środa, 6 maja 2026

Lifestyle: Sekrety tropikalnych wysp

źródło: Pexels z Pixabay
Wydaje ci się, że porwanie przez dzikie plemię, zjedzenie przez ludożerców czy dzikie zwierzęta to wydarzenia już mało realne w obecnych czasach? Podróżujemy coraz częściej, coraz dalej, często decydujemy się na samotną podróż w nieznane. I mimo iż sposobem na zwiększenie bezpieczeństwa jest śledzenie przez rodzinę w mediach społecznościowych podróżnika, to często jednak nawet ten kontakt nie jest możliwy. Zresztą telefon czy świadomość, że bliscy wiedzą gdzie jesteśmy nie uchronią nas przed zatrutą strzałą, krwiożerczymi zwierzętami czy plemionami gustującymi w ludzkim mięsie. Wiele osób w takich podróżach życia straciło zdrowie, wiele straciło też życie. Przeczytajcie o sekretach tropikalnych wysp i zastanówcie się, zanim wybierzecie się w tamte rejony na wakacje.


Północna Wyspa Santinel

Czy w raju może czekać śmierć? Jak tragiczny może być finał głoszenia słowa Bożego? Na to pytanie mógłby odpowiedzieć John Allen Chau, który od dzieciństwa marzył o dalekich podróżach. Jego wzorem był brytyjski odkrywca David Livingstone, który jako pierwszy Europejczyk zbadał Afrykę na południe od równika, a pracę naukowca łączył z działalnością misyjną, szerząc chrześcijaństwo wśród spotkanych ludów. Urodzony 18 grudnia 1991 w małym amerykańskim miasteczku Chau chciał wieść takie właśnie życie.

Został zatem poszukiwaczem przygód. Wędrował po Parku Narodowym Północnych Gór Kaskadowych w USA, Izraelu i Afryce Południowej. Najbardziej jednak przyciągała go Północna Wyspa Santinel w archipelagu Andamanów na Oceanie Indyjskim, a także tamtejsza ludność. Mężczyzna chciał tam szerzyć chrześcijańską ewangelię.

Sentinel Północny ma zaledwie 72 kilometry kwadratowe powierzchni, co można porównać, do wielkości przeciętnej polskiej gminy. Wyspa została odkryta w XVIII wieku przez Anglików i zaznaczona na mapach, ale nigdy jej nie skolonizowano. Między innymi dlatego, że trudno do niej dotrzeć – ze wszystkich stron, w odległości kilometra od brzegu otacza ją rafa koralowa, przez którą nie przepłynie żaden statek. Jest na tyle tajemniczą wyspą, że z lotu ptaka widać na niej wyłącznie korony drzew.

Nie jest jednak wyspą bezludną. Żyją na niej Sentinelczycy, których populacja według różnych szacunków wynosi od 50 do 400 osób. Jest to lud tubylczy, który reaguje w agresywny sposób na każdą próbę zbliżenia się do nich i zasypuje przybyszów gradem strzał, niezależnie od tego, czy są to przyjaźnie nastawieni naukowcy czy rybacy z innych wysp bądź podróżnicy.

W 1974 roku na Sentinel przybyła ekspedycja zorganizowana przez National Geographic. Miała w planach realizację reportażu o najbardziej odizolowanej społeczności. Jednak członkowie ekspedycji nawet nie zdążyli wysiąść z łodzi, bo zostali ostrzelani przez tubylców. Jedna ze strzał – na szczęście nie zatruta – trafiła reżysera w udo. Mimo tych traumatycznych przeżyć, ekipa podjęła jeszcze jedną próbę kontaktu. Pojawili się z drugiej strony wyspy i pozostawili na plaży dary, by dać sygnał o swoich czystych intencjach. Z bezpiecznej odległości obserwowali, czy prezenty zostaną przyjęte, ale okazało się, że tubylcy …zakopali je w piasku. Ekspedycja musiała zatem zrezygnować.

Siedem lat później doszło do jeszcze bardziej krwawych wydarzeń. Sztorm wypchnął na rafę statek handlowy „Primrose”. Marynarze, chcąc ratować życie, w szalupach dobili do brzegu. Jednak gdy tylko wyszli na brzeg zostali zaatakowani. Udało im się zbiec na pokład, jednak tubylcy ruszyli za nimi próbując przejąć statek. Kapitan usiłował wezwać pomoc, ale był huragan i nikt nie mógł ruszyć na ratunek. Załoga broniła się wszystkimi dostępnymi narzędziami: drągami, siekierami, metalowymi elementami wyposażenia. Dopiero po tygodniu przybył helikopter i uratował rozbitków. Całe szczęście nikt nie zginął, ale byli ranni. „Pokojowy” kontakt z tubylcami udało się nawiązać tylko raz, w 1991 roku. Wówczas na Sentinel przybyła grupa indyjskich antropologów, którzy podarowali tubylcom orzechy kokosowe, wrzucając je do wody. Tubylcy wyłowili owoce i zabrali ze sobą. Następną partię orzechów pozostawiono już na plaży – ten dar również został przyjęty. Naukowcy powrócili po miesiącu, tym razem przekazując owoce bezpośrednio tubylcom i nawiązując z nimi kontakt, przez około godzinę. W ciągu trzech lat udało się naukowcom złożyć na Sentinel kilka krótkich wizyt, ale kiedy pojawili się tu znów w 1994 roku, gospodarze zaczęli do nich celować z łuków. Te wizyty pomogły ustalić, że styl życia tubylców nie uległ od wieków zmianie. Żywią się rybami, owocami i miodem, polują na dziki i duże jaszczurki. Mieszkają w chatach z paleniskiem, ale nie wiadomo, czy potrafią rozniecić ogień. Wykorzystują w codziennym funkcjonowaniu przedmioty z rozbitych statków. Nie udało się jednak ustalić, jakim językiem mówią, ani ile dokładnie ich jest – szacuje się, że populacja liczy od 50 do 400 osób.

W 2004 roku południowo-wschodnią Azje nawiedziło tsunami i władze Indii bali się o los tubylców. Wysłano im na ratunek śmigłowiec z pomocą, ale piloci zawrócili widząc skierowane w swoją stronę łuki. Wówczas zdano sobie sprawę, że szukanie kontaktu z plemieniem jest niebezpieczne dla obu stron, dlatego w 2005 roku wprowadzono całkowity zakaz zbliżania się do wyspy. Nie trzeba było nawet specjalnie tego pilnować – wystarczył fakt, że w 2006 roku do brzegu podpłynęło dwóch rybaków. Tubylcy zabili ich, zniszczyli łódź i nie pozwolili wysłanej ekipie zabrać ich ciał. I właśnie taką wyspę chciał ewangelizować Chau.

Do Indii mężczyzna przybył dzięki wizie turystycznej. Przekupił miejscowych rybaków, aby pomogli mu się dostać w jeden z najbardziej odizolowanych regionów świata. Zaryzykował, mimo iż ostrzegano go, że wizyta tam niesie za sobą śmiertelne niebezpieczeństwo. Do wyprawy przygotowywał się aż pięć lat i doskonale znał ryzyko.

15 listopada 2018 roku rybacy mieli go przetransportować w miejsce oddalone mniej niż pół mili od miejsca, a dalszą drogę mężczyzna pokonać miał kajakiem. Po dostaniu się na miejsce, Chau nawiązał kontakt z mieszkańcami po dostaniu się na ich wyspę. Przekazał im podarki, które – jak sądził – zapewnią mu ich przychylność. Mówił do nich „Jestem John” i „Jezus was kochał”, oni odpowiadali w swoim języku. Chau powtarzał zasłyszane słowa, a oni odpowiadali śmiechem i okrzykami. W pewnej chwili któryś z wyspiarzy strzelił w jego kierunku z łuku. Amerykanin odpłynął wtedy do czekającej na niego w bezpiecznej odległości łodzi rybackiej, ale następnego dnia - 16 listopada - powrócił na wyspę. Jedna z wystrzelonych przez wyspiarzy strzał trafiła w Biblię i Chao uznał, że znak, by kontynuował swoją misję.

Rybacy nie widzieli mężczyzny aż do 17 listopada. Później zaobserwowali, jak tubylcy ciągną jego ciało po piaszczystej plaży i zakopują je. Rybacy wrócili do Port Blair i powiedzieli przyjacielowi Chau, co zaszło, a ten powiadomił rodzinę Amerykanina. Władze Indii wszczęły śledztwo. Ukarani zostali rybacy, którzy pomogli Chau dostać się na wyspę i przyjaciel samozwańczego misjonarza. Podjęto również starania o odzyskanie zwłok – z misją obserwacyjną wysłano helikopter, a wzdłuż brzegu wyspy płynęła łódź patrolowa. Lądowanie uznano jednak za niemożliwe, bowiem turyści zachowywali się agresywnie. Sentinel pozostał zatem miejscem wiecznego odpoczynku Johna Chau, zaś od listopada 2018 roku do wyspy nikt już się nie zbliżył. I niech tak pozostanie …


Archipelag Markizów 

Stefan Ramin, 40-letni doradca finansowy z Niemiec, Słowa Bożego głosić nie zamierzał, lubił natomiast podróżować. Woje urodziny postanowił potraktować jako datę graniczną i w końcu ruszyć w drogę. Kupił zatem jacht i pod koniec 2008 roku wypłynął wraz ze swoją partnerką, Heike Dorsch w rejs dookoła świata. Para zwiedziła m.in. Madagaskar i Karaiby. Jednak wizyta na archipelagu Markizów, wyspie Polinezji Francuskiej, skończyła się tragicznie. W sierpniu 2011 roku para dotarła do leżącego na środku Oceanu Spokojnego archipelagu, jednego z najbardziej odludnych miejsc na planecie ziemskiej. Para, która całą podróż dokumentowała na blogu podróżniczym, na zwiedzanie Markizów chciała przeznaczyć kilka miesięcy szczególnie, że w książkach podróżniczych teren ten opisywano jako raj na ziemi, a jego urokowi uległ nawet malarz Gauguin, który spędził tu ostatnie lata życia. Pojawiały się jednak i głosy doświadczonych żeglarzy, którzy ostrzegali, że może tam być również niebezpiecznie. Herman Melville, autor „Moby Dicka”, który wiele lat spędził na statkach wielorybniczych przedstawiał wyspiarzy, jako „nałogowych pożeraczy ludzkiego mięsa”.

Na wyspie Nuku Hiva Ramin wybrał się na polowanie w towarzystwie zarejestrowanego przez władze przewodnika. Jednak z wyprawy ów przewodnik, 31-letni Henri Haiti, wrócił sam. Narzeczonej mężczyzny, 37-letniej Heike, powiedział, że Ramin miał wypadek, jest ranny i potrzebuje pomocy. Kobieta wyczuła, że mężczyzna kłamie i nie chciała iść z nim do dżungli. Haiti najpierw ją zgwałcił, a potem przywiązał do drzewa i uciekł. Ukrywał się przez dwa miesiące, ale ostatecznie oddał się w ręce policji.

Wkrótce po ucieczce przewodnika i zaginięciu niemieckiego turysty natrafiono na pozostałości paleniska, w którym odnaleziono fragmenty ludzkich szczątków, m.in. zęby i kości szczęki. Pojawiły się podejrzenia, że przewodnik zabił i zjadł fragmenty ciała 40-letniego mężczyzny. To, co pozostało, miało zostać spalone. Badania wykazały, że odnalezione w zgliszczach zęby niemal na pewno należały do zaginionego Niemca. Poza tym w promieniu kilkudziesięciu metrów znaleziono resztki jego ubrań, a także kości i fragmenty ciała.

Jeśli już planujecie wakacyjne wypady pamiętajcie, by omijać te egzotyczne i nęcące tajemnicami miejsca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz