wtorek, 3 lipca 2018

Atrakcje Małopolski: Dolina Będkowska i "Brandysówka"

Aż trudno uwierzyć, że przysłowiowy rzut kamieniem od Krakowa, są takie miejsca, jak urocza Dolina Będkowska, będąca prawdziwym rajem dla miłośników natury, dobrego jedzenia, włóczęgi z plecakiem i … wspinaczki skałkowej. Dolina jest największą (i śmiało można nazwać ją najpiękniejszą) z dolin Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Niezaprzeczalne są zarówno jej walory estetyczno-krajobrazowe (skałki wapienne, rzeka, lasy, łąki, wodospad, jaskinie), przyrodnicze, geologiczne, a także historyczne (m.in. związana z Brandysówką historia polskiego taternictwa). Przebiegają przez nią szlaki turystyki pieszej, rowerowej oraz edukacyjnej. Nie było zatem możliwości, żeby przebywając w Paczółtowicach nie zajrzeć także i tu, choć byliśmy świadomi, że czeka nas co najmniej 25-km wędrówka z psem (w obie strony). Ostatecznie okazało się, że z uwagi na dużą grupę, której spodziewała się właścicielka naszego gospodarstwa musimy zmienić lokum, wybraliśmy zatem okolice Doliny Będkowskiej (o tym w kolejnych wpisach), ale i tak warto było tu wędrować, by zrobić mały rekonesans. 

Nasza droga znów zaczynała się w Rezerwacie Przyrody Dolina Racławki, skąd – podobną trasą jak w przypadku dojścia do Radwanowic – przeszliśmy przed Dubie aż do Szklar (nie skręcaliśmy w prawo na Radwanowice).

fot. J.Gul

Szklary to wieś położona w województwie małopolskie, w powiecie krakowski, w gminie Jerzmanowice-Przeginia, w środkowej części Doliny Szklarki. Po raz pierwszy została wymieniona w dokumencie z dnia 13 listopada 1329 roku, który został wydany przez króla Władysława Łokietka. Dokument ten stanowił zezwolenie dla szklarza Hermana na założenie wsi w lesie zwanym Hutnicą. Do 1590 roku. Szklary były własnością królewską w starostwie ojcowskim, dopiero Zygmunt III Waza wyłączył Szklary ze starostwa ojcowskiego i przekazał jako samodzielną dzierżawę Marcinowi Borzęckiemu. 

W XVIII wieku we wsi istniał folwark, stał tu również dwór, browar, młyn oraz karczma. W XIX w. do czasu Powstania Styczniowego w 1863 roku właścicielami Szklar byli m.in.: Konstanty Wolicki, Wojciech Prędowski, a po nim jego syn Henryk, od którego kupił wieś Aleksander Przeździecki, znany historyk i miłośnik starożytności. Do 1830 roku wieś stanowiła własność rządową. W tymże roku została wystawiona na licytację i przeszła na własność prywatną. W 1892 roku Szklary zakupił hrabia Ludwik Krasiński i przekazał w spadku swojej córce Ludwice Czartoryskiej, której własnością były do 1945 roku. Z dawnej zabudowy wsi do dziś zachowało się jeszcze kilka drewnianych domów z początku XX wieku. 

Prawdziwy urok wsi tkwi przede wszystkim we wznoszących się nad nią malowniczych wapiennych skałkach: Jedlina, Bukowa Góra, Magazyn i najwyższa z nich Brodło, u podnóża której wybudowano kościół pw. św. Maksymiliana Marii Kolbego (po erygowaniu w 1987 r. parafii w Szklarach). Budowany w latach 1990–1994 kościół wg projektu architekta Przemysława Gawora, konsekrował kardynał Franciszek Macharski. W 2005 r. biskup Stanisław Dziwisz ofiarował kościołowi figurkę Matki Bożej Fatimskiej z pokoju papieża Jana Pawła II. Niestety kościół był zamknięty, ale zajrzałam do środka i stwierdzam, że zdecydowanie warto tam kiedyś wrócić.

fot.J.Gul
Zainteresowała nas wmurowana w kościelny mur tablica, mówiąca o odprawianiu w Szklarach mszy przez Jana Pawła II. Jeśli macie na ten temat jakieś informacje, piszcie proszę w komentarzach lub na prv.

fot. J.Gul

Niedaleko kościoła znajduje się pomnik poświęcony powstańcom z 1863 roku. W czasie powstania styczniowego, w dniu 5 kwietnia 1863 roku na terenie Szklar miała bowiem miejsce potyczka oddziału powstańczego płk. Józefa Grekowicza, który to oddział liczył ok. 160 strzelców z wojskiem carskim, zakończona rozproszeniem oddziału ochotników. Po raz pierwszy oddziały Grekowicza zostały zaatakowane rankiem, Niedzieli Wielkanocnej 1963 roku. Kolejne trzy ataki Rosjan nie złamały oporu powstańców, jednak przypadkowe przekroczenie granicy przez dowódcę i jego aresztowanie przez Austriaków oraz brak nadziej na przybycie posiłków sprawiły, że dowódcy zdecydowali się wycofać oddział za granicę austriacką. Walka trwała ponad trzy i pół godziny, zaś większość nazwisk biorących w niej udział powstańców (około 70 proc.) pozostaje nieznanych. 

Pomnik poświęcony powstańcom
fot.J.Gul

Pomnik upamiętniający to wydarzenie nie robi wrażenia. Może dlatego, że teren wokół niego jest zaniedbany, wszędzie rozrzucone są śmieci, zaś trawa i krzewy, które się tam rozpleniły, dawno wymagają przycięcia. 

Od pomnika poszliśmy dalej, wciąż szukając żółtego szlaku, po czym nagle napotykając na szlak czarny. Już wiedzieliśmy, że prawdopodobnie zostaliśmy wprowadzeni w błąd co do koloru szklaku albo coś przeoczyliśmy, choć oznaczenie szlaku czarnego również mogło nie istnieć – na tym odcinku było fatalne, w efekcie czego nadrobiliśmy około kilometr drogi. Całe szczęście, że widoki rekompensowały świadomość, że jesteśmy w samym środku niczego i tak naprawdę nie potrafimy ustalić, czy dobrze idziemy.

fot. J.Gul

fot. J.Gul
Całe szczęście, że ostatecznie udało nam się wyjść w Kobylanach (dobrze, że właściciel pobliskiej ziemi zawrócił nas z błędnie obranej drogi) i na reszcie zidentyfikować na mapie naszą lokalizację. Pojawiły się też mapy, w tym ta, pokazująca kolory szlaków i ich przebieg.

fot. J.Gul

Nieludzko zmęczeni wypatrywaliśmy miejsca, gdzie mieliśmy nadzieję na gorącą kawę i solidny obiad. Już wcześniej znaleźliśmy w sieci Gospodarstwo Rybackie Dolina Będkowska, gdzie – teoretycznie – w malowniczym otoczeniu lasów i stawów można zjeść świeżutką rybkę (a nawet ją sobie złowić) i odpocząć od zgiełku miasta. Stawy owszem i były, niestety z wypatrzonej ławeczki i ich podziwiania musieliśmy z powodu gwałtownego wiatru zrezygnować. Postanowiliśmy rozsiąść się zatem w środku, ignorując wszechobecny smród oleju, którym przesiąknięta jest cała, mało estetyczna zresztą podłoga. Niestety nie byliśmy w stanie wybrać nic z oferty smażalni – nie oferowała filetów, a na pierogi z rybnym farszem czy kotleciki rybne nie mieliśmy ochoty. Porcja ryby za 27 zł (brak informacji o wadze), również nas nie skusiła. Postanowiliśmy zamówić tylko kawę i ruszyć dalej, posiłkując się własnymi skromnymi już zapasami. Wspomniana kawa (cena 5 zł) okazała się być lurowatą cieczą – ja z desperacji wypiłam, natomiast P. odstawił już po jednym łyku kategorycznie odmawiając konsumpcji. Może to i lepiej, bowiem siedzenie przy brudnym stoliku (czystego nie stwierdzono) w śmierdzącej atmosferze nie było wskazane. 

fot. J.Gul

fot. J.Gul
Dobrze się jednak stało, bowiem mieliśmy szansę skorzystać z oferty kulinarnej położonej nieco dalej „Brandysówki”, mieszczącej się właśnie w Dolinie Będkowskiej. Wiedzie tam prosta droga od Gospodarstwa, a konieczność około 30-minutowej wędrówki wynagradzają widoki. Przechodząc mijamy bowiem „Sokolicę” o wysokości dochodzącej do 80 m, co sprawia, że jest ona najwyższą – poza Tatrami – skałą w Polsce udostępnioną do zwiedzania. Jest to równocześnie jedna z najpiękniejszych jurajskich skalnych ścian, dawniej zwana również „Grodziskiem”, bowiem jest ona jednocześnie podstawą starego grodziska z czasów państwa Wiślan (IX-X w.). Do dzisiaj zachowały się jego potężne wały, usypane od wschodu, a więc tam, gdzie urwiste skały nie broniły dostępu do twierdzy.

fot. J.Gul

Zarówno sama Dolina, jak i Brandysówka powiązane są z początkami polskiego taternictwa. To tutaj, już od lat 20. ubiegłego wieku, trenowali prekursorzy wspinaczki skałkowej (grupa „Pokutników”), korzystając często z gościny ówczesnych gospodarzy Brandysówki. Rodzina Brandysów nabyła część Doliny Będkowskiej w II połowie XIX wieku. Ówczesny gospodarz. Kacper Brandys, postanowił wykorzystać wartko płynącą rzekę Będkówkę i założył tu młyn wodny. Po śmierci Kacpra gospodarstwo przejął syn Władysław, dobudowując tartak i przebudowując część mieszkalną gospodarstwa. Wspomniany młyn doskonale prosperował od powrotu Władysława z wojny polsko-bolszewickiej do II wojny światowej, kiedy to produkcja żywności była rekwirowana przez okupanta (młyn działał wówczas nielegalnie nocą, mieląc zboża dla okolicznych mieszkańców). Wówczas też Władysław wraz z żoną udzielali schronienia i wiktu partyzantom, z czego korzystał m.in. Stanisław Szwalbe (późniejszy zastępca B.Bieruta) czy Tadeusz Śliwiński, PS. "Boruta”. Po wojnie młyn oficjalnie funkcjonował do 1956 roku, kiedy to władze PRL wydały nakaz o zaprzestaniu produkcji (choć wciąż jeszcze kilka następnych lat działał potajemnie). 

Związki Brandysówki z taternictwem rozpoczęły się natomiast w latach 20. XX w., kiedy to w Dolinie Będkowskiej trenowali wspomniani pionierzy wspinaczki wysokogórskiej (m.in. B.Nowosielski), znajdując u Władysława i Marii nocleg i ciepły posiłek. Marii Brandys przypisuje się nawet autorstwo nazwy skały „Pokutnica” – kobieta miała kiedyś zażartować pytając, za jaką pokutę wspinacze muszą tak się męczyć. Z Doliną związana była również grupa Łojantów, sporadycznie bywali tu też inni wybitni wspinacze i himalaiści, m.in. Wanda Rutkiewicz czy Jerzy Kukuczka. 

fot. J.Gul
Od chwili, kiedy zobaczyliśmy Brandysówkę wiedzieliśmy, że właśnie tu chcemy przenieść się z Paczółtowic. Niestety było już pełne obłożenie, a nie mieliśmy namiotu, żeby zanocować na polu namiotowym. Skorzystaliśmy natomiast ze wspaniałej kuchni, z której Brandysówka również słynie. P. postawił na solidny posiłek, czyli pierogi z mięsem oraz pierogi ruskie (bez problemu mogliśmy poprosić o pół porcji takich i takich), polane bogato skwarkami oraz herbatę z cytryną (którą uznał za najlepszą herbatę, jaką pił) – za pierogi zapłaciliśmy 15 zł, za herbatę 4 zł. Ja natomiast, najedzona niesionymi kabanosami, postanowiłam rozpuścić podniebienie pysznym i esencjonalnym, rozkosznie wilgotnym ciastem marchewkowym – olbrzymia porcja kosztowała 4 zł. Tym samym za 23 zł mieliśmy niebiańską ucztę i solidny, prawie półgodzinny odpoczynek na wygodnych siedzeniach.

fot. J.Gul

Kolejne odwiedziny w "Brandysówce" i naleśniki z musem jabłkowym - pycha (po lewej stronie), i nieco mniej smaczne naleśniki z dżemem truskawkowym (po prawej). Oba warianty w cenie 12 zł.
fot. J.Gul
I kolejny przetestowany w "Brandysówce" zestaw: rewelacyjne piwo regionalne o łagodnym smaku - 8 zł oraz bardzo dobre (choć marchewkowe lepsze) ciasto bananowe - 4 zł
fot. J.Gul

Mimo iż Dolina kusiła, to wiedzieliśmy, że przed sobą mamy przynajmniej 10 km drogi powrotnej. Dlatego zdecydowaliśmy się iść tylko nad malowniczy Wodospad Szum, zwany również Szerokim (ok. 5 minut od Brandysówki). Jest to największy naturalny wodospad na Jurze, którego progi tworzą wychodnie górnojurajskich wapieni. Wodospad jest pomnikiem przyrody – na progu skalnym o wysokości 5 m.U stóp wodospadu tworzy się niewielkie rozlewisko, w okresie naszego pobytu niezbyt jednak okazałe.

Naprzeciwko wodospadu podziwiać można ostaniec Iglica o wysokości 25 m, czyli jedną z najbardziej charakterystycznych skał w Dolinie. Sąsiaduje ona z rozległym, skrytym za drzewami masywem Cmentarzyska, które dzieli się na Prawe i Lewe Cmentarzysko oraz Cyrk Cmentarzyska. Z kolei tuż za wodospadem, skręcając w lewo, podziwiać możemy Skałę Babkę, zwaną również malowniczo Dupą Słonia (czy jest podobna - oceńcie sami).

fot. J.Gul
W drodze powrotnej, dzięki napotkanym mapom zdecydowaliśmy się znów (naiwnie) zaufać szlakowi żółtemu, który znów na pewnych odcinkach zawodził, niknąc nagle w polu czy na rozstajach dróg, Ostatecznie jednak udało nam się sporo skrócić trasę dzięki temu, że kierowaliśmy się bezpośrednio na Brodło.

fot. J.Gul


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz