Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogrody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogrody. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

Łukasz Łuczaj "Dziki ogród"

Tytuł: Dziki ogród
Autor: Łukasz Łuczaj
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia


W ostatnich latach coraz więcej mówi się o wymieraniu pszczół i innych pożytecznych owadów. Dzieje się tak nie tylko za sprawą stosowanych środków ochrony roślin, ale też dlatego, że coraz więcej jest betonu zamiast przyrody, coraz rzadziej uprawiamy ogrody, nawet wokół domu ograniczając się wyłącznie do trawy. Tymczasem wystarczy tak niewiele, by zmienić ten stan rzeczy, co więcej – wcale nie trzeba posiadać połaci ziemi, żeby założyć ogród, i to taki, który owady najbardziej lubią, czyli dziki. Uprawiać kwiaty możemy nawet na balkonie, wysiewając w donicach kwiaty miododajne i ciesząc się nie tylko kolorami naszej „łąki”, ale i obecnością wśród roślin owadów.

środa, 9 października 2019

Pora na wrzosy

Jesienne miesiące niezmiennie kojarzą mi się z chryzantemami w gródku i wrzosami, a właściwie wrzoścami na moim stole. Miniony wrzesień zresztą swoją nazwę zawdzięcza właśnie krzewinkom wrzosów, przez wielu uważanych za najpiękniejsze rośliny ogrodowe. O urządzeniu przydomowego wrzosowiska mogą pomyśleć osoby, marzące o ogrodzie łatwym w pielęgnacji, a przy tym niezwykle urokliwym i przyciągającym spojrzenia przez cały rok. Nawet, jeśli nie dysponujemy pokaźnym ogrodem, a zaledwie kilkoma metrami przed wejściem do domu, to nawet taka przestrzeń obsadzona wrzosami, będzie wyglądać niezwykle atrakcyjnie – podobnie zresztą rzecz ma się z wrzosami na balkonie, który staje się małym, jesiennym rajem. 

niedziela, 2 kwietnia 2017

Keukenhof - weekend w Holandii (część I)

Jeśli masz wolny weekend oraz niezłą kondycję, możesz wybrać się na wyprawę do Amsterdamu oraz jednego z najpiękniejszych ogrodów świata – Keukenhof. To właśnie te ogrody były moim przystankiem w drodze do niezwykłego miasta zbudowanego na palach, gdzie zalegalizowane są zarówno miękkie narkotyki, jak i prostytucja.

Nazwa Keukenhof wywodzi się z czasów średniowiecznych – wówczas to księżna Jakoby van Beiren z Bawarii w miejscu obecnego ogrodu uprawiała ogródek ziołowo-warzywny. Dlatego też dosłowne tłumaczenie słowa „keukenhof” oznacza „ogród kuchenny”.

piątek, 25 listopada 2016

Kolorowanka "Rośliny kwitnące"

Wydawnictwo: Vesper


O dobroczynnym wpływie natury na organizm człowieka nie trzeba nikogo przekonywać – wystarczy krótki spacer po parku, by dotleniony mózg lepiej pracował, by mijało zmęczenie, a także napięcie, które nagromadziło się w naszych mięśniach podczas dnia. Pisał już o tym amerykański filozof i poeta Henry Thoreau, który w 1840 roku przeprowadził się do Massachusetts, gdzie spędził niemal dwa lata we własnoręcznie zbudowanej chacie. Twierdził on, że twierdził, że udał się w leśne zakątki, by przypomnieć sobie o priorytetach, odzyskać kontakt ze sobą, a także odróżnić oczekiwania innych od własnych pragnień. W obecnych czasach, kiedy życie z roku na rok coraz bardziej przyspiesza, rosną wymagania – nasze wobec życia i otoczenia wobec nas, kiedy otoczeni technologią gubimy się w gąszczu informacji, szczególnie przydałby się taki odpoczynek w leśnej głuszy bądź w ogrodowej altanie. Brak równowagi w naszym życiu, nadmierna eksploatacja swoich sił, przyczynia się do wzrostu poziomu stresu, do zobojętnienia na piękno dnia codziennego.

piątek, 12 sierpnia 2016

Co warto zobaczyć w Goczałkowicach-Zdroju?

Miasto Goczałkowice-Zdrój kojarzone jest zwykle z popularnymi uzdrowiskami i skierowaniami z NFZ czy z ZUS na rehabilitację. Tymczasem miejsce to ma swoją bogatą historię, liczne walory przyrodnicze, dobrą infrastrukturę, a także przepiękne ogrody Kapias, w których na cały dzień mogą zaszyć się nie tylko miłośnicy ogrodnictwa, ale i pary ślubne, dla których sąsiedztwo roślin będzie stanowiło piękne tło do zdjęć. To właśnie te ogrody skłoniły mnie do wyruszenia do Goczałkowic, choć odnalazłam tu o wiele więcej miejsc wartych odwiedzenia.

czwartek, 31 marca 2016

Krystyna Bartłomiejczyk "Zawierucha w wielkim mieście"

 Tytuł: Zawierucha w wielkim mieście
Autor: Krystyna Bartłomiejczyk
Wydawnictwo: Prozami


„Uciec pociągiem od przyjaciół / Wrogów, rachunków, telefonów / Nie trzeba długo się namyślać / Wystarczy tylko wybiec z domu.” – śpiewała Maryla Rodowicz, a wraz z nią całe rzesze ludzi, którzy dokładnie tak samo pragnęliby postąpić. Wielu z nas marzy się rozpoczęcie nowego życia z dala od obecnych problemów, obowiązków, długów wdzięczności, ciekawskich sąsiadów czy fałszywej troski rodziny bądź przyjaciół. I choć rzadko realizujemy te marzenia o spektakularnej ucieczce, to w chwilach załamania karmimy się myślą, że jest to jakaś alternatywa.

Olga Zawierucha wcale nie chciała uciekać – w końcu miała to, o czym przeciętna mieszkanka Gorajek może tylko marzyć. Wspaniała praca w charakterze architekta krajobrazu, wspaniały chłopak, wspaniali rodzice, z którymi wciąż jeszcze mieszkała pod wspólnym dachem, to wszystko stanowiło codzienność dziewczyny. Tyle tylko, że pewnego dnia ta iluzja rozpada się jakby za dotknięciem różdżki złej czarownicy. Nie dość, że sympatyczny kolega z pracy okazuje się być podłym intrygantem, to jeszcze Olga traci pracę, a na dokładkę jej ukochany okazuje się być bawidamkiem, który porzuca kobiety w ciąży. Nic więc dziwnego, że dziewczyna traci zaufanie do reprezentantów płci męskiej i zaszywa się w domu rezygnując z wszelkiej aktywności. Sytuację zmienia dopiero list od jej siostry, która już od lat przebywa w Toronto i założyła tam rodzinę. Słowa o tęsknocie mobilizują Olgę do podjęcia decyzji o wyjeździe i tym samym Zawierucha wyrusza na spotkanie nie widzianej od siedemnastu lat Reny, nie spodziewając się nawet, że Kanada może wcale nie być gotowa na … zawieruchę.

O tym, w co wplącze się Olga w dalekim Toronto możecie przeczytać w zabawnej powieści Krystyny Bartłomiejczyk, która pomimo lekkości zawiera wiele cennych spostrzeżeń oraz daje nam nadzieję na odmianę losu. Po „Zawieruchę w wielkim mieście” sięgnąć powinni przede wszystkim czytelnicy pozbawieni poczucia humoru, albowiem zostaną na zawsze uleczeni ze smutku i czarnowidztwa, a także ci wszyscy, którzy poszukują niezobowiązującej zabawy i okładów z celnych ripost i typowo polskich powiedzeń. Ostrzegam jednak przed przystąpieniem do lektury bez odpowiedniego zapasu chusteczek - nie sposób powstrzymać bowiem łez wywołanych gwałtownymi salwami śmiechu.

Wyjazd Olgi do tytułowego Wielkiego Miasta nie ma w sobie nic z egzystowania Carrie Bradshaw na Upper East Side i jest prawdziwą katastrofą. Bohaterka trafia pod dach siostry, która jest dla niej właściwie obcą osobą oraz jej męża i nie dość, że nie potrafi znaleźć z nimi płaszczyzny porozumienia, to jeszcze zachowuje się niczym rozkapryszona nastolatka. Pewnym usprawiedliwieniem jest fakt, iż niespodziewanie odkrywa pewną rodzinną tajemnicę, która zmienia jej sposób postrzegania dotychczasowych wydarzeń. Stopniowo jednak przekonuje się, iż skrywany przez lata sekret nie przeszkadza jej dobrze bawić się w towarzystwie Reny, choć dobry humor znika, kiedy na horyzoncie pojawia się wredny samiec, czyli przystojny chirurg Alex, wyraźnie kokietujący Olgę. Dziewczyna da mu się jednak wielokrotnie we znaki, dysponuje bowiem samorodnym talentem do czynienia ludziom niezamierzonej krzywdy i do pakowania się w tarapaty. 

Zanim jednak Alex ma szansę uciec od Olgi gdzie pieprz rośnie, ta wyjeżdża wraz z siostrą do Montrealu. Tam, w domu Poli i Matta, przyjaciół Reny, narobi jeszcze większego zamieszania, wbijając (jak zwykle nieświadomie) klin w związek brata Poli, Andrzeja i jego partnerki o megalomańskich zapędach, Justyny zwanej Dżastiną. Błękitnooki przystojniak spotkany przed Ogrodem Chińskim, który został „ochrzczony” lodami Olgi, okazuje się architektem i jednocześnie bratem gospodyni, zaś bohaterka nie może się zdecydować, czy bardziej ją pociąga czy działa na nerwy. Również Andrzej ma w stosunku do Olgi mieszane uczucia, bowiem ta dziewczyna w bezkształtnych workowatych ciuchach, o pięknych oczach i jadowitym języku, szczera i prostolinijna okazuje się być prawdziwą przeciwwagą dla skoncentrowanej na sobie i wyrachowanej Justyny.

Jak zakończy się ta historia? Kto (mając na uwadze pecha Olgi oraz jej bójkę z Justyną) padnie jeszcze jej ofiarą? Czy bohaterka odnajdzie swoje miejsce na ziemi i jeśli tak, gdzie ono będzie? Na te wszystkie pytania odpowiedź znajdziemy w powieści „Zawierucha w wielkim mieście”, która jest niczym tchnienie świeżości, która swym urokiem wybudza nas z zimowego snu. Ogromny ładunek pozytywnych wibracji, nieskrępowanego humoru (nie przekraczającego jednak granic dobrego smaku), barwni bohaterowie – to wszystko otrzymujemy wraz z książką Bartłomiejczyk. Traci tu znaczenie nawet akcja, w której nie ma zbyt wielu momentów przełomowych, bowiem koncentrujemy się tylko i wyłącznie na słownych i sytuacyjnych żartach, przerywanych mądrościami wartymi zapamiętania. Zanim więc pogrążymy się w odmętach rozpaczy, rozważmy słowa ojca Olgi, według którego: „człowiek, który wciąż odgrzewa przeszłość, nie może być szczęśliwy. Nie mówiąc o tym, że nie zobaczy, co jest przed nim” i …otwórzmy się na zmiany. Otwórzmy się na … Zawieruchę!