one w naszej świadomości w sposób nieco wypaczony, niekompletny, zaś wyciągnięte przez nas wnioski są dzięki temu błędne. 

Bauer podkreśla, iż mimo że spotykamy się z agresją na każdym kroku, to określenie „instynkt agresji” jest błędne. Z uwagi na rosnącą eskalację przemocy niezbędne jest dokładne zrozumienie jej struktury, redefinicja pojęcia agresji po to, by móc ograniczyć jej niszczycielski wpływ oraz … wykorzystać jej pozytywny potencjał. Autor wyjaśnia nam, jak działa neurobiologiczny układ agresji, przedstawia agresję jako czynnik wspomagający układ motywacyjny oraz jej funkcje komunikacyjne. Dokładnie omawia zasadę „granicy bólu” i zastanawia się, jakie czynniki wpływają na indywidualny próg bólu, a w konsekwencji – na odmienną skłonność do zachowań agresywnych. 

Wnikliwie przyglądamy się wraz z Bauerem przyczynom agresji dzieci i młodzieży, zastanawiając się nad wpływem więzi społecznych na postawy oraz dociekając skąd bierze się szał zabijania w szkołach. Definiujemy osobowość antyspołeczną i psychopatyczną, a ponadto śledzimy rozwój osobowości, poszukując czynników mających wpływ na proces stawania się psychopatą. Autor dowodzi, że zarówno agresja jak i przemoc nie leżą w naszej naturze, co więcej, to nie one leżą u postaw naszego przetrwania i rozwoju. „Ewolucyjna recepta człowieka na sukces to ani siła, ani żądza mordu, lecz inteligencja i współpraca” – pisze Bauer, przytaczając liczne dowody i pokazując chociażby wpływ korzystnej kultury organizacyjnej, opartej na silnych więzach pomiędzy współpracownikami i życzliwości, na wyniki pracy. 

Wszystko to sprawia, że książka „Granica bólu” jest nie tylko fascynującą lekturą, ale istotne jest również jej praktyczne zastosowanie. Inne spojrzenie na agresję i przemoc powinno pociągać inne metody przeciwdziałania im i reagowania w sytuacji ich pojawienia się. Jest to szczególnie istotne w obecnych czasach, kiedy zarzewiem konfliktu staje się odmienna kultura, wyznanie czy dostęp do zasobów naturalnych. Szczególnie, że wizja globalnej wioski się nie sprawdziła…

Granola kokosowo-żurawinowa

Dziś, w przerwie pomiędzy wypiekiem serników i babek, oddałam się pozorowanym działaniom prozdrowotnym, czyli śniadaniowym wariacjom inspirowanym książką „Pysznie i zdrowo. Od rana do wieczora”. Po świątecznych przysmakach i kuszących, choć nie zawsze zdrowych potrawach, warto szczególnie zwrócić uwagę na swój organizm. Dlatego też wykorzystując rozgrzany piekarnik (mam to szczęście mieć jeszcze piec kaflowy w kuchni rodziców) uprażyłam sobie granolę kokosowo-żurawinową. Będzie wspaniałym dodatkiem do jogurtu naturalnego, a nawet posłużyć może, jako słodka przekąska w chwilach spadku energii. Dodatkowa zaleta – robi się ją błyskawicznie!

fot. J.Gul
Składniki:
  • 22 g płatków owsianych
  • 20 g otrębów owsianych
  • 45 g wiórków kokosowych
  • 40 g płatków migdałowych
  • 40 g suszonej żurawiny
  • 10 suszonych moreli (ja zamiast tego dałam rodzynki)
  • 5 łyżek miodu
  • 2 łyżki oleju kokosowego (zrezygnowałam z niego)
  • ½ łyżeczki aromatu waniliowego
Przygotowanie:

Rozgrzewamy piekarnik do 150 st. C. Mieszamy płatki i otręby, wiórki kokosowe, płatki migdałowe, pokrojone morelę i żurawinę. Wysypujemy je na blachę do pieczenia. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika na 8 minut. 

fot. J.Gul
Miód i olej mieszamy, zagotowujemy w garnuszku. Zdejmujemy z ognia, dodajemy aromat waniliowy. Tak przygotowanym syropem polewamy mieszankę owsiano-kokosową, dokładnie mieszamy. Ponownie wykładamy całość na blachę i wstawiamy do piekarnika na kolejne 8 minut. Granolę studzimy i przesypujemy do szczelnego pojemnika. Podajemy z jogurtem, mlekiem lub miodem – jako deser. 

fot. J.Gul

fot. J.Gul


SMACZNEGO!

czwartek, 24 marca 2016

Diane Chamberlain "Chcę cię usłyszeć"

Autor: Diane Chamberlain
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka


Mutyzm to brak bądź ograniczenie mówienia przy jednoczesnym zachowaniu rozumienia mowy oraz możliwości pisemnego się porozumiewania. Dziecko, którego mutyzm dotyczy, nie jest opóźnione umysłowo, a brak mowy nie jest też wyrazem złej woli dziecka. Zaburzenie to występuje najczęściej u dzieci pięcio-, sześcioletnich i dotyczy znacznie częściej dziewczynek, niż chłopców. Możemy zaobserwować różny stopień występowania objawów mutyzmu – dziecko może w ogóle nie mówić bądź też rozmawiać wyłącznie z wybranymi osobami.

To zaburzenie dotyczy również pięcioletniej Emmy, rezolutnej dziewczynki, która w wyniku traumatycznych wydarzeń pogrążyła się w ciszy. Była ona świadkiem samobójstwa popełnionego przez jej adopcyjnego ojca, zmagającego się z depresją emerytowanego profesora socjologii. Zajmujący się tematami społecznymi Ray mocno przeżywał sukcesy swojej żony, Laury, znanego astronoma, pracownika muzeum i wykładowczyni, bardziej znanej jednak z odkrycia dziesięciu komet. Tymczasem on nie mógł wydać książki, nad którą pracował już od kilku lat, a każda kolejna odmowa z wydawnictwa jeszcze bardziej obniżała jego kruche poczucie własnej wartości. Na dodatek Laura nie posłuchała go w pewnej, wydawałoby się, mało istotnej sprawie. Otóż kilka dni wcześniej zmarł ojciec Laury, przed śmiercią prosząc ją o złożenie pewnej obietnicy. Kobieta miała zająć się pewną samotną staruszką, Sarah Tolley, przebywającą w pobliskim domu opieki. Pobyt w placówce finansował właśnie ojciec Laury, ta jednak nie ma pojęcia, co łączyło go z nieznajomą. Właśnie próba odkrycia tego związku staje się jednym z czynników popychających Raya do samobójstwa, trudno jednak zrozumieć, dlaczego zrobił to w chwili, kiedy sprawował opiekę nad dzieckiem.

Nie sposób nawet sobie wyobrazić, co mogło czuć pięcioletnie dziecko zamknięte w domu z martwym mężczyzną, który w jej świadomości funkcjonował jako ojciec, choć tak naprawdę prawdziwym tatą być nie potrafił. Ale to nie mutyzm i nie samobójstwo są kanwą, na której została oparta książka Diane Chamberlain „Chcę cię usłyszeć”. Wyjątkowa pozycja opublikowana nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka to kolejny już tytuł z serii „Kobiety to czytają”. Powieść ta nie jest jednak adresowana wyłącznie do kobiet, zaś poruszane w niej tematy dalekie są od ckliwych historii, choć na kartach książki znajdziemy i miłość. Po ten tytuł powinni sięgnąć ci czytelnicy, którzy cenią dobie doskonale skonstruowaną fabułę, którzy lubią rozwiązywać zagadki i układać fragmenty rzeczywistości w obraz przedstawiający czasem bolesną prawdę.

Wychowana przez wymagającego ojca Laura zawsze spełniała jego życzenia, zaś mieszanka miłości oraz bezwzględnej dyscypliny sprawiła, że kobieta osiągnęła zawodowo to, o czym wielu może tylko pomarzyć. Pochłonięta zjawiskami zachodzącymi na nieboskłonie nie planowała posiadania męża ani tym bardziej dzieci, ale jedna noc spędzona w objęciach poznanego na przyjęciu mężczyzny sprawiła, że musiała zweryfikować swoje poglądy. Mimo sprzeciwu ojca zdecydowała się urodzić dziecko, nie informując o tym jego biologicznego ojca. Okazało się, że niechciane dziecko jest tak naprawdę radością jej życia, a kiedy u boku Laury pojawił się jeszcze starszy o ponad dwadzieścia lat Ray prosząc ją o rękę, zgodziła się bez wahania, choć więcej w tym związku było przyjaźni niż miłości. Jak się okazało, choć Ray był gotowy pomagać finansowo, to nie miał cierpliwości do małej dziewczynki, nie można było też wymagać od niego cieplejszych uczuć względem niej.

O tym jednak Laura zdała sobie dopiero sprawę wówczas, kiedy w trakcie sesji z psychologiem wyszło na jaw fakt, iż Emma boi się mężczyzn, że według niej są groźni i nie wahają się podnosić głosu. Niestety sesje na które uczęszcza dziewczynka nie zmieniają jej stanu – nie dość, że od chwili śmierci Raya nie wypowiedziała ani słowa, to jeszcze jej rozwój cofnął się znacząco. Jednym ratunkiem może okazać się pomoc biologicznego ojca Emmy, jednak Laura musi go najpierw odnaleźć.

Mimo kłopotów z córką Laura nie zapomniała o obietnicy złożonej ojcu. Regularnie odwiedza starsza panią, która coraz bardziej pogrąża się w chaosie, cierpiąc na alzheimera, choć wydarzenia z czasów młodości jest w stanie wiernie odtworzyć. Lara ma nadzieję, że rozmowy ze staruszką rzuca nieco światła na niecodzienną prośbę ojca, jednak Laura nawet nie spodziewa się, jakie historie nosi w sobie Sarah i jak niezwykłych wydarzeń była świadkiem…

Jak zakończy się ta wyjątkowa, piękna historia? O tym musicie przekonać się sami, sięgając po książkę „Chcę cię usłyszeć”. Diane Chamberlain dostarcza nam prawdziwej łamigłówki, trudno bowiem, nawet uważnie śledząc kolejne rozdziały, zorientować się, w jakim kierunku popłynęły jej myśli i jakie przeszkody postawi jeszcze przed bohaterami. Jednak rzeczywistość przerasta wszelkie wyobrażenia, zaś zaskakujące zakończenie stanowi dowód na to, że autorce doskonale udało się zapanować nad akcją, nad poszczególnymi scenami oraz bohaterami, gwarantując nam przy tym przeżycie niezwykłej przygody oraz moc wzruszeń. Co naprawdę stało się w domu Laury i dlaczego Ray targnął się na swoje życie? Dlaczego Emma nie mówi? Czy pojawienie się w życiu dziewczynki biologicznego ojca zmieni ten stan? Na te wszystkie pytania odpowiada Chamberlain, mistrzyni niedopowiedzeń oraz wzruszających historii pisanych przez życie.

Marcin Brzostowski „Złote spinki Jeffreya Banksa”

Autor: Marcin Brzostowski
Wydawnictwo:e-bookowo.pl


Mówiąc o sławnych gangsterach, na myśl przychodzi nam przede wszystkim Alphonse Gabriel Capone, znany nie tylko z działalności przestępczej, ale i z filmu „Al Capone” w reżyserii Richarda Wilsona z Rodem Steigerem w rolach głównych. Niektórzy z nas zdołają jeszcze wymienić nazwisko Johna Gottiego, 

przywódcy nowojorskiej rodziny mafijnej Gambino czy Johnny`ego Torrio, znanego jako Papa Johnny, który stworzył rozbudowane struktury przestępczości zorganizowanej w Chicago w latach 20. XX wieku. Niestety wśród tej plejady nie ma takich nazwisk, jak Ezekiel Horn, zwany Qxfordem, czy Siergiej Witczenko, zwany Krwawym Siergiejem.

Postacie te występują natomiast u Marcina Brzostowskiego, który postawił ich po dwóch stronach ringu, jakim jest angielski rynek zbytu dla różnych towarów, którymi obrót jest daleki od legalnej działalności. Książka „Złote spinki Jeffreya Banksa” to obraz gangsterki w starym, dobrym stylu, kiedy to przedstawiciele świata przestępczego mieli klasę, poczucie humoru i dystans do samych siebie. Sięgając po niewielkiej objętości książkę możemy spodziewać się szalonego tempa akcji, nagłych jej zwrotów, dużych pieniędzy oraz … korupcji na szczytach władzy. Jeśli dodamy do tego liczne absurdy rzeczywistości, oryginalne poczucie humoru bohaterów oraz sprawne pióro autora możemy być pewni, że gwarantujemy sobie dwie godziny dobrej zabawy.

Brzostowski przedstawia nam Franka Turbo, niezbyt wysublimowanego mięśniaka o stalowych nerwach, prawą rękę gangstera Horna. Gruby kark i stalowe nerwy predestynują go do roli bezwzględnego egzekutora i wykonawcy najgorszych i najbardziej skomplikowanych zleceń, nic więc dziwnego, że jego kolejnym zadaniem jest transport dwudziestu kilogramów kokainy i złożenie ich w barze Spokojnego Simona. Pech jednak chce, że na drodze Franka Turbo staje policjant, który zatrzymuje zarówno jego, jak i torbę z cenną zawartością. 

Wydostać Franka z celi może tylko Jeffrey Banks, minister spraw wewnętrznych. karierowicz, który miał to szczęście, że dwadzieścia lat wcześniej przespał się z niewłaściwą dziewczyną, a ona zaszła z nim w ciąże. Tym sposobem przeciętny student historii na Oksfordzie związał się z przeciętną, choć dobrze sytuowaną studentką nauk humanistycznych, poślubiając spore pieniądze i zapewniając sobie możliwość realizowania rządowej kariery. Zaślepienie żony i samokontrola Jeffreya pozwalają mu wieść życie luksusowe, wypełnione przyjemnościami i rozlicznymi kobietami. Właśnie u jednej z nich Jeffrey pozostawia złote spinki, prezent od żony z okazji rocznicy ślubu. Prawdziwa wartość spinek zawiera się jednak w fakcie, że były one własnością dziadka pani Banks, bohatera wojennego, któremu te drobne ozdoby uratowały niegdyś życie w Paryżu. Przynajmniej tak brzmi oficjalna ich historia, bowiem Jeffrey, który wyjątkowo dobrze rozumiał się ze staruszkiem, słyszał zupełnie inną o nich opowieść …

Te wszystkie wydarzenia rozgrywają się niejako przy okazji motywu przewodniego, jakim jest konflikt o terytorium wpływów pomiędzy Hornem a Krwawym Siergiejem, choć tak naprawdę to one nadają prawdziwego smaku książce, to one generują kolejne wydarzenia, które znacząco wpływają na losy bohaterów i podejmowane przez nich decyzje. Tym samym „Złote spinki Jeffreya Banksa” to brawurowo napisana powieść gangsterska, która ma dwie wady – jest stanowczo zbyt krótka i zbyt powierzchowna. Zarówno splot wydarzeń, karkołomne posunięcia bohaterów, jak i lekkość, z jaką autor tworzy tę opowieść wskazują, że stać go na wiele więcej – na pogłębioną analizę bohaterów i kryminalnego półświatka Londynu. Choć zabawa w trakcie lektury jest przednia, a rzutkie dialogi oraz wisielczy humor potrafią rozśmieszyć do łez, to jednak po zakończeniu książki czuję lekki niedosyt i nadzieję, że kolejna książka Brzostowskiego będzie demaskatorskim dziełem opisującym przestępcze działania i fortele stosowane przez przestępców, bowiem w tej tematyce autor chyba czuje się doskonale.

środa, 23 marca 2016

ks. Jan Warta „Baśnie dobre na wszystko”

Autor: ks. Jan Warta
Wydawnictwo: JEDNOŚĆ


„Brońmy się przed pozorami miłości, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą" – do prezentowania takiej postawy wzywał Jan Paweł II będąc świadomym, jak często kierujemy się pozorami, jak często nasze czyny (lub ich brak) zadają kłam słowom. Jednocześnie wciąż biegniemy przez życie w poszukiwaniu szczęścia, wciąż mamy nadzieję, że sława, pieniądze czy rzeczy materialne zastąpią nam bliskość drugiego człowieka, uwolnią nas od obowiązku służenia innym. Tymczasem prawdziwą wartością nie jest złoto, ale …złote serce.

wtorek, 22 marca 2016

Simon Parke "Minuta uważności"

Autor: Simon Parke
Wydawnictwo: Samsara


Ostatnie lata to moda na powrót do natury i desperackie pragnienie wyrwania się z wyścigu szczurów. Znów zastanawiamy się, czy warto spędzić całe życie w biurze, oddajemy się pasji, pracując nad osiągnięciem równowagi. Określenia takie, jak slow life, czy life balance stały się modne, podobnie jak termin uważność. Abstrahując od tego, jak nam te dążenia wychodzą, w jakiej mierze wynikają one z naszej wewnętrznej potrzeby, z chęci doskonalenia się wewnętrznego, a w jakiej są one wywołane trendami, liczy się tylko to, że staramy się coś zmienić w swoim życiu.

O sztuce uważności powstało już wiele książek, na rynku wydawniczym dostępne są poradniki, które pomagają nam nad tą uważnością pracować. Dlatego też Simon Parke, felietonista, kapłan w Kościele Anglii, propagator świadomego słuchania w miejscu pracy, nie dążył to tego, by stworzyć kolejną tego rodzaju pozycje. Jego „Minuta uważności. 60-sekundowe ćwiczenia mindfulness dla świadomego życia” to raczej zbiór refleksji, spostrzeżeń, służących kontemplacji rzeczywistości. Wartość tych tekstów i korzyści płynące z ich analizy, ze spokoju, który ze sobą niosą, lub przeciwnie – z niepokoju prowadzącego do zmian, doceni każdy, kto nie wyraża zgody na obłudę, na kłamstwo, na dalsze trwanie w świecie pełnym przemocy i na konsumowanie dóbr nas otaczających.

Jak pisze autor: „Uważność to świadomość (…) teraźniejszego doświadczenia i jego akceptacja – to właśnie jest bicie jej serca”, obiecując, iż na kolejnych stronach książki właśnie o to serce zadbamy. Parke namawia nas, byśmy szczególnie dokładnie przyjrzeli się naszej świadomości siebie oraz otaczającemu nas światu, byśmy żyli teraźniejszością oraz zaakceptowali sytuację, której się znajdujemy. Drogą do życia w chwili obecnej, tu i teraz, jest właśnie uważność – to prosty, a jakże trudny przepis. 

Drogą ku temu trwaniu w obecnej rzeczywistości może być analiza zamieszczonych w książce tekstów, które zmuszają nas do głębszych przemyśleń, zostawiają nas z pytaniami bez odpowiedzi po to, byśmy tych odpowiedzi poszukali w swoim wnętrzu. Poznamy zatem opowieść o rozsądnym psie, autor namówi nas do skoncentrowania się na jednej rzeczy, przedstawi nam również historię o różnych drogach. Przeczytamy o płonącej łodzi, o smudze światła czy ogrodzie. Z każdym kolejnym tekstem coraz więcej rozumiemy, ale i coraz więcej widzimy – stajemy się prości, świadomi, obecni, ufni, niestali… Stajemy się niczym, bowiem w tej nicości może zrodzić się nowa jakość. Robimy przestrzeń na to, by rzeczy i uczucia mogły zaistnieć…

Książka „Minuta uważności” autorstwa Simona Parke`a nie jest książką oczywistą, nie jest pozycją, którą możemy przeczytać dla rozrywki, relaksując się przy niej i zapominając o stresie dnia codziennego. To raczej lektura służąca studiowaniu, rozmyślaniu, którą warto czytać w samotności, w spokoju i skupieniu. Możemy analizować tekst po tekście lub sięgać wybiórczo po zgromadzone przez autora historie, wracając do tych fragmentów, które szczególnie mocno utkwiły nam w pamięci, które szczególnie boleśnie uświadamiają nam dotychczasową bezrefleksyjność. Ale ten ból nie trwa wiecznie – zatapiając się w teraźniejszości mamy szanse praktykować przestrzeń, mamy szansę uciszyć wołanie o poczucie własnej wartości, mamy szansę na zmianę…

poniedziałek, 21 marca 2016

Niedziela Palmowa w Kalwarii Zebrzydowskiej

fot. J.Gul
W liturgii kościoła katolickiego Niedziela Palmowa stanowi pamiątkę wjazdu Chrystusa do Jerozolimy. Niedziela ta rozpoczyna również okres duchowego przygotowania do świąt, a w tym dniu powszechnie święci się palmy, na pamiątkę gałęzi palmowych rzucanych przed Jezusem, kiedy to wkraczał na osiołku do miasta. Palma jest symbolem męczeńskiej śmierci, ale również triumfu Jezusa. Wyrób wielobarwnych palemek to już tradycja, a w niektórych miejscowościach (na przykład w Lipnicy Murowanej) palmy wielkanocne stają nawet do konkursu. 

W wielu miastach odbywają się również tzw. Misteria Męki Pańskiej. Te pasyjne widowiska przeradzają się w sztuki teatralne, przedstawiające mękę i śmierć Jezusa. Wielokrotnie, oglądając w serwisach informacyjnych relacje z tych wydarzeń obiecywałam sobie, że kiedyś znajdę się wśród tłumu, że osobiście będę w nich uczestniczyła. Okazja nadarzyła się właśnie w tym roku, bowiem katowicki oddział PTTK organizował w Niedzielę Palmową, 20 marca, wyjazd do Kalwarii Zebrzydowskiej, połączony z krótką wizytą w Lanckoronie (co było dodatkową motywacją). 

Wyruszyliśmy o godzinie 8.00 z Katowic z dość mglistymi oczekiwaniami – każdy miał swoje wyobrażenie, jak Misterium powinno wyglądać, jak przebiegają obchody Niedzieli Palmowej w tak ważnym dla wiernych miejscu pielgrzymkowym. Program wycieczki ograniczony był ważnymi wydarzeniami związanymi z dniem – o 10.45 odbywać się miało święcenie palm przy kaplicy św. Rafała, zaś o 15.00 – Misterium Męki Pańskiej. Reszta dnia należała do nas i naszych potrzeb.

fot.J.Gul
fot.J.Gul
fot.J.Gul
Powstałe na początku XVII w., jako fundacja Mikołaja Zebrzydowskiego, sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej zachwyca, już z oddali. Początki sanktuarium stanowił wzniesiony na górze Żar przez Zebrzydowskiego, wojewodę krakowskiego, kościółek Ukrzyżowania wg modelu przywiezionego z Jerozolimy. Spoglądając z okien swego zamku, Zebrzydowski dopatrzył się bowiem podobieństwa pomiędzy ukrzyżowaniem terenu swoich włości, a krajobrazem Jerozolimy. W 1602 r. starosta wystawił akt fundacyjny kościoła i klasztoru, opiekę nad przyszłym sanktuarium powierzając benedyktynom z Krakowa. Wzgórze Żar stało się stopniowo Golgotą, przeciwległe – Górą Oliwną, a rzeczka Skawinka na odcinku niespełna kilometra – Cedronem. Dziś Kalwaria Zebrzydowska to zespół zabytkowych obiektów sakralnych, usytuowanych na obwodzie długości 6 km.
Mając na względzie wyjątkowość tego miejsca nie dziwi fakt, że w 1999 r. Komitet Światowego Dziedzictwa UNESCO zdecydował się wpisać zespół architektoniczno-krajobrazowy i pielgrzymkowy (bazylikę, klasztor i Dróżki) na listę Światowego Dziedzictwa Kultury i Natury. 

Pośród rzeszy pielgrzymujących do Kalwarii Zebrzydowskiej, był również Jan Paweł II. Podczas pielgrzymki w 1979 r. niezamierzenie nadał on kościołowi miano bazyliki, co wyniknęło z … przejęzyczenia. Kiedy zorientował się, że popełnił błąd, powiedział: „Niech już tak zostanie”.

fot.J.Gul
fot.J.Gul
fot.J.Gul
fot.J.Gul
Od północnej strony do bazyliki przylega klasztor, a od frontu nawy dwie czworoboczne wieże nakryte hełmami, które są zwieńczone kopułkami z latarniami. Barokowe wnętrze, wczesnobarokowa ambona, Polichromie Tetmajera oraz liczne obrazy zachwycają i świadczą o majestacie obiektu.

fot.J.Gul
We wnętrzu, szczególną uwagę przykuwa jednak obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem (Matka Boska Kalwaryjska), podarowany przez Stanisława Paszkowskiego z Brzezia Paszkowskiego. Znajduje się on w bocznej kaplicy bazyliki Matki Bożej Anielskiej. Według legendy, 3 maja 1641 r. modlący sie Paszkowski, zauważył spływające z oczu Matki Bożej krwawe łzy. Poinformował o tym zdarzeniu biskupa krakowskiego i wkrótce został poproszony o podarowanie obrazu kościołowi w Marcyporębie. Mężczyzna wyruszył w planowanym kierunku, ale podczas podróży poczuł, że jakaś siła kieruje go w inną stronę – prosto do sanktuarium kalwaryjskiego. Uznał, że to wola Boga, by wizerunek płaczącej Matki Bożej znalazł się właśnie w tym miejscu. Koronacja cudownego obrazu miała miejsce w sierpniu 1887 r. Obecnie, obok cudownego obrazu przechowywana jest złota róża ofiarowana przez Jana Pawła II w setną rocznicę koronacji.

fot.J.Gul

fot.J.Gul

fot.J.Gul

fot.J.Gul

fot.J.Gul

fot.J.Gul

fot.J.Gul
Dla pielgrzymów wytyczono liczne „dróżki kalwaryjskie”, które dzielą się na dwa rodzaje: dróżki Pana Jezusa i dróżki Matki Boskiej, biegnące w przeciwnych kierunkach, choć część obiektów jest wspólna dla obydwu szlaków. Pierwsze obejmują 28 stacji 24 obiektach, składających się na dwa cykle: Pojmania i Drogi Krzyżowej. Drugie – 24 stacje w 21 obiektach – dzielą się na trzy cykle: Boleści Matki Boskiej, Zaśnięcia i Wniebowzięcia.

fot.J.Gul
fot.J.Gul

fot.J.Gul

fot.J.Gul

fot.J.Gul
Wędrując dróżkami warto zwrócić uwagę przede wszystkim na kościół Ratusz Piłata, na górze Moria, będący jedną pierwszych budowli Kalwarii. Zbudowany przez Pawła Baudartha w latach 1605-1609 na rzucie krzyża greckiego, kryje w swoim wnętrzu ołtarze umieszczone w każdym z ramion krzyża. W roku 1815 ozdobiono je obrazami Jana Jerzyczka: „Wyrok Piłata”, „Biczowanie” i „Cierniem koronowanie”. Strop jest ozdobiony bogatą sztukaterią gipsową w stylu manieryzmu niderlandzkiego. 
Do Kościoła przylega kaplica, składająca się z 28 schodów przykrytych na kształt tunelu. Gradusy kalwaryjskie zaprojektowano na wzór Scala Santa (tzn. Świętych Schodów) przed bazyliką św. Jana na Lateranie – po takich schodach miał wchodzić Chrystus, wezwany przez Piłata do Domu Sądu. Jak nakazuje tradycja, pielgrzymi wchodzą po schodach na Kolnach odmawiając modlitwy, co ma zapewnić odpust zupełny. 

fot.J.Gul

fot.J.Gul
Wokół sanktuarium jest możliwość zakupu palemek, zatem wyruszyliśmy na małe polowanie (zakończone sukcesem)...

fot.J.Gul

fot.J.Gul
... by wziąć udział w uroczystości poświęcenia palm.

fot.J.Gul

fot.J.Gul
W oczekiwaniu na Misterium, wstąpiliśmy jeszcze na Cmentarz Wojenny z 1915 r., na którym pochowano m.in. kilkudziesięciu żołnierzy armii austriackiej.

fot.J.Gul

fot.J.Gul
fot.J.Gul
Samo Misterium okazało się jednak ... rozczarowaniem. Przejazd Pana Jezusa przypominał szaleńczy galop - widzowie niestety nie potrafili uszanować wyjątkowości widowiska, wybiegając przed aktorów, przepychając się, walcząc o dostep do liny odgradzającej aktorów od widzów.

fot.J.Gul
Dla tych, którzy chcą się posilić po tych wędrówkach po okolicy, na terenie sanktuarium czeka restauracja (kolejna znajduje się w pobliżu parkingu). Można skorzystać jednak z wersji low price i udać się do tzw. „Jadłodajni” koło Domu Pilegrzyma. Plastikowe tacki jednorazowe naczynia nie przeszkadzają w konsumpcji, szczególnie że jedzenie jest bardzo dobre i tanie (np. rosół z makaronem - 4,50zł; placki ziemniaczane - 6zł; frytki - 3,50zł). Latem można usiąść pod zadaszeniem na powietrzu, jednak w obliczu nieprzyjaznej aury, my schowaliśmy się w pomieszczeniu przypominającym salę telewizyjną. 

fot.J.Gul
fot.J.Gul
fot.J.Gul

fot.J.Gul

fot.J.Gul
fot.J.Gul
Godzina 16.00 – czas na krótką wizytę w ukochanej przez artystyczną bohemę Lanckoronie, oddalonej od Kalwarii Zebrzydowskiej zaledwie 7 km. Ta mała wieś znana jest szczególnie ze średniowiecznego zespołu architektonicznych domów w rynku oraz z …aniołów. 

fot.J.Gul

A w Lanckoronie fruwają anioły

na rynku i na zamku
można Je spotkać w cichym przedwieczorze
i w mgistym poranku

czasem któryś skrzydłem dotknie niebia
zatrzyma sie przez chwilę
weźmie co mu trzeba

i poleci dalej ku Kopalnii i Jastrzębi
pozanurzać się czas jakiś
w ich lesistej głębi
/Tomasz Rebeta/

fot.J.Gul
fot.J.Gul
Na szczycie Góry Lanckorońskiej znajdują się ruiny zamku wzniesionego przez Kazimierza Wielkiego, niestety z uwagi na późną porę, już nie zdołaliśmy ich zobaczyć. Jeszcze tylko krótka wizyta w XIV-wiecznym kościele św. Jana Chrzciciela, którego wnętrze nosi znamiona różnych epok (np. ołtarz główny powstał w późnym renesansie, chrzcielnica i obraz Chrzest Chrystusa w baroku) i czas do domu…