Ten otwierający sklepy cynamonowe utwór jest wstępną charakterystyką rodzinnego miasta, bohatera narratora oraz jego najbliższych. Opowiadanie ma konwencję wspomnień z dzieciństwa, na które składają się trzy odrębne od siebie części, powiązane natomiast przez pierwszoosobowego narratora.
W pierwszej części opowiadania bohater wspomina sierpniowe wyjazdy ojca „do wód”, czas, kiedy bohater zostawał w domu z matką starszym bratem oraz służącą Adelą, zajmującą się zaopatrzeniem w żywność. Mieszkali wtedy w kamienicy na rynku, na pierwszym piętrze, zajmując duże, ale ciemne mieszkanie. Dni upływały mu na spacerach z matką po rynku w Drohobyczu, po sklepach, wyjściach do apteki.
Druga część opowiadania jest opisem Tłui, opóźnionej w rozwoju dziewczynki wegetującej w jednym z drohobyckich ogrodów, na dzikim wysypisku śmieci. „Na kupie śmieci i odpadków, starych garnków, pantofli, rumowiska i gruzu, stało zielone, malowane łóżko, podparte zamiast brakującej nogi dwiema starymi cegłami”. Otoczona przez kłębowisko much Tłuja godzinami przesiaduje na swym łóżku, raz drzemie, raz mówi coś półgłosem. Niekiedy z wściekłością zrywa się z niego i rzuca na pobliskie krzaki. Tłuja na tle bujnej roślinności zostaje przez narratora podniesiona do obrazu pogańskiego bożka. Dziewczyna symbolizuje istotę czystej biologii. Przedstawiona zostaje jako mająca zdolność do nieustannego odradzania się. Bohater wspomina także jej matkę Maryśkę, kobietę „żółtą jak szafran”, „bladą jak opłatek”, która pracowała przy szorowaniu podłóg u innych gospodyń.
Trzecia część Sierpnia przynosi opis dalszej rodziny bohatera - ciotki, Agaty, wuja Marka oraz ich dzieci. Ciotka Agata była „wielka i bujna, o mięsie okrągłym białym, cętkowanym rudą rdzą piegów”. Chłopcu wydawała się czystą esencją kobiecości, płodności; „była to płodność niemal samoródcza, kobiecość pozbawiona hamulców i chorobliwie wybujała”. Z kolei wuj Marek. „mały, zgarbiony, o twarzy wyjałowionej z płci”, sprawiał wrażenie człowieka zrezygnowanego, przegranego i pogodzonego z losem. Ich średnia córka Łucja. „o mięsie białym i delikatnym”, wchodziła właśnie w okres dojrzewania i co chwilę pokrywała się rumieńcem wstydu, ponieważ wydawało jej się, że każde pytanie jest aluzją do jej panieństwa. Bohater był jednak przede wszystkim zainteresowany kuzynem Emilem, który powrócił z dalekich, egzotycznych krajów. Jego życie naznaczone karcianym nałogiem, było ruiną i bankructwem. To właśnie Emil po raz pierwszy pokazał bohaterowi zdjęcia pornograficzne, co wywołało u chłopca nieznany do dotąd dreszcz „niejasnego wzburzenia”.
Nawiedzenie
Nawiedzenie otwiera opis domu bohatera. Narrator zwraca uwagę, że tego roku zima przyszła wyjątkowo wcześnie. Miasto jednak już wcześniej zatopiło się w typowo prowincjonalnej szarości. Ciemne domy były tak podobne do siebie, że nietrudno było się pomylić i zagubić w ich plątaninie. Mieszkanie rodziny bohatera także nie prezentowało się lepiej, ponieważ matka nie przykładała wagi do jego wyglądu, a Adela była po prostu niedbała. Bohater mieszkał w kamienicy położonej przy miejskim rynku, a więc w centrum Drohobycza. Na mieszkanie składało się wiele pokoi, z których część wynajmowano różnym lokatorom. We wspomnieniach chłopca dom jawi się jako nieskończony labirynt, w którym część pokoi stoi zapomniana. Raz na jakiś czas otwierano przypadkiem którąś z takich od lat nie używanych izb „i znajdowano ją pustą; lokator dawno się wyprowadził, a w nie tkniętych od miesięcy szufladach dokonywano niespodziewanych odkryć”. W pokojach na dole kamienicy mieszkali sklepowi subiekci zatrudniani przez ojca bohatera.
Druga część Nawiedzenia przynosi opis ojca pana Jakuba, który coraz poważniej podupadał już na zdrowiu. Coraz częściej zdarzały się dni, kiedy musiał zostawać w łóżku na całe dnie, zażywając różne lekarstwa. Nie oznaczało to jednak, że porzucił zainteresowanie sklepem. Cały czas kontrolował, co się działo na dole. Życzył sobie, aby przynoszono mu księgi handlowe, które uważnie przeglądał w pokoju. Niestety oznaczało to często również kłótnie z matką, której wyrzucał, że prowadzi rachunki w sposób niedbały i niedokładny. Źródłem jego cierpień bardziej niż ciało był jednak umysł. Bohater-narrator wyraźnie komentuje, że choroba miała charakter raczej psychiczny niż fizyczny, a ojciec coraz częściej zamykał się w sobie, nie dopuszczając nikogo do siebie. Narrator wspomina czające się w mieszkaniu karakany, które miały symbolizować niepokoje ojca, zagrożenia, z którymi walczył i jego trudne przeżycia. Starał się walczyć z nimi przez pracę, ale ostatecznie strategia ta nie przyniosła oczekiwanego rezultatu.
Niestety ojciec tłumił także wzbierającą w nim agresję, gniew, złość. Pewnej nocy, bohater wybudzony ze snu, usłyszał krzyki ojca. Okazało się, że ten rozmawia z Bogiem, a raczej kłóci się z nim, krzyczy na Stwórcę i zdaje się wzbraniać przed jakimiś nieznanymi żądaniami ze strony Najwyższego. Wygłaszający jakieś długie i namiętne tyrady ojciec kojarzy się bohaterowi ze starotestamentowym prorokiem, toczącym walkę z siłą znacznie od niego samego potężniejszą. Wspomnienia narratora to połączenie patetycznej wizji starotestamentowego proroka i codzienności ojca, wylewającego zawartość nocnika prosto w okno.
W końcu nadszedł czas wyciszenia. Miejsce gniewu i namiętności zajęły rezygnacja i przygnębienie. Ojciec znikał na całe dnie w zakamarkach mieszkania, potem pojawiał się jeszcze chudszy i mizerniejszy, coraz bardziej zapomniany przez domowników.
Ptaki
Akcja tej opowieści rozgrywa się zimą, w czasie dni pełnych nudy i przedwcześnie zapadających wieczorów. Ojciec nie wychodził już z domu i oddalał się od codziennego życia. Matka próbowała go zainteresować problemami sklepu, ale Jakub uciekał od rozmów na bieżące tematy, biegł w głąb mieszkania i tam z uchem przyłożonym do szpary w podłodze nadsłuchiwał. Ignorował żonę, natomiast coraz większym respektem darzył służącą Adelę, która pomału zyskiwała nad nim nieograniczoną władzę. Wystarczyło, że wykonywała zgiętym palcem ruchy przypominające łaskotanie, a ojciec uciekał w panice, by rzucić się na swoje łóżko i „wić się w konwulsjach śmiechu”. W tym czasie ojciec zaczął interesować się ptakami. Najpierw sprowadzał z Niemiec i Holandii ptasie jaja, które dawał do wysiadywania kurom. Początkowe zainteresowanie wkrótce przerodziło się w prawdziwą obsesję. Na strychu pan Jakub założył ptasią hodowlę i zaczął tam spędzać dnie i tygodnie. Urządzał „wesela ptasie”, krzyżował gatunki, w pewnym momencie sam zaczął zachowywać się jak jego ulubiony ptak - kondor. Kres tej pasji położyła Adela, która – wykorzystując okres generalnych porządków – uprzątnęła ze strychu ptaki, niszcząc królestwo ojca i detronizując „ptasiego” władcę.
Manekiny
Po tym brutalnym zakończeniu przygody z ptakami, ojciec znów zaczął gasnąć, przestał uczestniczyć w życiu rodzinnym i zamknął się w sobie. Ptasia przygoda ojca z punktu widzenia narratora była ogromną demonstracją siły fantazji, walką, jaką ojciec toczył o obecność poezji w życiu. Przy całej miłości do ojca Józio przyznawał jednak, że wszyscy domownicy byli bardzo wdzięczni Adeli za zakończenie tego kolejnego dziwactwa ojca. Brak kolorowych światów, do jakich dostęp dawały mu ptaki, sprawił jednak, że ojciec na nowo usunął się w cień.
Egzystował samotnie w pustym pokoju na końcu sieni, powoli zapominany przez wszystkich. Pojawiał się w innych pomieszczeniach rzadko, a pokój opuszczał właściwie jedynie wtedy, kiedy nie było w domu Adeli. W domu zrobiło się więc jeszcze bardziej pusto. Marazm do tej pory przełamywał hałas ptasiej gromady. Teraz nagle nawet i ten element zginął z małomiasteczkowego życia rodziny bohatera. Trudno było jednak odnieść wrażenie, że komuś to szczególnie przeszkadza. Wszyscy domownicy weszli bez zawahania w tę atmosferę wypełnioną lenistwem. Wyjątkiem była jedynie Adela, skupiona na wykonywaniu swoich codziennych zadań. Rano sprzątała, potem podawała do łóżek kawę, wreszcie do swojej pracy leniwie ruszali subiekci, a matka aż do południa zajmowała się swoją poranną toaletą. Gdy kończyła czesać włosy, na obiadową przerwę schodzili się subiekci. Obiad stawał się rytuałem, po którym dzień właściwie się już kończył, do zmierzchu zostawało bowiem parę godzin. Ten czas matka przesypiała na otomanie, Adela krzątała się w kuchni, natomiast w jadalni pojawiały się Polda i Paulina, „dziewczęta do szycia”. Przynosiły one ze sobą krawiecką kukłę i zabierały się do pracy, przycinając kawałki materiału, szyjąc na maszynie i przymierzając na manekinie gotowe Patrzył na nie z ogromnym zainteresowaniem, były dla niego zjawiskiem, którego nie rozumiał, a które domagało się opisu. Zaczął więc od tamtej pory z nimi przesiadywać. Snuł przy nich swoje wywody, czym rozpraszał jednostajny, nudny jeszcze do niedawna czas pracy. Nie trzeba było długo czekać, aby dziewczyny zostały uwiedzione przemożną osobowością ojca.
Ojciec również nie ukrywał swojej fascynacji kobietami, klęczał wręcz przed Pauliną, studiując piękno formy jej nadgarstka. Przedstawiał się kobietom jako entuzjasta formy. Niestety ponownie niszczycielką ojcowskich fantazji okazała się Adela, która dostrzegłszy klęczącego ojca, dała mu prztyczek w nos. Był to gest sygnalizujący konieczność natychmiastowego powrotu do realności. Tym razem jednak ojciec nie poddał się do końca. Zaczął wygłaszać improwizowane przemówienia, popisy oratorskie, które dać miały wyraz jego doktrynie na temat manekinów.
Traktat o manekinach albo wtóra księga rodzaju
Traktat o manekinach. Ciąg dalszy
Traktat o manekinach. Dokończenie
Trzyczęściowy traktat wygłoszony przez ojca w obecności dwóch dziewcząt do szycia, jest prezentacją poglądów bohatera na kwestię postępującego we współczesnym świecie procesu dehumanizacji człowieka, sprowadzenia jednostki ludzkiej do rangi kukły, tytułowego manekina. Traktat jest trzyczęściowym wykładem, jaki wygłasza ojciec przed audytorium złożonym z Adeli, Poldy i Pauliny oraz kukły krawieckiej. Pierwsza część opatrzona została podtytułem Wtóra Księga Rodzaju, co jest odwołaniem do zawierającej biblijny opis stworzenia świata Księgi Genesis. Zostaje tu przedstawiony nowy porządek wszechrzeczy, nowe dzieło stworzenia. „Słowem (...) chcemy stworzyć po raz drugi człowieka na obraz i podobieństwo manekina”.
Ojciec uznawał, że pierwszym stworzycielem był Demiurgos, który nie zdołał zachować wyłącznie dla siebie prawa tworzenia. Zdaniem ojca prawo kreacji miała każda istota uduchowiona. Ojciec był przekonany, że każda materia ma zdolność do przechodzenia w różne formy. Czeka właściwie jedynie na sprawczą moc człowieka, który jako kreator może nadawać jej różne kształty. Cechuje ją więc uległość wobec ludzkiej woli. To przekształcenie jest zaś konieczne.
Jakub uznawał, że nawet materia nie jest do końca martwa, ponieważ posiada – choć niewykorzystywane w danym momencie, ale potencjalne – możliwości stworzenia form, które przypominałyby organizmy żywe. Oczywiście nie oznaczało to, że te formy będą istotami, ale do złudzenia mogą je przypominać. Ojciec dla siebie widział jednak inną misję. Chciał być wtórnym demiurgiem, a więc tworzyć formy niestabilne, ulotne, chwilowe, spełniające – podobnie jak manekiny – tylko jedno zadanie. W wizji ojca powstawaliby więc ludzie wyposażeni np. tylko w te kończyny, które były im niezbędne do przypisanego im, jednorazowego zadania. Tym razem to więc człowiek miał być stworzony na podobieństwo manekina, a nie odwrotnie. Manekiny stają się dla ojca symbolami ludzkiego cierpienia – materii, „która nie wie, kim jest i po co jest, dokąd prowadzi ten gest, który jej raz na zawsze nadano”. Tak jak manekiny ludzie tez tkwią w narzuconej im formie, zawsze fragmentarycznej i niepełnej, zawsze naznaczonej bólem istnienia. Istotą Traktatu jest proces redukcji osobowości, jaki ojciec zauważa we współczesnym świecie, w którym człowieczeństwo przestaje być czymś istotnym, wyjątkowym, cudownym.
Była to ojcowska obrona ludzkiego aktu twórczego, który nie miał być naśladownictwem, ale prawdziwą kreacją. Sztuka jego zdaniem nie powinna mieć bowiem ambicji naśladowczych. Nie mamy dostępu do boskich aktów kreacji, trzeba więc podążać własnymi drogami. Manekiny dla ojca były podobne do kobiet. Zdanie to wzbudziło pobłażliwe spojrzenia dziewcząt, które uznały tezy ojca za wytwór jego chorej wyobraźni.
Ojciec był pochłonięty przemówieniem, trwało to jednak wyłącznie do momentu, kiedy Adela nie wysunęła spod materiału sukni swojej stopy odzianej w jedwabną, czarną pończochę. Kiedy tylko ojciec dostrzegł ten gest – zamilkł, zaczerwienił się, a wzrok utkwił w stopie. Zachowanie Adeli sprawiło, że ojciec z sekundy na sekundę stracił całą energię, wyrazistość i zapał, z którym jeszcze przed chwilą przemawiał. Usiadł sztywno, potem podniósł się w bardzo pokornej postawie, oczy miał spuszczone. Po chwili postąpił do przodu i upadł na kolana.
Kolejny wieczór oznaczał dalszą część przemowy ojca. Tego dnia przemowa rozpoczęła się od lamentu nad losem materii przepełnionej cierpieniem.
Ojciec był przekonany, że forma sprawia, że byt zyskuje status uduchowiony, a jednocześnie zyskuje własny świat przeżyć i doznań. Zdaniem ojca ból miała wywoływać w materii nieświadomość własnej istoty. Ten brak świadomości wynikał zdaniem ojca z tego, że człowiek może zrobić z materią wszystko, a ona nie może ani uświadomić sobie własnej postaci, ani też pozbyć się narzuconych jej z zewnątrz przez człowieka kształtów. Ojciec posłużył się tutaj przykładem materii, z której człowiek czyni maskę błazeńską lub wykrzywioną bólem, na którą patrząc, śmieje się z własnego dzieła. Materia jest bierna w takiej sytuacji, niezdolna do działania, a jednocześnie cierpiąca. Ojca wzruszyła myśl o uwięzionym wewnętrznym głosie materii. Uznawał, że podobnie jest w przypadku tłumu, który nie zna siebie i nawet nie zdaje sobie sprawy, że jest jakąś postacią gnębionej materii. Do tego tłumu ojciec zaliczał również swoje słuchaczki.
W tym momencie ojciec jednak, podobnie jak dzień wcześniej, zamilkł. Jego twarz była pełna emocji. Przypominał tym samym zatrzymany w ruchu półautomat. Adela podeszła do niego, ręce miała założone na biodrach. Zwróciła się do ojca, wydając bardzo dobitne polecenie. Szwaczki natychmiast spuściły oczy. Wszyscy byli jak odrętwiali, oprócz Adeli.
Jeden z kolejnych wieczorów ojciec obrał na wznowienie swojego wywodu. Tym razem wykład dotyczył opisu pewnych form materii. Ojca interesowały formy uzyskane w procesie zawieszenia koloidów w roztworach soli kuchennej. Uznawał on, że formy te mogą imitować prymitywne zwierzęta. Nie chodziło tutaj jednak o samą powłokę i zewnętrzne podobieństwo, co możliwość podjęcia podstawowych funkcji życiowych, takich jak ruch czy oddychanie. Zdaniem ojca nie brakowało także bardziej rozbudowanych form, które mogły przyjmować wygląd podobny do wnętrz domów, starych pomieszczeń wypełnianych – w optyce ojca – uczuciami, wrażeniami, marzeniami ludzi, którzy kiedyś w nich żyli. Wywód przyjmował coraz ciekawszy kierunek. Jakub był bowiem przekonany, że meble i sprzęty przesiąkają emocjami domowników. Na poparcie swojej tezy przytoczył przykład, kiedy to jemu zdarzyło się w jednym z opuszczonych pokoi dostrzec drzewa, które ubrane były w pełnię barw fantazyjnych, rozkwitających na nich kwiatów. Już przed zmrokiem tych drzew już jednak nie było. Wszystkie te przykłady były dowodem na wielką fascynację ojca tworami bezkształtnymi, które nie przypomniały form znanych z codziennego życia, a były zdecydowanie bliższe niższym formom fauny. „Pseudofauna i flora” mogły bowiem jego zdaniem twórczo uruchamiać wyobraźnię i inspirować dalsze akty kreacji.
Kolejny wątek, jaki podjął Jakub, dotyczył prymitywnych plemion, które w ramach jednego ze swoich zwyczajów balsamowały zwłoki zmarłych, czyniąc z nich dekoracje umieszczane w domach. W końcu ojciec doszedł do opisu swojego brata, który miał w wyniku długiej choroby zamienić się w „zwój kiszek gumowych”. Obrazy robiły się coraz bardziej przerażające, makabryczne i obrzydliwe. To wszystko stało się trudne do zniesienia przez słuchaczki. Po raz kolejny zainterweniowała więc Adela, która podeszła do ojca i palcem wykonała gest przypominający łaskotanie. Ojciec bardzo się go bał, więc natychmiast wręcz zaczął się wycofywać z pokoju, a Adela podążała za nim, wyprowadzając go tym samym z pomieszczenia.
Nemrod
Tytułowy Nemrod to mały pies, który pewnego dnia pojawił się w domu bohatera za sprawą starej pomywaczki. Przyniosła go do domu, ale potem zarówno ona, jak i nikt inny na nowego lokatora nie zwracał szczególnej uwagi. Poza bohaterem, który jako chłopiec bardzo żywo zainteresował się pieskiem i pokochał szczeniaka. Na zabawach z nim spędził cały miesiąc, obserwując codzienne borykanie się pieska z otaczającym go, tajemniczym światem. Nemrod poznawał dom, nowe zapachy, kształty, przedmioty i wrażenia, które atakowały jego zmysły. Dla małego psiaka zwykła czynność szorowania podłogi przez Adelę urastała do rangi kataklizmu, na który reagował gwałtownym szczekaniem. Narrator był przekonany, że piesek i jego zachowanie to przykład na niezdolność zapełnienia pustki życia, a świat – zupełnie dla zwierzaka nowy – na początku budzi awersję i zniechęcenie, z czasem jednak prowokuje do podjęcia eksperymentu i wyzwania życia.
Chłopiec z ciekawością obserwuje, jak do życia budzi się nowa forma, a Nemrod powoli odkrywa w sobie instynkt, pamięć pokoleń i coraz lepiej radzi sobie z otaczającą go nową rzeczywistości. chętnie poznawał otoczenie. Nemrod podczas swoich zabaw – zdaniem narratora – odkrył, że to, co wydawało się nowe, gdzieś już istniało wcześniej. Było bowiem zakodowane gdzieś w psychice i przypisane jako określona forma zachowania w danej sytuacji. Tak było między innymi ze szczekaniem. Wcześniej Nemrod w ogóle go nie używał, a nagle, kiedy potrzebował wyrazić swoje oburzenie i nienawiść, pojawiło się naturalnie. Całą swoją istotą – prawie jak ojciec – zareagował na otaczający go świat. Obiektem, który wywołał ów głos, była karakon poruszający się po podłodze w kuchni.
Pan
W trakcie jednego ze swoich spacerów po podwórku, chłopiec trafił na drewniany parkan znajdujący się pomiędzy komorą, wychodkiem i tylną ścianą kurnika. Parkan oddzielał doskonale znany mu już obszar podwórka od tajemniczego zaniedbanego ogrodu. Jedna z desek ogrodzenia przegniła i obluzowała się, teraz wystarczyło ją tylko wyważyć i już droga do nowego, nieznanego świata była otwarta. Narrator wspomina, jak bardzo lubił tam chodzić. Szczególnie latem, kiedy z nieba lał się żar i można było spędzać czas, ganiając za motylami. Podczas jednego z takich właśnie dni bohater w pogoni za motylem zabrnął w gęstwinę porośniętą łopianem. W tymże łopianie w kucki siedział mężczyzna, brudny włóczęga, który załatwiał potrzebę fizjologiczną. Jego nabrzmiała z wysiłku twarz, na której w pewnym momencie pojawił się wyraz niewysłowionej ulgi, skojarzyła się bohaterowi z Panem, mitologicznym bóstwem pasterzy i stad, człowiekiem z kopytami, rogami i uszami kozła, wcieleniem czystej witalności i lubieżności. Okazuje się jednak, że mitologia nie wytrzymała kontaktu z pospolitością opisywanej sytuacji. Narrator uważa, że do takich dziwnych przecięć dochodzi, kiedy czas wychodzi z ram.
Pan Karol
Opowiadanie koncentruje się na postaci wuja bohatera, tytułowego Pana Karol. Wuj Karol ukazany tu został nie jako żywa istota ludzka, ale jako pozbawiona cech człowieczeństwa lalka. W czasie wakacji wuj został „słomianym wdowcem”, bowiem żona i dzieci wyjechali na wczasy. Pan Karol wykorzystał sytuację do licznych hulanek i alkoholowych ekscesów, po których wracał do domu zmęczony. Spał długo i ciężko do późnej przedpołudnia, dochodząc do siebie po libacjach. Potem leżał nieruchomo, przypominając kukłę bardziej, niż człowieka. Jego mieszkanie zdawało się być mu wrogie, a pan Karol czuł się w nim obco.
Kiedy budził się kolejnego dnia, nachodziły go różnego rodzaju przemyślenia dotyczące tego, co miało go czekać. Wuj był człowiekiem po trzydziestce, który czuł, że stoi przed nim jakaś groźna przyszłość, natomiast nie potrafił jej do końca nazwać. Kalkulował ją, przeliczał, ale z pewnością się jej nie bał. Po tych powolnych przedpołudniowych rozmyślaniach przechodził po prostu do codziennej toalety, ubierał się, przygotowywał do kolejnego wyjścia. Wychodząc z domu, miał wrażenie, że domowe sprzęty patrzą na niego z dezaprobatą. Życie mężczyzny było niczym więcej jak wegetacją, odwróceniem się od prawdziwego losu, który gdzieś na niego czekał.
Sklepy cynamonowe
Akcja „Sklepów cynamonowych” umiejscowiona jest w środku zimy. Ojciec narratora cały czas przebywał w świecie, do którego żaden z domowników na dobrą sprawę nie miał żadnego wstępu. Nie oznaczało to jednak, że ojciec był zupełnie nieobecny. Wręcz przeciwnie – miał wyczulony zmysł węchu i słuchu. To sprawiało, że szczególnie nocami, bardzo uważnie śledził wszelkie odgłosy, zapachy, szelesty, które wydawał z siebie stary dom. Matka nie była gotowa, aby zaakceptować tę stronę osobowości ojca, próbowała go więc za wszelką cenę oderwać od tej „innej” rzeczywistości, tajemnicy, której chciał poszukiwać w domu. Wyciągała go więc na wieczorne spacery. Pewnego dnia wpadła zaś nawet na pomysł, aby pójść wspólnie do teatru. Kiedy rodzina dotarła na miejsce, okazało się jednak, że ojciec nie wziął z domu portfela z pieniędzmi i dokumentami. Bohater-narrator został więc wysłany z powrotem, aby jak najszybciej przynieść potrzebne pieniądze. Liczono, że jest on w stanie zdążyć pokonać trasę przed rozpoczęciem spektaklu.
Chłopak jednak zamiast kierować się prosto do domu, a potem ponownie do teatru, dał się pokierować własnej fantazji. Zaprowadziła go ona w zupełnie inne miejsca niż dom. Zboczył z drogi, przypominając sobie o sklepach cynamonowych, które w zimową noc kusiły jeszcze bardziej. To właśnie w tych magazynach można było bowiem oglądać i najrozmaitsze egzotyczne towary. Pada tu wyjaśnienie nazwy sklepików cynamonowych, które były w istocie małymi sklepikami prowadzonymi przez „starych i pełnych godności kupców, którzy obsługiwali klientów ze spuszczonymi oczyma, w dyskretnym milczeniu, i pełni byli mądrości i wyrozumienia dla ich najtajniejszych życzeń”. W tych sklepach można było kupić praktycznie wszystko, m.in. „ognie bengalskie, szkatułki czarodziejskie, marki krajów dawno zaginionych”. Były tutaj także przeróżne sprzęty, nie brakowało albumów i książek, słowem – było wszystko, co potrzebne dziecięcej fantazji. Ich nazwę wymyślił sam bohater, bowiem boazerię sklepów były według niego koloru cynamonowego. Chłopiec, chcąc choć na chwilę zajrzeć do tych sklepów, wszedł w gąszcz miejskich uliczek. Niestety pobłądził i szybko zorientował się, że zamiast stanąć pod sklepami cynamonowymi, dotarł pod budynek, którego tylna ściana przypominała miejscowe gimnazjum. Wywołuje to w nim falę wspomnień i chłopiec natychmiast przypomniał sobie lekcje rysunku, w których uczestniczył. Razem z innymi chłopcami chodził wieczorami do profesora Arendta. Nie wszyscy byli zaangażowani w pracę – część chłopów spała podczas zajęć, ale byli także i tacy, którzy przy świecach próbowali uczyć się grafiki. Nie chodziło jednak wyłącznie o naukę technicznych umiejętności. U profesora można było zobaczyć dawne ryciny, które prezentowały ciekawe krajobrazy. Kiedy pojawił się w okolicy, bohater miał więc ogromną chęć wejść do pracowni rysunku. Ruszył więc w stronę ciemnego i cichego budynku. Przemierzał ciemne korytarze, aż dotarł do sal, które – według niego – należały do dyrektora gimnazjum. Mieszkanie dyrektora zawsze go interesowało, podziwiał więc teraz piękno tej przestrzeni, po czym wyszedł z budynku na ulicę i wsiadł do stojącej dorożki. Rozpoczyna się nocna jazda po mieście. Woźnica, zachęcony przez swoich kolegów spod pobliskiego szynku, przekazuje bohaterowi lejce, a sam idzie do znajomych. Teraz dorożkę prowadzi koń, chłopiec trzyma tylko lejce i patrzy, gdzie zawiezie go ten przewodnik. W ten sposób trafia poza miasto, najpierw widzi tajemnicze nocne ogrody, potem ogrody zmieniły się w parki, a następnie lasy. Krajobraz wokół dynamicznie się zmieniał, a bohater podziwiał piękno otaczającej go przyrody. W końcu jednak droga zaczęła być coraz bardziej stroma, a koń grzęznął w sporych zaspach. W końcu zwierzę się zatrzymało dysząc ciężko. Chłopiec przytula się do niego i wtedy na jego brzuchu dostrzega okrągłą czarną ranę. Pyta konia: „Dlaczego mi nie powiedziałeś?”, zaś koń odpowiada mu ludzkim głosem: „Drogi mój – to dla ciebie”. Sekundę później koń zaczął dynamicznie maleć, aż w końcu osiągnął rozmiar drewnianego konika, na którym bawią się dzieci. Bohater, niewiele myśląc, ruszył z powrotem ku miastu. Droga wiedzie z górki, szybki marsz wkrótce przemienia się w jazdę – jak na nartach. Tak dociera aż na miejski rynek. Widzi ludzi, którzy właśnie podziwiali wyjątkowy wieczorny spektakl nocy, która była niby zimowa, a jednak bardzo przyjazna i ciepła. Chłopiec zdawał się zupełnie nie myśleć o tym, że rodzina cały czas na niego czeka i powinien jak najszybciej wrócić do teatru. Po drodze spotkał swoich kolegów, którzy już ruszyli do szkoły, mimo że było zdecydowanie za wcześnie. Obudziła ich jasność nocy. Chłopiec, niewiele myśląc, zamiast wracać do domu, ruszył na kolejny spacer ulicami Drohobycza, tym razem w towarzystwie kolegów.
Ulica Krokodyli
Ulica Krokodyli stała się dla Drohobycza symbolem nowego świata i postępu cywilizacyjnego oraz technicznego, jaki stał się udziałem tego prowincjonalnego miasteczka w pierwszych latach XX wieku. Ulica Krokodyli kontrastowała ze starym miastem, gdzie „panował jeszcze nocny, pokątny handel, pełen solennej ceremonialności”. Tymczasem w nowej dzielnicy pojawiały się od razu „Nowoczesne, trzeźwe formy komercjalizmu”, a na każdym kroku można było dostrzec pretensję do wielkiego świata, obcojęzyczne napisy i tanią elegancję. Nawet usłużność subiektów i panien sklepowych naznaczona była fałszem i wewnętrzną pustką. Sklepy i magazyny zdawały się nie mieć końca. Były to wielkie, wielobranżowe przedsiębiorstwa, w których przechodziło się z działu konfekcji do księgarni pełnej „wysoce dwuznacznych wydawnictw i druków prywatnych”.
Zabieganie, wszędobylska szarość, zamęt, brak poczucia sensu wyróżniały życie w tej części miasta. Najlepszym tego przykładem była komunikacja. Tutaj dorożki pędziły przez ulicę bez dowodzących nimi dorożkarzy, którzy w tym samym czasie skupieni byli na załatwianiu swoich prywatnych spraw. Dorożki prowadzili więc sami, niekoniecznie do tego przygotowani, pasażerowie. W tramwajach z kolei często brakowało przedniej ściany. To jednak było jeszcze nic w porównaniu z koleją: pociągi przyjeżdżały z niespodziewanego przez nikogo kierunku, stawały na środku ulicy zamieniającej się tym samym w dworzec kolejowy, a następnie – mimo że wielu pasażerów nie pokonało problemów ze zdobyciem biletów – odjeżdżały. Zdawało się, że rządził tu chaos.
Można było odnieść wrażenie, że wszystko tutaj zawisa w powietrzu. Dotyczyło to także atmosfery rozwiązłości unoszącej się nad tą częścią miasta. Kobiety, które poruszały się po ulicy Krokodyli, miały w sobie coś z prostytutek. Była to opinia, która dotyczyła właściwie wszystkich mieszkanek tej okolicy. Nawet jednak i to zepsucie było jedynie słabym, niepełnym, nieprzekonującym naśladowaniem tej wielkiej, prawdziwej, nowoczesnej rozpusty. Największą wadą ulicy Krokodyli jest jednak – według narratora – jałowość życia, bowiem nic tu nie dochodzi do skutku. Żadne zamierzenie nie jest w pełni realizowane, żaden cel nie zostaje osiągnięty do końca.
Karakony
Jest to kolejna opowieść o postępującym procesie wyalienowania ojca z otaczającego go świata, którego reguł i nowoczesności nie chciał i nie potrafił zaakceptować. Pogrążony w depresji usunął się z życia codziennego do tego stopnia, że bohater w pewnym momencie stwierdza: „ojca już wtedy nie było”. Chłopiec podejrzewa, że ojciec przemienił się w kondora – wypchanego ptaka stojącego na jednej nodze na półce w salonie. W czasie rozmowy z matką, której zarzuca cyniczne przejście do porządku dziennego nad stratą męża, pojawia się nowa koncepcja dotycząca zniknięcia pana domu. Matka sugeruje, że ojciec zamienił się w karakona w czasie inwazji tych owadów na dom. Chłopiec przypomina sobie, jak pan Jakub w pewnym momencie zaczął poruszać się, jak karakon „wieloczłonowym, skomplikowanym ruchem”. Na typ etapie wszyscy domownicy właściwie wyrzekli się ojca. Zaczął on się wtedy ukrywać w różnych częściach mieszkania. Upodabniał się tym samym jeszcze bardziej do śledzonych owadów. Czyżby zatem to była prawda i ojciec stał się owadem? Zdezorientowany bohater utrzymuje jednak, że pan Jakub to wypchany kondor. Wtedy matka ze znużeniem tłumaczy mu, że ojciec jest komiwojażerem i czasami wraca do domu późną nocą, by przed świtem ruszyć do dalszej pracy.
Wichura
Akcja tej historii rozgrywa się w czasie zimy, która opanowała Drohobycz. Miasto ogarnęła ciemność, co było wynikiem nie tylko pory roku, ale także bałaganu na strychach i w rupieciarniach. Bohater-narrator opisuje naczynia i rupiecie znajdujące się na tych strychach. Nadaje im jednak cech ludzkich. Przekonuje, że zalewają one miasta rzeką brudu i hałasu. Ich zgiełk miał zdaniem bohatera prowokować nadejście zimowej wichury trwającej trzy dni. Sama wichura opisywana jest niczym starotestamentowa katastrofa, co dodatkowo sprzyja uwzniośleniu obrazu. Kiedy rozpętała się wichura, matka zdecydowała, że bohater nie pójdzie do szkoły. Pozostanie w domu nie oznaczało jednak wyłącznie wygodnego spędzenia czasu. Wiatr wiał tak mocno, że nie dało się rozpalić w piecu. Oznaczało to zaś, że nie dało się ugotować obiadu. W mieszkaniu rozbiło się także z każdą godziną coraz zimniej. Kiedy domownicy siedzieli zgromadzeni w kuchni zorientowali się, że nie ma z nimi ojca. Wreszcie przypomniano sobie, że wczesnym rankiem wyszedł on do sklepu i musiał zostać w nim, odcięty przez wichurę. Jeden z subiektów, Teodor, podjął się zaniesienia ojcu obiadu, podejrzewano bowiem, że nie miał on od rana nic w ustach. Towarzyszył mu brat narratora. Ich wyprawa do ojca nie zakończyła się jednak powodzeniem. Wrócili oni po kwadransie, opowiadając o szalejącej zamieci, w której zmylili drogę i nie trafili do sklepu. Matka podejrzewała, że w rzeczywistości nigdzie nie poszli, tylko przez cały czas stali pod oknem, wcale nie oddalając się od domu. Bohater uważa jednak, że nie kłamią, a miasta i rynku wcale już nie ma – zostały zmiecione przez wichurę.
W mieszkaniu w tym czasie zaczęli się pojawiać kolejni, dość licznie wchodzący goście, różni znajomi i sąsiedzi. Wszyscy nagle jakby w ogóle zapomnieli o wichurze. Adela była z kolei zajęta tłuczeniem cynamonu. Wśród gości jest też ciotka Perazja, która zajęła się próbą ponownego rozpalenia ognia w piecu, co wreszcie się powiodło. Dzięki temu Adela mogła opiec w nim koguta z pierza. Według bohatera ten oskubany kogut trzepotał jednak jeszcze skrzydłami w piecu, aż zaczął się zupełnie palić.
Nagle Perazja niespodziewanie dostaje ataku wściekłości. Klnąc i złorzecząc Adeli i matce, zaczyna się dynamicznie kurczyć i maleć. W końcu była już na tyle mała, że poszła do kuchni, gdzie z drzazg zrobiła sobie szczudła, aby było ją lepiej widać. Ostatecznie jej metamorfoza doprowadziła do obrócenia się w proch i zniknięcia.
Noc wielkiego sezonu
Ostatnie opowiadanie rozgrywa się w dziwnym czasie, nie mieszczącym się w tradycyjnym kalendarzu, „trzynastym, fałszywym miesiącu”. Kończył się sierpień, ale jesień nie zaczęła się jeszcze, lato trwa, jakby natura zapomniała o konieczności zmian.
Ojciec bohatera znów coraz więcej czasu spędza w sklepie, prowadząc rachunki i skomplikowane obliczenia. Przeczuwał nadchodzącą jesień, czas „wielkiego sezonu”. Ludzie poruszali się po ulicach „ożywieni jakimś wewnętrznym ogniem”, a wszędzie czuć było dziwne podniecenie, Jednak coraz szybciej zapadający zmrok sprawiał, że miasto pustoszało i wchodziło się nagle w mrok nocy.
Zniknęli gdzieś subiekci i pan Jakub został sam, „w trwodze przed tłumami, które wnet miały zalać ciszę sklepu plądrującą hałaśliwą rzeszą i rozebrać między siebie, rozlicytować całą tę bogatą jesień”.
Pewnego dnia o świcie do domu przyleciały ptaki, potomstwo niegdyś wygnanych przez Adelę. Były wśród nich „ptaki dwugłowe, ptaki wieloskrzydłe, były też i kaleki, kulejące w powietrzu”. Niektóre z nich leciały na wznak upierzone fantastycznie, niczym rajskie ptaki, inne zrobione były z papieru. Wszystkie były ślepe. Ojciec przywitał je z ogromnym wzruszeniem, przyzywał zaklęciami, wabił. One jednak go nie słyszały, ani go nie widziały, W pewnym momencie bezmyślne dzieci zaczęły rzucać w ptaki kamieniami, postrącały je z nieba i pozabijały.
Ojciec wrócił do pustego sklepu. Tymczasem ze snu budzili się subiekci. Nastał normalny poranek, a Adela przygotowała kawę.
*Pamiętaj, że streszczenie jest tylko formą powtórzenia. Nie zastąpi lektury książki"

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz