Rozdział I. Jak wygląda firma J.Mincel i S.Wokulski przez szkło butelek
Powieść rozpoczyna się w 1878 roku w Warszawie. Inteligencja i kupcy w jadłodajni rozprawiają o przyszłości sklepu galanteryjnego pod firmą J. Mincel i S. Wokulski. Większość z obecnych sądzi, że działalność upadnie. Przy jednym ze stolików rozmawiają Deklewski, fabrykant powozów, radca Węgrowicz i ajent handlowy, który się do nich dosiadł. Z ich rozmowy dowiadujemy się, kim jest Stanisław Wokulski. Uczęszczał on niegdyś do Szkoły Przygotowawczej, po której rozpoczął naukę w Szkole Głównej. Stanisław Był wówczas równocześnie subiektem w lokalu Hopfera. W dzień pracował, zaś w nocy się uczył. Studiował jednak niecały rok, gdy wziął udział w powstaniu styczniowym, za co został zesłany na Syberię w okolice Irkucka. W 1870 roku powrócił do Warszawy i – dzięki pomocy Rzeckiego – dostał posadę w sklepie wdowy Minclowej. Rok później ożenił się z nią. Kilka lat później zmarła, pozostawiając mu spory majątek. Stanisław oddał zarząd sklepu w ręce Rzeckiego i udał się do Turcji, gdzie zarabiał na dostawach dla wojska.
Rozdział II. Rządy starego subiekta
Sklep prowadzony tymczasowo przez Rzeckiego zyskuje wśród mieszkańców Warszawy coraz większe uznanie. Pan Ignacy solidnie wypełnia swoje obowiązki. Od 25 lat mieszka w pokoiku przy sklepie, wykonuje wciąż te same, rutynowe czynności. Codziennie budzi się o 6, pije herbatę, wypuszcza swojego starego pudla i pół godziny później jest już gotowy do pracy. Subiekt od 25 lat mieszka w niewielkim pokoju przy sklepie, w którym pracuje. Mężczyzna każdego dnia sprawdza w swoim zeszycie, co ma zrobić danego dnia. Po Rzeckim w pracy zjawia się Paweł Klejn, który jest zatrudniony w dziale porcelany. Klejn jest socjalistą a Rzecki to zwolennik Napoleona. Z tego powodu subiekci często dyskutują na tematy polityczne. Jedną z takich rozmów przerywa Lisiecki, kolejny pracownik sklepu. Ostatni zjawia się o 9, to spóźniony subiekt Marczewski. O 13 Rzecki je obiad, a o 20 zamyka sklep, uprzednio sprawdzając rachunki i kasę. Jeśli wszystko jest w porządku, subiekt czyta książkę o Napoleonie, natomiast, jeśli rachunki się nie zgadzają, nie śpi przez całą noc. Jednym z radośniejszy dni dla i Rzeckiego jest niedziela. Nakręca wtedy mechaniczne zabawki i obserwuje je. Zabawki te są jedynymi towarzyszami starego subiekta. Mężczyzna lubi swoje zajęcia, ale czasem marzy o dalekiej podróży. Pochłonięty w ciągu dnia wirem obowiązków czuje czasami potrzebę zebrania i uporządkowania myśli – pisze wówczas pamiętnik.
Rozdział III. Pamiętnik starego subiekta
Rozdział ten stanowi fragment pamiętnika Rzeckiego. Subiekt opisuje w nim swoje dzieciństwo i wczesną młodość. Ignacy był wychowywany przez ojca, bonapartystę i ciotkę. Ojciec Rzeckiego był za młodu żołnierzem i wielbił Napoleona, a syna również wychował w żołnierskim duchu. Wpajał mu również przywiązanie do cesarza. Mieszkali na Starym Mieście. Po śmierci taty, w 1840 roku opiekująca się Ignacym ciotka postanawia oddać chłopca na praktykę do sklepu Mincla. Mimo że rządził on w sklepie twardą ręką, a Ignacy już trzeciego dnia został wychłostany, to stary sklepikarz bardzo zżył się z młodym pomocnikiem. Bohater pracował razem z synami Mincla, Francem i Janem oraz z Augustem Katzem, który pracował w sekcji mydła. W 1846 Rzecki awansował na subiekta, a Mincel umarł. Po 4 latach wspólnej pracy synowie podzieli wspólny biznes. Franc prowadził sklep z towarami kolonialnymi, a Jan ożenił się i przeniósł galanteryjno-mydlarską część sklepu na Krakowskie Przedmieście. To do niego dołączył Rzecki. Jan został mężem Małgorzaty Pfeiffer. Po tym, jak kobieta owdowiała, wyszła ponownie za mąż za Stanisława Wokulskiego. Koniec rozdziału to głównie narzekania Rzeckiego na obecnych subiektów i tęsknota za starymi czasami, w których inaczej wychowywano pracowników.
Rozdział IV. Powrót
Interesy idą wybornie, a Rzecki nie ma powodów do zmartwień. Mimo iż deszcze ze śniegiem bije w zakratowane okienka, a w pokoju panuje mrok, Rzecki ma doskonały humor i gra na gitarze. Nagle otwierają się drzwi sieni i na progu staje ktoś odziany w wielkie futro. To Wokulski przybywa z Turcji po 8 miesiącach nieobecności przywożąc 250 000 rubli, które tam zarobił, z tego dużą część w złocie. Rzecki z radością wita przyjaciela i wysłuchuje opowieści o podróży i przeżyciach Stanisława. Wokulski bardzo tęsknił za krajem, ale chciał zrealizować swoje plany finansowe i sam zdobyć majątek. By mu nie wypominano, że korzysta z pieniędzy Minclów. Podkreśla jednak, że wzbogacił się, dzięki uczciwej pracy. Rozmowa schodzi na temat Łęckich. Wokulskiego szczególnie interesuje, czy Izabela Łęcka pozostaje niezamężna i czy Łęccy nadal robią zakupy w jego sklepie. Przegląda przy tym księgę dłużników. Rzecki domyśla się, dlaczego Wokulskiemu zależało na pomnożeniu majątku. Choć Wokulski zaprzecza, jego kolejne pytania tylko potwierdzają przeczucia Ignacego. Przyjaciel pyta go bowiem o wysokość długu Łęckich, a także o to, jaką portmonetkę kupiła Izabela Łęcka.
Rozdział V. Demokratyzacja pana i marzenia panny z towarzystwa
W rozdziale tym zostaje opisana rodzina Łęckich. Tomasz Łęcki, około sześćdziesięcioletni mężczyzna, stracił majątek z przyczyn politycznych oraz związanych z licznymi podróżami. Teraz mieszka z córką, Izabelą Łęcką i kuzynką Florentyną w wynajmowanym lokalu, który składa się z 8 pomieszczeń. Chociaż Izabela nie posiada posagu, nadal żyje w odrealnionym świecie. Jest kobietą niepospolicie piękną o kształtnej figurze, bujnych blond włosach z popielatym odcieniem i perłowych zębach. Od kołyski sypiała w puchach, ubierała się w jedwabie i hafty, siadała na rzeźbionych hebanowych meblach i jadała z kryształów i sreber. Dla niej zawsze była wiosna i nie istniały pory dnia. Wielokrotnie kładła się spać o ósmej rano, a obiad jadała o drugiej w nocy. Kobieta jest przekonana, że wszystko, co się dzieje, zostało przygotowane specjalnie dla niej, np. burza. Łęcka ma też wyrobione zdanie na temat małżeństwa. Uważa, że polega ono na połączeniu dobrze urodzonych ludzi, i tym samym, na pomnożeniu ich majątków. Zresztą, do samego małżeństwa ma stosunek chłodny, a do mężczyzn nabrała lekkiej wzgardy. Nic zatem dziwnego, że koło niej jest pustka, nikt bowiem nie chce narażać się na szyderczą odmowę. Podziwiano ją i wielbiono, ale tylko z daleka.
Dla ludzi o niższym statusie społecznym Izabela ma dobre serce i uważa, że musieli popełnić ciężki grzech, skoro aniołowie skazali ich na pracę. Łęcka jest nieświadoma kłopotów finansowych ojca. Zresztą te kłopoty sprawiły, że z całego zastępu konkurentów zostało tylko dwóch – pewien baron i pewien marszałek. Obaj bogaci, ale starzy. Dopiero wówczas panna Izabela zdecydowała się na obniżenie wymagań, ale że obaj konkurenci budzili w niej odrazę, odkładała decyzję o ślubie z dnia na dzień. Jedyne co ułatwiało jej wyjście za mąż to fakt, że nigdy nie była zakochaną. Za to miłością idealną darzyła Apollina, którego kopię rzeźby miała w gabinecie i o którym fantazjowała.
Ze znajomych, pozostała Izabeli tylko hrabina Karolowa, od której to dowiaduje się, że jej ojcu grozi katastrofa finansowa. Kobieta mówi też o długach wekslowych Łęckiego, na parę tysięcy rubli. Kilka dni temu te długi ktoś kupił. Hrabina podejrzewa, że zrobiła to niejaka Krzeszowska. Łęcka decyduje się na sprzedaż swoich sreber i serwisu, twierdzi bowiem, że nie będzie wahać się pomiędzy sprzedażą siebie a serwisu, a na to, by zabierano im meble, nie pozwoli.
Rozdział VI. W jaki sposób nowi ludzie ukazują się nad starymi horyzontami
Nadszedł kwiecień, a choć śnieg już zniknął, zieleń jeszcze nie pokryła drzew. Panna Łęcka jest zajęta czytaniem najnowszej powieści Emila Zoli, ale nie może skupić się na lekturze. Dręczy ją jakiś niepokój, jakieś oczekiwanie, ale nie jest pewna, na co czeka. Nagle przypomina sobie, że opat Jouve wspomniał, że już od dwóch miesięcy haftuje pas do kościelnego dzwonka i jeszcze go nie skończyła, przysuwa zatem do okna stolik z tamburkiem i zaczyna gorliwie wyszywać róże i krzyże. Pod wpływem pracy w sercu budzi się otucha, bowiem ktoś taki jak ona, kto służy kościołowi, nie może być zapomniany przy corocznej, wielkotygodniowej kweście. Wspomina również, że jej serwis i srebra już znajdują się u jubilera i lada dzień zostaną sprzedane.
Z zadumy budzi dziewczynę Florentyna, która przynosi jej list od hrabiny. Karolowa oferuje zadłużonej rodzinie pomoc. Chce dać trzy tysiące rubli pożyczki pod zastaw wspomnianego serwisu i sreber, które będzie mogła odebrać kiedy chce, a w razie śmierci hrabiny nawet bez zwracania pożyczki. Wspomina też szczęście, jakie spotkało ochronkę, którą się opiekuje. Będąc w sklepie Wokulskiego wspomniała o datku, a on oferował jej tysiąc rubli.
Załamana Izabela idzie do ojca. Jest wzburzona tym, jak hrabina ich upokorzyła oferując trzy tysiące rubli za serwis, za który ktoś obcy daje pięć tysięcy. Pan Tomasz próbuje podnieść ją na duchu. Mówi, że zarobi pieniądze, ponieważ ma pewne plany związane ze Stanisławem Wokulskim. Uważa, że Wokulski to kupiec, żelazny człowiek” o „szalonej energii” i z jego pomocą stworzy towarzystwo do handlu ze wschodem. Córce nie podoba się ten pomysł. Sądzi, że Wokulski to „aferzysta, awanturnik i wygląda na gbura”, wspomina też jego czerwone ręce. Panna Florentyna stwierdza natomiast, że Wokulski przypomina jej posąg triumfującego gladiatora i że jego twarz jest „surowa, nawet dzika, ale piękna”, zaś czerwone ręce to efekt odmrożenia ich na Syberii. Izabela zastanawia się jednak, co powie świat na taka spółkę. Łęcki jednak odpowiada, że „Kto ma siłę w rękach, ma świat u stóp”.
Niespodziewanie szlachcianka otrzymuje kolejny list od hrabiny Karolowej. Kobieta prosi Izabelę, by ta zapomniała o poprzedniej wiadomości. Łęcka otrzymuje też upragnione zaproszenie na kwestę. Hrabina wychwala pod niebiosa Wokulskiego, mówi o nim „mój poczciwy Wokulski” i wspomina, że mężczyzna wpłacił sporą kwotę na tegoroczną kwestę, dając na grób fontannę, sztuczne ptaszki śpiewające, pozytywkę i mnóstwo dywanów. Humor psuje się Łęckiej jeszcze bardziej, kiedy dowiaduje się, że ojciec pieniądze na swoje wydatki wygrywa w karty, a na dodatek to właśnie Wokulski kupił ich serwis. Teraz jest już pewna, że Stanisław Wokulski jest jak myśliwy i zdobywca, a ona to zwierzyna, którą pragnie upolować. Stwierdza, że związek z nim już nawet nie byłby upadkiem, ale hańbą.
Rozdział VII. Gołąb wychodzi na spotkanie węża
W Wielką Środę Łęcka pod pretekstem dokonywania zakupów udaje się do sklepu Wokulskiego powozem, który pożyczyła od hrabiny. Obsługuje ją Mraczewski, a Izabela zalotnie się do niego uśmiecha i nie zwraca uwagi na Wokulskiego. Celowo zwraca się do Florentyny („Zapłać temu Panu”), ale podbiega Rzecki, kierując ją do kasy. W końcu Izabela pyta Wokulskiego, dlaczego kupił ich serwis. Mężczyzna twierdzi, że jedyną jego motywacją jest zysk. Bohaterowi nie podoba się zachowanie Łęckiej i jej flirt z Mraczewskim. Po jej odejściu Wokulski dochodzi do wniosku, że jego wcześniejsze zauroczenie panną Łęcką było chwilowe. Wypowiada się też krytycznie o wyższych sferach, dla których liczy się tylko nazwisko i pochodzenie, a nie człowiek.
Rozdział VIII. Medytacje
Patrząc na swój owo wykończony sklep, Wokulski nie czuje satysfakcji, lecz wstręt. Przechadzając się warszawskimi ulicami, zanurza się w ponurych myślach. Zastanawia się, czy nie odstąpić sklepu i nie wyjechać za granicę. Patrząc na przedświąteczny ruch w mieście zaczyna dostrzegać nędzę: „Oto miniatura kraju – myślał – w którym wszystko dąży do spodlenia i wytępienia rasy. Jedni giną z niedostatku, drudzy z rozpusty. Praca odejmuje sobie od ust, ażeby karmić niedołęgów; miłosierdzie hoduje bezczelnych próżniaków, a ubóstwo niemogące zdobyć się na sprzęty otacza się wiecznie głodnymi dziećmi, których największą zaletą jest wczesna śmierć. Tu nie poradzi jednostka z inicjatywą, bo wszystko sprzysięgło się, ażeby ją spętać i zużyć w pustej walce – o nic”. Widok ten sprawia, że mężczyzna powraca myślami do lat swojego dzieciństwa i młodości: kiedy łaknął wiedzy oddano go do sklepu z restauracją, kiedy ciężko nocami pracował będąc subiektem – wszyscy szydzili z niego, kiedy dostał się na uniwersytet-prześladowano go porcjami, które niedawno podawał gościom. Odetchnął dopiero na Syberii, gdzie mógł pracować, gdzie zdobył uznanie i przyjaźń. Wrócił do kraju prawie uczonym, lecz gdy w tym kierunku szukał zajęcia, odesłano go do handlu. A kiedy do handlu wrócił, stwierdzono, że się sprzedał i żyje na łasce żony. Dopiero po jej śmieci odetchnął nieco i wrócił do książek. I może nawet zostałby przyrodnikiem, gdyby w teatrze nie spotkał panny Łęckiej. Młoda kobieta siedziała w loży, ubrana w białą suknię. To właśnie wtedy bohater postanowił, że zdobędzie ogromny majątek i tym samym zbliży się do panny Izabeli. W realizacji tego planu pomógł Wokulskiemu Suzin, przyjaciel, którego znał jeszcze z Syberii. Wokulski przyjął udział w dostawach dla wojska, w związku z wojną w Bułgarii. Bohater wahał się, bo wiedział, że nie będzie mógł widywać Łęckiej. Ostatecznie po odwiedzinach u starego Żyda, doktora Szumana, postanowił wyjechać.
Z zadumy nad przeszłością wyrywa Wokulskiego Wysocki, jego dawny współpracownik, który ściągnął czapkę i pocałował Wokulskiego w rękę. Mężczyzna żali się, że żyje w nędzy, z małej lepiance, padł mu koń, utrzymuje się ze zleceń żony zajmującej się praniem.. Wokulski daje mu pieniądze – 10 rubli na święta i proponuje pracę. Mówi, że zarobi u niego ze trzy ruble na dzień. Po odejściu nieszczęśnika bohater stwierdza, że bardzo łatwo jest uszczęśliwić tych, którzy cierpią głód i żyją w nędzy. W końcu bohater dociera nad Wisłę. Nad brzegiem rzeki leżą stosy śmieci, gromadzą się pijacy i bezdomni. Uwagę Stanisława Wokulskiego zwraca kochająca się para – młoda kobieta cierpi na trąd, a mężczyzna na suchoty i nie ma nosa. Wokulski marzy o dzieciach, które dałaby mu Izabela i które różniłyby się od nędzarzy, których widział nad Wisłą. Po nim wzięłyby siłę, po Łęckiej piękność. Wracając, bohater zagląda w okna domów biedaków. Bpi się, co stanie się za kilka pokoleń. Stwierdza, że przecież jest na to proste lekarstwo – obowiązkowa praca, słusznie wynagradzana. Jednocześnie, sam przed sobą, zaczyna usprawiedliwiać Izabelę.
Kiedy Wokulski zjawia się w sklepie, zastaje tam baronową Krzeszowską oglądającą neseserki. Po chwili dołącza jej mąż. Para jest w separacji i kiedy tylko się widzi, nie szczędzi sobie złośliwości. Kiedy mężczyzna wybiera spinki w formie podkowy, Krzeszowska stwierdza, że na co podkowy ludziom, którzy nie mają za co utrzymywać koni. W końcu, kiedy mężczyzna wychodzi, kobieta pyta o to, ile mężczyzna jest winien. Kiedy Wokulski stwierdza, że rachunki są tajemnicą, kobieta zdradza, że długi ją obchodzą, ponieważ mężczyzna ten zgarnął jej majątek, o który toczy się proces. Wokulski ripostuje jednak, że stosunki pomiędzy małżonkami go nie obchodzą.
Wokulski zwalnia Marczewskiego, który okazuje się być kuzynem baronostwa, pomimo sprzeciwu Rzeckiego i baronostwa. Miejsce zwolnionego subiekta zajmuje pan Zięba, mężczyzna około 30-letni, nie tak przystojny jak Mraczewski, ale wyglądający poważniej i taktowniej.
Rozdział IX. Kładki, na których spotykają się ludzie różnych światów
Nadchodzi Wielki Piątek, a wraz z nim coroczna kwesta. Stanisław Wokulski przypomina sobie, że dziś i jutro hrabina i Izabela będą kwestowały przy grobach. Zastanawia się, czy iść do kościoła, w końcu posłał już dywany, ptaszki , pozytywkę, a nawet fontannę. W końcu wybiera się tam w Wielką Sobotę. Spostrzega, że tylko ubodzy modlą się. Ludzie zamożni przychodzą do kościoła, tylko po to, żeby brylować w towarzystwie. Wokulski zauważa Łęcką i hrabinę Karolową, ofiarowując sporą sumę pieniędzy. Hrabina jest wobec bohatera bardzo serdeczna i zaprasza go do siebie na święcone. Łęcka komentuje to w niewybredny sposób, ale po angielsku, zakładając, że Wokulski nie zna tego języka. Rozmowa schodzi na temat zwolnionego subiekta. Izabela się za nim wstawia, ale Wokulski nie zamierza przyjąć Mraczewskiego z powrotem. Obiecuje za to, że subiekt otrzyma dobrze płatną posadę w jednym z moskiewskich sklepów.
Obserwując pannę Izabelę z konfesjonału mężczyzna dostrzega jej znudzenie, W krytyczny sposób wypowiada się o swoim i jej zachowaniu, wspominając zakłamanie. Stwierdza też, że musi nauczyć się angielskiego i kupić powóz. Nagle bohater spostrzega jednak dwie inne kobiety. Jedna jest mocno pomalowana, druga, starannie ubrana stoi z córeczką tuż przy konfesjonale. Wokulski patrzy na tę ostatnią kobietę z czułością przewidując, że jest wdową. Przemyka mu nawet przez myśl, że mógłby założyć z nią rodzinę, gdyby nie zakochał się w Izabeli. Rozważa, czy nie dowiedzieć się, kim kobieta jest, bo wówczas mógłby jej pomóc.
Nagle Wokulski dostrzega, że do stolika hrabiny i panny Izabeli zbliża się elegancki młodzieniec i kładzie coś na tacy, a Izabela się rumieni. Po krótkiej rozmowie, cała trójka wychodzi z kościoła. Zajęty panną Izabelą Wokulski traci z oczu kobietę z dzieckiem. Postanawia jednak pomóc tej drugiej, krzykliwie ubranej, która wygląda na kobietę upadłą, grzesznicę. Bohater zabiera ją do pokoju Rzeckiego, by dowiedzieć się, dlaczego płacze. Dziewczyna opowiada o swojej nędzy, jednak rozczarowuje swojego dobroczyńcę, kiedy wspomina o sporze z gospodynią i o tym, że chciałaby, żeby kobieta zmarła. Mimo wszystko Wokulski pomaga dziewczynie, wysyłając ją do sióstr magdalenek. Kiedy po jej wyjściu pyta o nią Ignacy, Wokulski gorzko stwierdza, że „nie widział jeszcze podobnego bydlęcia” i że „tępienie ich do niczego nie prowadzi, bo ciągle się odradzają, więc (...) społeczeństwo musi się przebudować od fundamentów do szczytu, inaczej zgnije”.
W Wielką Niedzielę Wokulski idzie w odwiedziny do hrabiny Karolowej, gdzie biesiaduje cała śmietanka towarzyska. Wita go Tomasz Łęcki mówiąc, że jego przybycie łączy się z radosnym wydarzeniem. Wokulski jest przerażony, że chodzi o zaręczyny panny Izabeli, ale Łęcki opowiada, że pogodził się ze swoją siostrą, Joanną. Ukazanie się Wokulskiego w salonie wywołuje sensację, a hrabia stwierdza, że hrabina zaczyna sprowadzać kupców galanteryjnych. Toczy się dyskusja na temat jego majątku, a jeden z książąt stwierdza, że o Wokulskim było jedno zdanie – dostawa, której się on na wojnie tknął, była uczciwa.
Bohater zauważa Łęcką w towarzystwie tego samego młodzieńca, który był u jej boku w kościele, a który teraz nie spuszcza z niej oka. Hrabina chce poznać Wokulskiego z prezesową Zasławską, swoją najlepszą przyjaciółką, która jest bezdzietna i ma parę ładnych wnuczek. Zjawia się jedna książę, który wciąga Wokulskiego w rozmowę o bawełnianych fabrykantach i zagrożeniu, jakim dla nich jest pomysł Wokulskiego, by współpracować z fabrykantami moskiewskimi. Książę odwołuje się do poczucia obywatelstwa Wokulskiego, ale ten stwierdza, że wydaje się mu, że to po obywatelsku jest dostarczać konsumentowi tańszy wybór i złamać monopol fabrykantów. Rozmowę przerywa panna Izabela podchodząc do mężczyzn i pytając, czym można im służyć. Książę, kuzyn Izabeli, przedstawia jej Wokulskiego, ale ta stwierdza, że miała już przyjemność. Książe mówi, że Wokulski musi zbliżyć się do jego sfery, a na odpowiedź Wokulskiego, że jest dorobkiewiczem i nie ma tytułu ripostuje, że Ma jeden tytuł – uczciwość i drugi – pracę, trzeci- zdolność, czwarty – energię. Tego właśnie potrzeba do odrodzenia kraju.
W końcu hrabia prowadzi Wokulskiego do starszej kobiety, wspomnianej przez hrabinę prezesowej. Ta wypytuje Wokulskiego o ojca, a także stryja i pamiątki po nim. Nagle zaczyna płakać, kiedy dowiaduje się, że pamiątka po stryju, miniatura malowana na kości, paczka papierów i jeszcze druga miniatura zostały pochowane wraz z nim. Okazuje się, że Zasławska niegdyś kochała jego stryja, lecz niestety nie mogli być razem – on był bowiem ubogim żołnierzem, a ona była bogata i na dodatek była krewną dwóch jenerałów. Kobieta stwierdza, że bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość. Prezesowa Zasławska prosi swego rozmówcę, by wykonał nagrobek wujowi, zrobiony z kamienia, na którym siadywała z ukochanym i w którego sąsiedztwie spędzili wiele szczęśliwych chwil. Zachęca również Wokulskiego, by ją odwiedzał.
Odurzony Wokulski postanawia wrócić z przyjęcia piechotą. Na jednej z ulic zauważa mężczyznę, zwycięzcę jednej z ulicznych zabaw. Tłum wiwatuje na jego cześć, a po chwili o nim zapomina. Stanisław Wokulski dostrzega w tym mężczyźnie siebie i zastanawia się, czy to przestroga.
W tym czasie panna Izabela wróciwszy do domu od ciotki rozmawia z panną Florentyną mówiąc jej, że na przyjęciu był Wokulski. Dodaje, że jego obecność to zuchwalstwo, a na dodatek ciotka jest nim oczarowana, książę mu się narzuca, a wszyscy uważają go za jakąś znakomitość. Pani Florentyna smutno stwierdziła, że to bohater sezony, ale ich świat zachwycał się nawet cyrkowcami. Łęcka stwierdza, że boi się Wokulskiego.
Rozdział X. Pamiętnik starego subiekta
Rozdział ten to ciąg dalszy pamiętnika starego subiekta – Ignacego Rzeckiego.
Rzecki pisze o nowym sklepie, o tym, że mają piękny powóz, kasztanowe konie, a nawet lokaja. Subiekt wspomina rok 1848, kiedy to razem ze swoim przyjacielem, Augustem Katzem udał się na Węgry i obaj brali udział w powstaniu przeciwko panowaniu austriackiemu. Ignacy, za swe zasługi, został nawet mianowany oficerem wojsk powstańczych. Powstanie jednak upadło, a biorący w nim udział żołnierze musieli uciekać. Rzecki bardzo przeżywał wówczas śmierć przyjaciela, który popełnił samobójstwo. śmierci przyjaciela tułał się po całej Europie. Kiedy po wielu latach wrócił do kraju, trafił do rosyjskiego więzienia w Zamościu, co można z łatwością odczytać między wierszami. Dzięki pieniądzom Jana Mincla Rzecki wrócił do stolicy i zatrudnił się w sklepie swojego dobroczyńcy. Jan był zwolennikiem Napoleona, dlatego zdobył sympatię Ignacego, natomiast jego brat uważał, że Bonaparte miał niemieckie korzenie. Bracia sprzeczali się do końca życia, ale Jan bardzo przeżył śmierć brata. Rzecki wraca do tematu związanego z nowym sklepem i mieszkaniem. Stary subiekt nie kryje wzruszenia, kiedy Wokulski każe przenieść tam wszystkie jego rzeczy. Rzecki cieszy się, że jego nowy pokoik, przypomina ten z poprzedniego lokalu. Wokulski przyjmuje też nowych pracowników, wśród których jest jego przyjaciel z czasów zesłania, młody Szlangbaum. Stanisław, owładnięty miłością do Izabeli, niewiele czasu poświęca pracy, dlatego jego obowiązki spadają na Rzeckiego, który jest za wszystko wdzięczny przyjacielowi, ale martwi się o niego. Rzeckiemu wydaje się, że Wokulski żyje z dnia na dzień, bez celu i że nic go nie interesuje. Na dodatek wynajmuje ogromne mieszkanie, kupuje powóz i – jak zauważa Rzecki „pnie się do arystokracji”. Jednocześnie zakłada warsztaty biednym czeladnikom, pomaga Wysockiemu i jego bratu, opiekuje się prostytutką. Rzecki nie może zrozumieć tego braku logiki w działaniu. Po jakimś czasie Wokulski urządza uroczyste otwarcie sklepu połączone z przyjęciem, na które zaprasza wielu znamienitych gości. Główna uroczystość odbywa się w Sali Hotelu Europejskiego.
. W czasie wystawnego obiadu stary subiekt dowiaduje się od Mraczewskiego, że wszystko, co Stanisław Wokulski robi, robi dla panny Łęckiej. Doktor Szuman potwierdza słowa Marczewskiego mówiąc, że w Wokulskim stopiło się dwóch ludzi – romantyk sprzed roku 60. i pozytywista z 70. Prorokuje, że z Wokulskim będzie bardzo źle, bo tacy ludzie jak on wszystko naginają do siebie, albo natrafiwszy na wielka przeszkodę, rozbijają sobie łeb o nią.
Rozdział XI. Stare marzenia i nowe znajomości
Początek rozdziału to przedstawienie postaci Meliton. Ta była nauczycielka już po 30.roku życia wyszła za podstarzałego guwernera. Mężczyzna nie tylko pił, alei bił żonę, a kiedy umarł, ona również podupadła na zdrowiu. Zrezygnowała więc z posady nauczycielki i zajęła się rekomendowaniem nauczycieli, swatała też młode pary i we własnym mieszkaniu ułatwiała schadzki zakochanym, biorąc pieniądze za ułatwianie znajomości ludziom.
Pani Meliton od dawna znała się z Wokulskim, prędko też zauważyła jego zainteresowanie panną Izabelą. Oferowała mu zatem swoje usługi i zawarli pewien układ – on jej płacił hojnie, a ona udzielała mu wszelkich informacji o rodzinie Łęckich i związanych z nimi osobach z wyższego świata. Dzięki tym informacjom Stanisław miał szansę „przypadkowo” spotkać pannę Łęcką. Pewnego razu bohater wybiera się do Łazienek właśnie w tym celu, ale dostrzegając pannę Izabelę nie ośmiela się podejść, ona zaś stwierdza w rozmowie z hrabiną, że Wokulski wydaje jej się nieprzyjemnym. Innym razem, kiedy Wokulski planuje wyprawę do parku i ma przeczucie, że tym razem zbliży się do panny Izabeli. Już miał wychodzić, kiedy niespodziewanie zjawia się książę. Zabiera go do siebie, ma bowiem do niego sprawę, zaprosił swoich towarzyszy, by posłuchali o planach spółki Wokulskiego. Obaj biorą zatem udział w zebraniu, na którym Wokulski opowiada o swoim zamiarze zawiązania spółki do ułatwienia handlu pomiędzy Rosją i zagranicą, wykorzystując fakt, że Warszawa jest stacją handlową pomiędzy Europą wschodnią i zachodnią. Wokulski planuje uporządkować handel Warszawy z zagranicą, co stanowić ma połowę projektu, drugą zaś stanowi handel z Rosją, znajdują się tam bowiem towary poszukiwane w Polsce i tanie. Na zarzut, że to podkopywanie rodzimego przemysłu odpowiada, że przecież tak naprawdę fabryki są niemieckie.
Była blisko piąta po południu, kiedy zgromadzeni zaczęli się rozchodzić. W tej chwili Wokulski spostrzega, że z dalszych pokojów zbliża się do niego pan Łęcki w towarzystwie młodego człowieka, którego widział w towarzystwie panny Łęckiej. To kuzyn Łęckich, naukowiec, Julian Ochocki. Mężczyzna ukończył wydział przyrodniczy na uniwersytecie i mechaniczny na politechnice. Wokulski odkrywa z ulgą, że młodzieniec nie ma zamiaru się żenić, choć nie ukrywa, że Izabela mu się podoba, on pragnie jednak realizować się naukowo. Od tego momentu, Stanisław słucha naukowca z większą uwagą. Bohaterowie spacerują po Łazienkach, a Ochocki opowiada o tym, że chciałby zbudować maszynę latającą. Kiedy panowie się rozstają, Wokulski zastanawia się, czy Ochocki jest wariatem czy geniuszem.
Po rozstaniu z naukowcem nie wraca do siebie. Przysiada w Łazienkach, gdzie widzi zakochaną parę i opanowuje go żal i szyderstwo, błąka się po parku, ma myśli samobójcze i zdaje mu się, że przyszłość jest otchłanią, która pochłania wszystko. Nagle w głębi parku ktoś pyta go o godzinę i najwyraźniej szuka zaczepki. Wokulski sam jednak prowokuje obdartego mężczyznę i jego towarzyszy mówiąc, żeby go zabili. Niezrozumiałe zachowanie bohatera dziwi opryszków, którzy uciekają. Po powrocie do domu Wokulski otrzymuje od służącego list od pani Meliton i dowiaduje się, że kobieta była już u niego dziś dwa razy.
Rozdział XII. Wędrówki za cudzymi interesami
Wokulski dowiaduje się od pani Meliton o wystawieniu kamienicy Łęckich na licytację. Była nauczycielka informuje go również o wyścigach konnych, w których uczestniczy koń baronowej Krzeszowskiej. Rano u Wokulskiego zjawia się poznany u księcia Maruszewicz. Jako przyjaciel baronostwa, przychodzi w imieniu baronowej Krzeszowskiej, która pragnie sprzedać klacz wyścigową, mającą szansę na wygraną. Jednak sama baronowa jest ponoć zagorzałą przeciwniczką wyścigów. Klacz wyścigową kupiła dlatego, że baron potrzebując pieniędzy na pokrycie długu honorowego stwierdził, że zastrzeli się, jeśli nie dostanie 800 rubli, choćby za swoją ukochaną klacz, a poza tym baronowa nie życzy sobie, żeby jej mąż przyjmował udział w wyścigach. Maruszewski stwierdza, że koń jest na sprzedaż za 800 rubli, ale wypisując kwit sam do siebie mówi, że jest podły. Ostatecznie stwierdza, że ostatecznie za kilka dni zwróci baronowej 200 rubli i powie, że dołożył je Wokulski zadowolony z konia.
Kolejny krok Wokulskiego, to zakup kamienicy Łęckich. Wokulski chce ją jednak wcześniej zobaczyć, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Nieruchomość wydawała się bardziej żółta niż wszystkie inne warszawskie kamienice. Wokulski stwierdza, że kamienica jest brzydka. Jest trzypiętrowa, ma parę żelaznych balkonów i każde piętro zbudowane w innym stylu. W pewnej chwili, z oficyny wyszła kobieta z małą dziewczynką. Wokulski zastanawia się, skąd ją zna, a po chwili przypomina sobie, że wdział ją w kościele. Dzięki liście lokatorów dowiaduje się, jak się ona nazywa – Helena Stawska. W kamienicy mieszkają też studenci, na drugim piętrze baronowa Krzeszowska, w lewej oficynie Maruszewicz, emerytka Jadwiga Misiewicz. Wokulski jeszcze raz wyszedł z podwórza na ulicę, po czym skręcił w Aleję Jerozolimską, gdzie wziął dorożkę i pojechał do adwokata. Ten był przekonany, że Wokulski odwiedza go w sprawie spółki, ale ten stwierdził, że chce kupić kamienicę. Okazało się, że budynek chce licytować też baronowa Krzeszowska do 60 tysięcy rubli. Wokulski chce jednak, ku zdumieniu adwokata, kupić budynek za 90 tys., potrzebuje więc kogoś, kto w trakcie licytacji będzie podnosił cenę. Adwokat szybko zrozumiał intencję Wokulskiego i stwierdził, że w tej chwili ma w nim człowieka życzliwego i sprzymierzeńca. Przestrzegł jednak Wokulskiego, że popełnia błąd i nazwał go romantykiem. Wokulski poprosił o pomoc ojca Henryka Szlangbauma. Prosi, by obyty z interesami stary Żyd podbił cenę kamienicy do 90 tys.rubli. Żyd obiecuje, że zachowa wszystko w tajemnicy i że kogoś znajdzie. Kiedy wszystko jest już ustalone, Wokulski idzie obejrzeć klacz, spłaca długi barona Krzeszowskiego i postanawia zaopiekować się zwierzęciem. Wierzy, że jeśli koń wygra wyścig, to będzie oznaczało, że Łęcka go pokocha. W dziwny sposób utożsamia zachowanie klaczy ze stosunkiem, jaki ma do niego Izabela. Kilka dni przez wyścigami baron za pośrednictwem hrabiego-Anglika, chce odkupić konia, ale Wokulski się na to nie zgadza. Zastanawia się też, skąd wszyscy wiedzą, że kupił klacz i stwierdza, że Maruszewicz mu się nie podoba.
Rozdział XIII. Wielkopańskie zabawy
W dzień wyścigu Stanisław Wokulski budzi się już o 5 rano i jedzie, by zobaczyć klacz. Czas mija bardzo powoli. Na kilka chwil przed wyścigiem Wokulski obiecuje dżokejowi Yungowi dodatkowe 50 rubli, jeśli ten wygra. Izabela przybywa na wyścigi w towarzystwie ojca, hrabiny Karolowej i prezesowej Zasławskiej. Łęcki upewnia się, czy to właśnie Wokulski kupił klacz Krzeszowskiego i cieszy się, że spłatał baronowi figla, a jego córce zrobił przyjemność. Panna Izabela zwraca się do niego mówiąc, że założyła się z ciocią, że baron nie utrzyma swojej klaczy do wyścigów i wygrała, a drugi raz założyła się z prezesową, że klacz wygra. Wokulski w uniesieniu stwierdza, że jeśli Izabela chce, to klacz wygra, po czym oferuje swojemu dżokejowi dodatkowe 100 rubli. Klacz Wokulskiego zwycięża. Tłum skanduje jego nazwisko. Mężczyzna odbiera nagrodę i całą kwotę przekazuje Łęckiej na cele dobroczynne. Radość nie trwa jednak długo. Zjawia się bowiem Krzeszowski i umyślnie potrąca Wokulskiego. Dodaje również kąśliwą uwagę, zwracając się do panny Izabeli mówiąc, że wielbiciele Łęckiej triumfują na jego koszt. Wokulski bierze Krzeszowskiego na bok i mówi, że mężczyzna go potrącił. Ten przeprasza go, ale Wokulski stwierdza, że to mu nie wystarcza. Widząc ukłony, które wymieniają mężczyźni, Łęcki przewiduje awanturę. Zirytowana hrabina każe wracać do domu nie czekając na koniec wyścigów, ale Izabela zdąża jeszcze podziękować Wokulskiemu. Ten, ogłupiały z radości był jeszcze na jednym wyścigu, ale nie wiedział, co się wokół niego dzieje. Ostatecznie opuścił tor i pojechał do Szumana wyznając mu, że będzie miał pojedynek. Ten odnawia wystąpienia w roli lekarza, ale Wokulski uspokaja go, że będzie sekundantem, drugim ma być Rzecki.
Świadkiem Krzeszowskiego ma być hrabia-Anglik i jego towarzysz, uczony egiptolog. Hrabia stwierdza, że baron przyznaje się, że mógł potrącić pana Wokulskiego, bo jest roztargniony. Stwierdza, że baron może nawet listownie przeprosić Wokulskiego, ale Rzecki stwierdza, że nie ma upoważnienia do żadnych kroków pojednawczych. Omawiają zatem warunki pojedynku. Pojedynek ma się odbyć nazajutrz o godzinie 9. Przeciwnicy stają o 25 kroków, idą naprzód pięć kroków. Pojedynek ma trwać do pierwszej kropli krwi. Broń to pistolety gwintowane z muszami. Sporządzają z tych ustaleń protokół.
Wieczorem przed pojedynkiem Rzecki mówi Wokulskiemu, że to ludzie bardzo honorowi, a baron jest gotów go przeprosić. Wokulski jednak nie chce żadnych przeprosin. Rzecki wypytuje też przyjaciela, czy na wszelki wypadek pomyślał on o interesach, ale ten przerywa mu stwierdzając, że nie spotka go żaden wypadek.
Rabo baronowi przechodzi nienawiść do Wokulskiego i stwierdza, że draśnie go tylko w nogę. Ubolewa nad swoim położeniem, kiedy to kupczyk będzie do niego strzelał. Zastanawia się, czy w ogóle strzelać, ale przypomina sobie, że pojedynek ma być do pierwszej krwi. W tej chwili znów zaczyna się złościć i postanawia zabić Wokulskiego.
Ostatecznie pojedynek wygrywa Wokulski, który rani barona w twarz. Kula trafia właściwie w pistolet, którym Krzeszowski się zasłonił, a pistolet w szczekę. Ostatecznie baron traci ząb i zostaje draśnięty w policzek. Zwaśnione strony godzą się, ale Wokulski wyjaśnia, dlaczego wyzwał Krzeszowskiego na pojedynek. Nie chodziło o szturchnięcie, ale o to, że obraził Izabelę Łęcką. Rozstają się w zgodzie, zaś baron zastanawia się, skąd Wokulski umie tak dobrze strzelać.
Trzy dni po pojedynku Wokulski zaczyna uczyć się angielskiego, pomaga mu w tym niejaki pan Wiliam Colins. W czasie lekcji niespodziewanie zjawia się Maruszewicz, którego opłacił Szlangbaum, by sztucznie podnosił cenę, podczas licytacji kamienicy Łęckich. Mężczyzna mówi, że przeprasza, ale nie pomoże w licytacji. Stanisław domyśla się również, że to Maruszewicz rozpowiedział, kto kupił klacz barona Krzeszowskiego i stwierdza, że ten dużo wie o jego interesach. Sprytny mężczyzna wykorzystuje to. Następnego dnia prosi Stanisława o pożyczkę dla barona. Żąda 1000 rubli. Wokulski zgadza się na 400, chociaż widzi, że podpis Krzeszowskiego jest sfałszowany. Kolejną wizytę składa bohaterowi adwokat, który zajmuje się jego interesami. Przyznaje, że dziwne zachowanie Wokulskiego powoduje, że wspólnicy przestają mu ufać. Nie dość, że bierze udział w wyścigach, to jeszcze staje do pojedynku, a jeszcze całą wygraną oddaje na ochronkę. To z kolei zagraża powstaniu spółki. Adwokat sugeruje swojemu klientowi, żeby nie kupował kamienicy Łęckich na swoje nazwisko, jest nawet gotów podstawić swoją firmę. Stanisław zgadza się, ale stwierdza jednocześnie, że kupno tego budynku jest dla niego ważniejsze niż powstanie spółki. Wieczorem, tego samego dnia Wokulski otrzymuje od Tomasza Łęckiego zaproszenie na obiad. Łęcki zdradza w liście, że jest to wyraźne życzenie panny Izabeli, która pragnie go bliżej poznać. Stanisław niedowierza i czyta list kilkakrotnie. Później wyznaje Rzeckiemu, że „za takie szczęście odda życie”.
Rozdział XIV. Dziewicze marzenia
Rozdział ten jest poświęcony rozmyślaniom panny Łęckiej. Z jednej strony uważa Wokulskiego za kupca i dorobkiewicza. Gardzi jego czerwonymi dłońmi, co powoduje, że o żadnych bliższych relacjach między nimi nie może być mowy. Z drugiej jednak strony, podziwia jego odwagę i to, że pojedynkował się z baronem Krzeszowskim. Po wszystkim baron przeprosił ją listownie i posłał jej złamany ząb w kosztownym opakowaniu. Co więcej, Wokulski zyskuje aprobatę hrabiny Karolowej i prezesowej Zasławskiej. Wbrew sobie, Izabela zaczyna myśleć o Wokulskim, jak o kimś fascynującym i niezwykłym. Ciągle jednak nie chce pogodzić się z możliwością poślubienia człowieka pochodzącego z niższych sfer. To ona namawia ojca, by zaprosił Stanisława na obiad. Chociaż on również przyznaje, że zamierzał ją o to prosić, bo nie mogą trzymać się z dala od człowieka tak użytecznego. Izabela stwierdza, że to prawda, bo przecież nawet wierną służbę dopuszczają do niejakiej poufałości.
*Pamiętaj, że streszczenie jest tylko formą powtórzenia. Zachęcam do lektury książki*

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz