Cały reportaż „Zdążyć przed Panem Bogiem” składa się z 15 nienumerowanych fragmentów, które są zapisem trwających prawie trzy miesiące rozmów, jakie pisarka przeprowadziła z lekarzem, doktorem Markiem Edelmanem, jedynym ocalałym przywódcom powstania warszawskiego w getcie, jednym z zastępców Mordechaja Anielewicza, głównego komendanta Żydowskiej Organizacji Bojowej.
Książkę rozpoczyna rozmowa z Markiem Edelmanem, jednym z najważniejszych przywódców powstania w getcie warszawskim. Edelman relacjonuje powstanie, tłumaczy swoją rolę i zadania. Wspomina datę 19 kwietnia 1943 roku, a więc dzień wybuchu powstania w getcie warszawskim. Z jego narracji wynika, że obudziły go strzały, ale było zimno, strzelali daleko i nie chciało mu się wstawać i ubrał się dopiero o dwunastej. Jednym z powstańców był chłopak, który z aryjskiej strony dostarczał broń. Wybuch powstania uniemożliwił mu powrót. Zdając sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie umrze, poprosił Edelmana, aby ten po wojnie odnalazł jego córkę, która obecnie przebywa w klasztorze w Zamościu i zajął się nią.
Edelman wspomina teren walk – tak zwane getto fabryki szczotek (ulice Franciszkańska, Świętojerska, Bonifraterska), rekonstruuje starcie przy słynnej bramie fabryki, która była zaminowana i w wyniku wybuchu zginęło „chyba ze stu” Niemców. Dodaje jednak, że coraz mniej rzeczy już pamięta. Edelman tłumaczy także, że data wybuchu powstania była podyktowana planami Niemców, związanymi z likwidacją getta. Dzień wcześniej u Mordechaja Anielewicza zebrała się ich piątka, cały sztab, i to właśnie Anielewicz został wybrany na przywódcę. Był to chłopak ambitny i zdolny, oczytany i pełen wigoru. Przed wojną mieszkał na Solcu, jego matka sprzedawała ryby. Okazuje się jednak, że nie udźwignął ogromu zła. Mimo młodzieńczego zapału nigdy wcześniej nie widział „akcji”. Załamanie przyszło po informacji o spaleniu przez Niemców jednego chłopaka. 8 maja Anielewicz zabił siebie i Mirę – swoją dziewczynę na ulicy Miłej, gdzie doszło do zbiorowego samobójstwa. Jurek Wilner krzyknął „Zgińmy razem”. Lutek Rotblat zastrzelił swoją matkę i siostrę, a potem już wszyscy zaczęli strzelać. Kiedy Edelman się tam z kolegami przedarł, znaleźli jedynie kilku żywych, a osiemdziesięciu popełniło samobójstwo. Później im powiedziano: „Tak właśnie powinno się było stać (...). Zginął naród, zginęli jego żołnierze”. Była z nimi dziewczyna, Ruth, która siedem razy strzelała do siebie, zanim trafiła. Edelman stwierdza, że zmarnowała im sześć naboi. W tym miejscu jest teraz skwer, kopiec, kamień i napis.
Edelman przejmuje dowodzenie po Anielewiczu, dowodzi już tylko 40 osobami – żołnierzami z Żydowskiej Organizacji Bojowej (ŻOB). Edelman mówi o dyscyplinie, determinacji. Wskazuje na znaczenie muru getta, mówi że sięgał on do pierwszego piętra i już z drugiego było widać ludzi po aryjskiej stronie, karuzelę, muzykę. Wspomina, że strasznie się bali, że ta muzyka zagłuszy ich i ludzie po drugiej stronie niczego nie zauważą – ani walki, ani poległych. Edelman mówi, że był wówczas gońcem w szpitalu i miał stać przy bramie na Umschlagplatzu i wyprowadzać chorych. Jego ludzie wyławiali tych, których należało uratować, a on ich jako chorych wyprowadzał. Był w tym bezwzględny. Kiedy jakaś kobieta błagała go, żeby wyprowadził jej czternastoletnią córkę, on wybrał Zosię, bo była ich łączniczką. Edelman mówi też o tzw. „numerkach życia” , tj. karteczkach z numerkami, rozdawanych przez Niemców. Tym, którzy otrzymali te numerki, Niemcy obiecali przetrwanie. Całe getto miało wówczas jeden cel – zdobyć numerek. Okazało się jednak, że w końcu Niemcy przyszli i po tych z numerkami. Pewnego razu ogłoszono, że do życia mają prawo pracownicy fabryk, w których potrzebowano maszyn do szycia. Ludziom wydawało się, że maszyny uratują im życie i płacili za nie każde pieniądze. Ale później Niemcy przyszli i po tych z maszynami. Wreszcie ogłoszono, że dają po 3 kilogramy chleba i marmoladę wszystkim, którzy się zgłoszą na roboty i ludzie sami chętnie szli po chleb, a później wsiadali do wagonów jadących do Treblinki. Edelman wiedział jednak, co się dzieje z transportami. W 1942 roku poznał kolegę, Zygmunta, który pojechał z kolejarzami z Dworca Gdańskiego. W Sokołowie wyjaśnili mu, że linia się rozdwaja, jedna bocznica idzie do Treblinki, codziennie jedzie tam załadowany pociąg, ale nie dowozi się jedzenia. Zygmunt wrócił do getta, powstał artykuł na ten temat, ale ludzie nie uwierzyli. Tymczasem taka akcja trwała od 22 lipca do 8 września 1942 roku, sześć tygodni. Edelman mówi również o szpitalu, który mieścił się w szkole zawodowej. Został on zlikwidowany 8 września, ostatniego dnia akcji. Na górze znajdowało się kilka sal z dziećmi, jednak kiedy Niemcy weszli na parter, lekarka zdążyła podać im już truciznę, ratując je od komory gazowej. W szpitalu chorzy leżeli na podłodze czekając na załadunek do wagonów, a pielęgniarki wyszukiwały w tłumie swoich bliskich, by podać im truciznę. Edelman mówi również o swoim żalu do Adama Czerniakowa, o to, że popełnił samobójstwo, zamiast umrzeć „z fajerwerkiem”, „(...)wezwawszy przedtem ludzi do walki”. Edelman i walczący wiedzieli bowiem, że trzeba umierać publicznie, na oczach świata. Mieli na to różne pomysły, m.in. rzucić się na mury czy podpalić getto. Większość była jednak za powstaniem, bo przecież „Ludzkość umówiła się, że umieranie z bronią jest piękniejsze niż bez broni”. W tej rozmowie Edelman pokazuje ogrom śmierci, cierpienia, bólu, na które spora część mieszkańców Warszawy była po prostu obojętna.
Edelman tłumaczy się z wcześniejszego wywiadu z Krall – „Wyznanie ostatniego dowódcy getta warszawskiego”. Mówi o bardzo różnym odbiorze tego tekstu, w którym opowiedział m.in. o tym, jak Anielewicz w młodości malował rybom skrzela na czerwono, żeby wyglądały na bardziej świeże i lepiej się sprzedawały na Solcu Za to i podobne wspomnienia Edelman był krytykowany, bo według odbiorców odzierał wszystko z wielkości. Edelman mówi jednak, że starał się opowiadać, jak było. I dostał po tym wywiadzie także głosy od tych, którzy właśnie takiej opowieści potrzebowali. Razem z Krall uznają jednak, że dalej raport i opowieść muszą być prowadzone w taki sposób, aby nikogo nie urazić, postanowili zatem staranniej dobierać słowa.
Edelman przy okazji wspomina wizytę w USA w 1963 roku, gdzie rozmawiał z przywódcami związków zawodowych firm, które wspierały finansowo powstanie. Dyskutowano o pamięci, czym jest i czy trzeba stawiać pomniki czy jakieś gmachy. Pojawia się wspomnienie raportu zrobionego przez „Wacława”, a przemyconego do USA przez kuriera w zębie pod plombą jako mikrofilm oraz szoku, jakiego doznano w Stanach na wieść o zagładzie, o tysiącach ludzi przerobionych na mydło i pędzonych na Umschlagplatz.
Edelman wyjaśnia powody swojego wieloletniego milczenia. Wspomina, że jako ostatni przywódca powstania i jedyny ze sztabu, który je przeżył, trzy dni po wyjściu z getta został wezwany do złożenia raportu przed przedstawicielami partii politycznych. Tyle tylko, że jego relacja była bardzo rzeczowa, konkretna, wskazywała na braki w wyszkoleniu ŻOB, doceniała zdolność walki Niemców, relacjonowała konkretne starcie. Nie było w tym wielkiego patosu, cierpienia, koloryzowania, co ewidentnie przeszkadzało słuchaczom Edelmana, którzy oczekiwali zupełnie innej opowieści. Edelman podkreśla, że po zdaniu tego raportu zdał sobie sprawę, że lepiej będzie, jeśli zamilknie. Milczał tak 30 lat, a kiedy przemówił stało się jasne, że byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby nie przerywał milczenia.
Edelman podejmuje temat śmierci i umierania. Wspomina jazdę tramwajem na spotkanie z przedstawicielami partii i stwierdza, że stała się z nim rzecz straszna – zapragnął nie mieć twarzy. Poczuł bowiem, że jego twarz jest odrażająca, czarna, jest twarzą z plakatu głoszącego „Żydzi – wszy – tyfus plamisty”. Przywołuje przy okazji postać Krystyny Krahelskiej, pierwowzór Syrenki Warszawskiej, przepięknej dziewczyny, bardzo wysokiej, która uciekając przed strzałami, wbiegła w pole słoneczników, ale nawet one nie potrafiły jej ukryć. Edelman mówi o pięknej śmierci. Wskazuje jednak, że tak umierają piękni ludzie, ale nie Żydzi, którzy byli uznawani za „czarnych i brzydkich”. Tutaj Edelman zaczyna opowiadać o głodzie w getcie, w walce o każdy kęs jedzenia i picia, o chorych dzieciach w szpitalach, spuchniętych z głodu, którym dawano po pół jajka w proszku i po pastylce cebionu. Mówi, że tylko biały personel szpitala miał przydział żywności – należało im się po pół litra zupy i sześć deka chleba na osobę. Na specjalnym zebraniu postanowiono jednak zrezygnować z dwustu gramów zupy i podzielić to wśród palaczy i salowych. Edelman nie boi się także wspominać o przypadkach kanibalizmu. Mówi o trzydziestoletniej kobiecie, która odgryzła kawałek swojego zmarłego poprzedniego dnia z głodu dziecka. Opisuje również przypadek porzucenia przez matkę rozkładającego się ciała syna bez pochówku. Mówi także o prowadzeniu ludzi do łaźni na odwszenie. Wspomina także o prowadzonych w getcie badania nad głodem, bowiem mechanizm śmierci głodowej był wówczas dla medycyny niejasny. Badania jednak przerwano, bowiem „uległ zniszczeniu surowiec naukowy – materiał ludzki”, z uwagi na to, iż zaczęła się likwidacja getta. Zaraz po zniszczeniu tego surowca zginęli i badacze poza doktor Teodozją Goliborską, która badała przemianę spoczynkową materii u ludzi głodnych. Owa lekarka po latach jednak stwierdza, że badania te w rzeczywistości powojennej okazały się zupełnie nieznaczące, bo wszyscy ludzie, których leczyła w Australii byli syci, a nawet przekarmieni.
Edelman opowiada o profesorze Janie Mollu, chirurgu pracującym w Radomiu w szpitalu św.Kazimierza. Wojna dostarczyła mu niezliczonej ilości rannych do ćwiczeń – partyzanci mieli bowiem zwykle przestrzelone brzuchy, nabrał więc dzięki nim wprawy w operowaniu brzucha. Kiedy zaś ofensywa styczniowa ruszyła na zachód, doszły jeszcze głowy, bowiem wojsko miało transport i przywożono jeszcze żywych rannych. Ale najważniejsza okazała się Warka, bowiem podczas wareckiego przyczółka profesor zobaczył po raz pierwszy otwarte, bijące serce. Moll w końcu przeprowadził pierwszą w Polsce operację na otwartym sercu w stanie zawału. Edelman był jego asystentem, który wykonał rysunek odwrócenia krwiobiegu, co ostatecznie pozwoliło uratować życie, najpierw pani Bubnerowej, a potem wielu innym ludziom. Po pewnym czasie profesorowi udało się stworzyć świetny zespół, w skład którego wszedł m.in. Edelman, a także słynne asystentki profesora – Elżbieta Chętkowska i Aga Żuchowska. Edelman wspomina lęki profesora o to, że zostanie posądzony o eksperymentowanie na ludziach, co poczytywał sobie za najgorszy możliwy atak.
Krall pisze o filmie „Requiem dla 500 000” i niemieckim operatorze, który stanął w drzwiach wagonu, a stamtąd fotografował biegnący tłum, potykające się stare kobiety i matki ciągnące za rękę dzieci, a także o strzałach które się rozległy, a które oznaczały wybuch powstania. Kiedy mówi do Edelmana, że to był dobry pomysł ze strzelaniem, wówczas ten zaczyna krzyczeć, że ona pewnie uważa biegnących do wagonów za gorszych od tych, którzy strzelają. W końcu tłumaczy Krall, że na Umschlagplatz ludzie szli na śmierć spokojnie i godnie, a to jest znacznie trudniejsze od strzelania.
Edelman na nowo wraca do opowieści o czasach okupacji. Wspomina zbiegowisko na Żelaznej, którego był świadkiem. Dwóch niemieckich oficerów obcinało Żydowi krawieckimi nożycami po kawałku jego długą brodę, zaśmiewając się przy tym wraz z tłumem. Wówczas jeszcze nie było getta, więc w tej scenie nie było grozy – po prostu Żyd stał na beczce z coraz krótszą brodą. Edelman zrozumiał jednak, że najważniejsze ze wszystkiego, to nie dać się na beczkę wepchnąć. Wszystko co robił potem sprowadzało się do tego, żeby nie dać się wepchnąć. Mówi również, że kiedy wojna się zaczęła i jeszcze można było wyjechać, uciekło wielu jego bogatych kolegów. Po wojnie okazali się oni dyrektorami japońskich koncernów albo fizykami amerykańskich agencji jądrowych czy profesorami uniwersytetów. Tłumaczy, dlaczego on sam nie wyemigrował, ale mówi nie tylko o powodach czysto materialnych, lecz także o swoich przekonaniach i wierności temu, co sam głosił, że „miejsce Żydów jest tutaj”.
Pojawia się wspomnienie kwiatów otrzymywanych każdego roku w rocznicę wybuchu powstania, a także samego momentu wybuchu połączone z obrazem tego, co działo się na Umschlagplatz, gdzie Żydzi byli wsadzani do wagonów, a potem wywożeni m.in. do Auschwitz. Mówi również, że na Umschlagplatz mieściło się ambulatorium, w którym pracowały uczennice szkoły pielęgniarskiej. Żeby wyciągnąć człowieka z Umschlagplatz trzeba było udowodnić Niemcom, że jest naprawdę chory. Chorych odsyłano karetkami do domu – Niemcy do ostatnich chwil podtrzymywali w ludziach przekonanie, że wagonami jadą do pracy, a pracować może tylko zdrowy człowiek. Więc zdarzało się, że pielęgniarki łamały nogi ludziom, których należało ratować. Edelman wspomina również scenę zbiorowego gwałtu na dziewczynie, kiedy to tłum wszystko widział – z Edelmanem włącznie – i nikt nie zareagował.
Mówi również o Korczaku, o którym wszyscy wiedzą, bo był bohaterem dzięki temu, że poszedł z dziećmi dobrowolnie na śmierć. Z goryczą dodaje jednak, że nikt nie wie o Poli Lifszyc, młodej, ładnej i niepodobnej do Żydówki dziewczynie, która mogła przejść na aryjską stronę, a która wolała iść ze swoją matką do wagonów. Opisuje także dokładnie procedurę „numerków na życie”, które Niemcy w ilości czterdziestu tysięcy dali Gminie, by rozdzielili je. Ci, którzy otrzymali numerek mieli zostać w getcie, reszta miała iść na Umschlagplatz. Wspomina moralne rozterki związane z dzieleniem numerków m.in. przez lekarza naczelnego szpitala, Annę Braude-Hellerową. Opowiada o tych, którzy zaciekle walczyli o ten bilet, jak i o tych, którzy oddawali go najbliższym. Co ważne, podział nie jest tu jednoznaczny, bo ci, którzy wywalczyli sobie tę przepustkę, potem często pomagali ratować innych. Mówi również o niezwykłej potrzebie bliskości w getcie. Edelman mówi: „O to właśnie chodziło: żeby był ktoś, kto gotów jest zasłonić twój brzuch własną ręką, jeśli zajdzie potrzeba”.
Wspomina również, że kiedy 22 lipca 1942 rozplakatowano rozporządzenie o „przesiedleniu ludności na wschód”, to tej samej nocy naklejał wraz z innymi kartki „Przesiedlenie to śmierć”. Nazajutrz zaczęto wywozić na Umschlagplatz więźniów z aresztu i starców. Trwało to cały dzień, bo 6 tysięcy więźniów trzeba było przewieźć. Wszystko to odbywało się w dojmującej ciszy.
Edelman opowiada także o śmierci prezesa Gminy Żydowskiej – Judenratu i powodach, dla których Adam Czerniaków popełnił samobójstwo. Mówi po raz kolejny, że mieli do niego żal.
W kolejnej części następuje powrót do czasów powojennych. Edelman mówi, że do kliniki Profesora Molla trafia trójka pacjentów z zawałem - pan Rudny, pani Bubnerowa i pan Wilczkowski – alpinista. Wszyscy czekają na operację, która jest dla nich jedyną szansą. Do kliniki trafili w piątek albo z piątku na sobotę, więc w sobotę każdy z nich leżał bez ruchu pod kroplówką i myślał.
Dowiadujemy się, że inżynier Wilczkowski myślał o górach, a dokładnie o tatrzańskim szczycie. Pan Rudny myślał o nowoczesnych maszynach, którymi jako specjalista się zajmował. Pani Bubnerowa z kolei wspominała wtryskarkę i swój montaż piór kulkowych. Myśleli o takich sprawach, a pod kroplówką myśli się zwykle o tym, co najważniejsze. Edelman stwierdza, że niejaki pan Rzewuski nie myślał o niczym. Gdyby jednak wspominał jak poprzednicy coś, co było najlepsze w jego życiu, wspominałby fabrykę, którą mu powierzono kiedy miał 28 lat, a potem odebrano, kiedy miał 43. Dla pana Rzewuskiego fabryka była bowiem tym, czym dla Edelmana getto – działaniem, najważniejszą sprawą w życiu, prawdziwie męską przygodą. Jednak Rzewuski nie myślał o fabryce, bowiem przez cały czas doznawał jednego uczucia – bólu i nie było rzeczy ważniejszej niż to, żeby ten ból uspokoił się choć na chwilę.
Poznajemy historię inżyniera Wilczkowskiego. Całe życie wspinał się po górach. Ani razu nie miał wypadku. Był przekonany więc, że nic mu nie grozi. Okazuje się jednak, że jego największym wrogiem był przeżywany za każdym razem stres, który wyjątkowo negatywnie odbił się na jego zdrowiu, a przede wszystkim kondycji serca.
Rudny i jego żona z kolei byli przekonani, że mogą zrobić wszystko, co tylko sobie zaplanują. Mogą mieć wszystko, co w życiu liczy się naprawdę. Rudny myślał o działce, jego żona o letnim doku, bo wszyscy teraz takie stawiają. Do tej pory udawało im się zdobyć wszystko, co sobie zaplanowali. Mieli modnie urządzone mieszkanie, co roku jeździli na wczasy, nie mieli problemów z wyżywieniem się. Dlatego mogli by mieć i domek – tak mówiła żona, która do chwili, kiedy nie zobaczyła męża przez uchylone drzwi sali reanimacyjnej sądziła, że udało się im mieć wszystko, co w życiu jest naprawdę ważne.
Pani Bubnerowa z kolei zajmowała się produkcją oraz sprzedażą długopisów i piór kulkowych. Trochę kombinowała, trochę oszukiwała. Zawał przyszedł, kiedy wróciła do domu z rozprawy sądowej, gdzie skazano ją na rok z zawieszeniem na trzy lata. Okazało się bowiem, że długopisy można było wstawiać tylko do „Działu Książki”. Sklepy papiernicze i kioski nie miały prawa brać długopisów, byli więc zależni od księgarń. Kierownik księgarni mógł wziąć od razu tysiąc a nawet dwa tysiące sztuk i Bubnerowa musiała robić wszystko, żeby towar nie leżał. Wszyscy producenci długopisów dawali kierownikom po 6 procent od każdej partii towaru. Na sali sądowej okazało się zresztą, że nie tylko ci, którzy dawali, cierpią na serce, również ci, którzy pośredniczyli w procederze. W stanie najcięższym byli ludzie, którzy brali. Jeden z nich był już po zawale, a lekarz sądowy pozwalał mu zeznawać tylko przez godzinę. Odnośnie pani Bubnerowej, to zawału dostała już w domu. Miała czas unieść się na noszach i poprosić sąsiada, żeby uśpił jej jamnika. W szpitalu Edelman namawiał ją na operację, choć nie chciała się zgodzić. To właśnie u niej po raz pierwszy skutecznie przeprowadzono zabieg z odwróceniem krwioobiegu.
Edelman mówi, że operacja zmienia pacjentów, sprawia, że zaczynają oni doceniać szansę, którą dostali i są przekonani, że już nigdy nie chcą zawału. Bubnerowa zamknęła warsztat, Rudny zamiast stresować się, że nowym maszynom ze Szwajcarii może brakować części i stawać na głowie, by dorobić nową, spokojnie składa formalne zamówienie na brakującą część. Dzięki temu przychodzi do szpitala tylko prywatnie, w gości, w rocznicę swojej operacji, z bukietami kwiatów.
Krall przytacza fragmenty z rozmowy Edelmana z kobietą, która odwiedziła go kilkanaście lat po wojnie. Była to córka zastępcy komendanta Umschlagplatzu. Został on zamordowany przez ŻOB, ponieważ nie chciał dać 10 czy 20 tysięcy na broń. Kobieta próbuje zrozumieć, dlaczego zamordowano jej ojca, natomiast nie jest w stanie zaakceptować zasad, które kierowały przywódcami powstania. Okazało się bowiem, że ojciec nie chciał dać pieniędzy, bo były one przeznaczone dla niej – ukrywano ją po aryjskiej stronie, a to kosztowało. Nie rozumiała, dlaczego ŻOB przyznał sobie prawo wybierania dla ojca śmierci. Edelman starał się być cierpliwy i tłumaczył jej, że nie dla niego wybrali śmierć, ale dla siebie i 60 tysięcy Żydów, którzy jeszcze żyli. Śmierć ojca kobiety była tylko konsekwencja tamtego wyboru.
Krall za Edelmanem podaje informacje o tym, że ŻOB został utworzony, kiedy w getcie zostało już tylko sześćdziesiąt tysięcy Żydów. Wówczas już rozumieli, co to znaczy „wysiedlenie” i że nie wolno czekać. Większość z żołnierzy nie miała jednak odpowiedniego wyposażenia. Było mało broni, wystarczyć musiały ręce. Edelman podkreśla, że broń trzeba było szmuglować, zdobywano ją nielegalnie, ale nie było innego wyboru. Bardzo ważne w tym były łączniczki, które przekazywały informacja poza getto – jedna dziewczyna jeździła z gazetkami aż do Piotrkowa, do getta, gdzie w gminie byli ich ludzie i panował wyjątkowy porządek. Edelman przywołuje kilka epizodów już z akcji likwidacyjnej getta, dotyczących działań, chowania zmarłych, po raz kolejny też przywołuje w pamięci samobójstwo Anielewicza i Miry.
Jeden z epizodów ogniskuje się wokół Abraszy Bluma, niezwykłym przywódcy jeszcze sprzed wojny o którym informacji szukał Edelman. Wspomina także uratowaną Elżbietę, dziewczynę z klasztoru, o zaopiekowanie się którą kolega poprosił Edelmana. Mężczyzna odnalazł ją tuż po wojnie, okazało się, że została adoptowana przez bogatych ludzi z Ameryki, którzy bardzo ją kochali. Niestety Elżunia w pewnym momencie popełniła samobójstwo – Edelman nie zna powodów, ale był w Stanach u tej rodziny, oglądał pokój dziewczyny, w którym adopcyjni rodzice nic nie zmienili.
Edelman mówi, o tym, że te historie mniej ludzi obchodzą niż te z walki. Ale przypomina dalej, jak podczas ucieczki wbiegł kiedyś do budynku, gdzie znalazł umierającego chłopaka, który leżał na worku z sucharkami. Chłopak poczęstował go tymi sucharami, po czym wieczorem zmarł, a Edelman miał cały worek sucharów dla siebie.
W tym fragmencie pojawia się wzmianka o pomyśle Andrzeja Wajdy dotyczącej filmu o getcie warszawskim. Reżyser chciał wykorzystać nagrania archiwalne, ale i rozmawiać z Edelmanem, który miał opowiadać o tym, co się wydarzyło i o miejscach, gdzie to się działo. Pokazywanie miejsc, gdzie Anielewicz popełnił samobójstwo czy wejścia na Umschlagplatz wydaje się nieco trudne, bo otoczenie to dzisiaj wygląda zupełnie inaczej, a wokół stoją wysokie, szare bloki. Mieszka w nich między innymi koleżanka Hanny Krall – Anna Strońska. To pod jej oknami, od strony kuchni, stały ostatnie wagony pociągu. Kolejnym miejscem do filmowania byłby np. symboliczny grób inżyniera Michała Klepfisza, który zasłonił swoim ciałem karabin maszynowy, żeby koledzy mogli przejść.
W filmie miałoby się pojawić również wspomnienie osoby Luby Blumowej, żony Abraszy Bluma, prowadzącej szkołę pielęgniarek, która z 60 uczennic musiała wybrać 5, którym dała numerki na życie. Postanowiła dać numerki tym, które najlepiej odpowiedzą na pytanie, jak wygląda opieka pielęgniarska w pierwszych dniach świeżego zawału serca. Po wojnie Luba prowadziła dom dziecka – do tego domu przywożono dzieci odnalezione w szafach, klasztorach czy skrzyniach na węgiel. W filmie miałby być także kadr z pomnikiem powstańca i włazem, przez który z kanałów wydostali się powstańcy – większość i tak zginęła od kul. Edelman nie chce wystąpić w filmie, oświadcza że nie będzie mówił do kamery. Mógł o wszystkim opowiedzieć jeden raz i wystarczy.
Edelman tłumaczy, dlaczego wybrał medycynę po wojnie. Mówi, że musiał robić nadal to, co robił w getcie. Wówczas za tych, którzy tam przebywali, podjął wraz z innymi decyzję, że nie pójdą dobrowolnie na śmierć. Jako lekarz mógł odpowiadać za życie przynajmniej jednego człowieka. Ale dodaje, że Krall chciałaby zapewnie, żeby tak odpowiedział. Ale tak wcale nie było. PO wojnie nie wiedział, co ze sobą zrobić, wciąż go gdzieś gnało, w końcu popadł w depresję. Przesypiał dnie i tygodnie. W końcu żona zapisała go na medycynę.
W rozmowie z Krall pojawia się wspomnienie pierwszego spotkania z żoną. Poznał ją, kiedy przyszła z patrolem przysłanym przez doktora Świtała z AK, żeby ich wyprowadzić z bunkra na Żoliborzu. Żeby to zrobić, przeszła przez pole minowe boso, bo myślała, że jak pójdzie po minach boso, to nie wybuchną. Potem to ona postawiła go na nogi i dała cel w życiu w postaci medycyny. Zaczął tam chodzić, ale początkowo nic go tam nie interesowało.
Edelman mówi, że przekonała go wizja choroby jako łamigłówki, którą można rozwikłać. Przemawiało do niego poczucie odpowiedzialności za pacjenta. Wspomina, że w klinice, w której pracował była wielka palma, pod którą czasami stawał i widział salę z pacjentami. Wówczas nie było jeszcze dzisiejszych lekarstw ani zabiegów, więc większość pacjentów na tych salach była skazana na śmierć. Zadaniem Edelmana było ocalić jak najwięcej z nich i kiedyś uprzytomnił sobie, że właściwie to jest to samo zadanie, co na Umschlagplatzu.
Edelman za główny obowiązek uważa ratowanie życia. W ty momencie pojawia się najsłynniejszy cytat całego wywiadu: „Pan Bóg już chce zgasić świeczkę, a ja muszę szybko osłonić płomień, wykorzystując Jego chwilową nieuwagę. Niech się pali choć chwilę dłużej, niż On by sobie życzył.” Zdumiona Krall mówi o wyścigu z Bogiem, ale Edelman stwierdza, że On nie jest za bardzo sprawiedliwy, a kiedy człowiek odprowadza innych ludzi do wagonów, to może mieć z nim parę spraw do załatwienia. A wszyscy oni przechodzili koło Edelmana, bo stał w bramie od pierwszego do ostatniego dnia. Czterysta tysięcy ludzi przeszło koło niego.
Edelman wspomina swoich pacjentów, podkreśla, jak bardzo są dla niego ważni. Wskazuje, że każdego z nich traktuje bardzo jednostkowo i mówi, że choć każde życie kończy się tym samym, to chodzi o odroczenie wyroku. Nawiązuje do przypadku z getta, córki Tenenbaumaowej, która dzięki numerkowi przeżyła trzy miesiące dłużej i przez ten czas zdążyła poznać miłość. Wspomina 9-letnia Urszulę ze zwężeniem zastawki płuc, która dusiła się, a wtedy nie operowali jeszcze dzieci. Ona umierała jednak i Edelman zadzwonił do Profesora, który przyleciał po dwóch godzinach i jednak ją zoperował. Stan szybko się poprawił. Teraz Urszula czasami do nich przychodzi. Potem wspomina Teresę z wadą serca, obrzękłą, umierającą. Kiedy tylko obrzęki jej zeszły, poprosiła o wypisanie jej d domu. Przez czas pobytu w szpitalu nikt do niej nie przychodził, więc Edelman poszedł tam. Zobaczył pokój na zapleczu, chorą matkę i dwie młodsze siostry. Wypisała się, bo musiała się nimi zająć. Czasami do nich przychodzi i mówi, że ma wszystko, co chciała mieć – dom, dziecko, męża, a co najważniejsze wyszła z tego pokoiku za sklepem.
Krall, opierając się na opowieści Edelmana, próbuje ustalić, co i w jakiej kolejności się wydarzyło. Podkreśla, że ludzie będą oczekiwać jakichś dat, liczb i danych o stanie uzbrojenia. Padają pewne przypuszczenia dotyczące broni posiadanej przez żołnierzy niemieckich i powstańców z getta warszawskiego. Potem autorka rekonstruuje prawdopodobny przebieg powstania, kolejne jego wydarzenia. Istotny bardzo jest ten pierwszy dzień. Pojawia się obraz wkroczenia Niemców 19 kwietnia o czwartej, starcia przy fabryce szczotek i rozkaz Edelmana, by strzelać do niemieckich oficerów idących z białymi kokardami, obrony strychu, na który chcą wejść przez Michała Klepfisza, który swoim poświęceniem ratuje innych.
Pojawia się wspomnienie spotkania Edelmana ze Stroopem, czyli esesmanem, który brał udział w akcji likwidacyjnej. Prokuratura i Komisja do Badania Zbrodni Hitlerowskich chciały ustalić topografię wydarzeń. Edelman wspomina, jak podczas tego spotkania Stroop oddał mu honory wojskowe.
Mamy również informację o podpaleniu getta, która wywołała panikę, a przede wszystkim konieczność ewakuacji ze schronów i piwnic, co niestety przełożyło się na większą liczbę zabitych. Dowiadujemy się, jak w zaduchu schronów trudno było dzieciom. Matki więc decydowały się czasem wypuścić je na chwilę. Podany jest przykład jednej z takich matek, która wypuściła dziecko na powietrze. Niemcy przekupili go cukierkiem, by powiedział, gdzie jest jego mama, po czym wysadzili schron, w którym skrywało się kilkaset osób. Mówiono później, że trzeba było tego dzieciaka zastrzelić, kiedy tylko wyszedł, ale to by tez nie pomogło, bowiem Niemcy mieli aparaty podsłuchowe i wykrywali za ich pomocą obecność ludzi w piwnicy.
Krall wskazuje, że Edelman zwracał uwagę także na tworzenie historii getta po drugiej stronie, przez przekazywanie i ujawnianie prawdy, wynoszenie raportów, walkę o to, by pokazać światu, co się tutaj wydarzyło. Bardzo ważną postacią okazał się tutaj „Wacław” – mecenas Henryk Woliński – kurier pomiędzy ŻOB-em a Komendą Główną AK. To właśnie on nadawał wiadomości o akcji likwidacyjnej getta to od niego świat dowiedział się o istnieniu Umschlagplatzu, transportach, komorach gazowych i o Treblince. Pojawiają się informacje, że na początku rząd w Londynie nie dowierzał przekazanym informacjom.
Krall tworzy wspomnienia Zbigniewa Lewandowskiego „Szyny”, zastępcy dowódcy warszawskiego Kedywu i szefa Biura Badań Technicznych AK. Uczył on Żydów posługiwać się bronią i produkcji materiałów wybuchowych. Później okazało się, że docent Lewandowski przekazywał wiedzę m.in. Michałowi Klepfiszowi. Krall rozmawia także z Henrykiem Grabowskim, pseudonim „Słoniniarz, który w młodości był harcerzem i dostał od władz harcerskich polecenie wyjazdu do Wilna i organizowania Żydów do walki. W Kolonii Wileńskiej Grabowski poznał Jurka Wilnera i kiedy ten przyjechał do Warszawy, zamieszkał u Grabowskiego. Jako przedstawiciel ŻOB-u po aryjskiej stronie Jurek kontaktował się z „Wacławem” i oficerami, a kiedy nie mógł wszystkich paczek zabrać do getta, zostawiał je u Grabowskiego, albo u karmelitanek bosych na Wolskiej. Wilnera gestapo aresztowało w marcu 1943 roku. Istniało niepisane prawo, że kiedy ktoś wpadnie, musi milczeć przynajmniej trzy dni. Potem, jeśli się złamie, nikt nie będzie miał do niego pretensji. Jurek Wilner był torturowany przez miesiąc i nie wydał nikogo – ani kontaktów ani adresów, choć znał ich dużo po aryjskiej stronie. Uciekł pod koniec marca i wrócił do getta, ale już się nie nadawał do żadnej pracy – miał poodbijane stopy i nie mógł chodzić. Tę ucieczkę zorganizował mu właśnie „Słoniniarz”, który dowiedział się, że jego przyjaciel znajduje się w obozie na Grochowie. Później to podobno Jurek Wilner dał sygnał do zbiorowego samobójstwa na Miłej, w którym zginął także Anielewicz.
Po Jurku Wilnerze wysłannikiem ŻOB-u po aryjskiej stronie został Antek- Icchak Cukerman, który miał ponoć jedną wadę – wszędzie nosił ze sobą torbę granatów.
Co do nieścisłości dotyczących różnych rzeczy, liczb czy takich szczegółów jak na przykład sztandary, to Edelman mówi: „Jakie to ma dzisiaj znaczenie”.
Edelman sugeruje, że trzeba jeszcze coś dopisać. Wytłumaczyć, dlaczego on żyje. Przypomina swoje zakłopotanie, kiedy ktoś zapytał się go, czy jest Żydem i jak w takim razie przeżył. Obawia się posądzenia, o to, że zrobił to czyimś kosztem, że może kogoś wydał, albo zabierał komuś chleb. Edelman wspomina, jak przedostawał się do Nowolipek, aby poinformować o Ince – lekarce szpitala na Lesznie, która podała dzieciom truciznę, po czym sama połknęła fiolkę luminalu. Przyłapał go wówczas esesman, ale prawdopodobnie miał on wadę wzroku i nie trafił. Edelman wspomina także, jak przypadkiem zgarnięto go z ulicy do transportu jadącego do Sawki, ale wtedy zauważył swojego znajomego Mietka – policjanta, który natychmiast zareagował i mówiąc, że Edelman to jego brat i schwytanemu pozwolono zeskoczyć. Poszli wówczas do Mietka do domu, a tam jego głodny ojciec stwierdził, że Mietek znów ściągnął kogoś z wozu nie biorąc na to ani grosza. Nazajutrz zabrali też tatę Mietka, a ten nie zdążył ściągnąć go z wozu i w rezultacie Mietek poszedł do partyzantki do lasu. I tak Edelmana znów ocalił przypadek – raz uratował go astygmatyzm esesmana, a drugi Mietek Dąb, który właśnie szedł ulicą.
Ostatni fragment traktuje o nadziei, z którą nie należy przesadzać, bo Bóg wnikliwie obserwuje Edelmana, Profesora i wszystkie ich wysiłki, potrafiąc zadać najmniej spodziewany cios. Czytamy o pacjentach operowanych przez Molla, o kobiecie, której przywieziono w rzekomej katatonii, a która – jak się okazało – miała chora trzustkę i o tajemniczej historii z wapniem, którego poziom zaczął nagle rosnąć u chorego na nerki.
Krall rozmawia ze Zbigniewem Młynarskim, pseudonim „Kret”, który uważa, że jego lata świetności przypadają właśnie na okres wojny, kiedy to mógł się wykazać w akcjach bojowych. On sam był po wojnie prezesem spółdzielni kuśnierskiej, gdzie musiał działać szybko i podejmować decyzję. Jednak pełnią życia żył jedynie właściwie podczas wojny, dlatego doskonale rozumie on Edelmana.
Boga jednak nie zawsze daje się przechytrzyć. Czytamy o śmierci doktor Elżbiety Chętkowskiej, która miała krwiaka w tylnej jamie czaszkowej, przez co plątała słowa i straciła pamięć. Popchnęło ją to prawdopodobnie do zażycia trującej dawki glimitu. Druga bolesna śmierć to odejście Elżuni – córki Zygmunta Frydrycha, która również popełniła samobójstwo mimo iż teoretycznie miała wszystko. Na koniec pojawia się jeszcze wspomnienie pogrzebu Celiny – Cywii Lubetkin, współzałożycielki ŻOB, i spotkania Edelmana z Maszą, koleżanką, która nadal słyszy krzyki chłopca spalonego na Miłej.
Książkę konczą stwierdzenia o walce z Bogiem i nieprzewidywalności wygranej. Edelman dalej nie rozumie, jaką logikę ma proporcja, że pozostaje on jedynym ocalonym spośród czterystu tysięcy, ale mówi, że każde życie stanowi dla każdego całe 100 proc., więc może to ma jakiś sens.
*Opracowanie jest jedynie formą powtórzenia. Zachęcam do lektury książki*

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz