Oran to brzydkie miasto w Algierii znajdującej się w orbicie wpływów francuskich w roku 194... (chodzi o lata 40. XX wieku), kiedy to doszło do przytaczanych wypadków. Mieszkają tutaj głównie handlarze. Rozrywek jest mało, bo mało kto ma również czas na przyjemności. Wszyscy szybko i intensywnie pracują. Nie ma tutaj czasu na chorowanie, długie odchodzenie, umiera się więc najczęściej w samotności.
Narrator rozpoczyna ten rozdział od ogólnego przedstawienia miejsca wydarzeń, które rozegrały się w Oranie – mieście zbudowanym na płaskowyżu rozciągającym się na algierskim wybrzeżu. Sam nie chce się przedstawić, ale obiecuje, że zrobi to w odpowiednim momencie. Nazywa siebie historykiem. Wspomina o nieprzewidzianych przez niego wypadkach, które ma zamiar opisać, stwierdza że był ich naocznym świadkiem, co niejako stawia go w obowiązku występowania jako kronikarza.
Dnia 16 kwietnia doktor Bernard Rieux, wychodząc ze swojego gabinetu, natyka się przed drzwiami na martwego szczura i zgłasza to dozorcy Michelowi. Ten nie chce uwierzyć, twierdzi bowiem, że szczurów w domu nie ma, a zdechły szczur leżący na widocznym miejscu byłby dodatkowo przejawem niespotykanego nieporządku. W Dońcu uznał to za dowcip – ktoś musiał przynieść z zewnątrz martwe zwierzę. Doktor jednak tego samego dnia zauważa po powrocie do domu kolejnego konającego gryzonia, który szedł niepewnie w jego kierunku, a po chwili upadł z krwawiącym pyskiem. Rieux udał się do siebie, ale zapomniał o zdarzeniu, bowiem jego myśli zajęte były ciężko chorą od roku żoną, która następnego dnia ma wyjechać do uzdrowiska w górach.
Następnego dnia okazuje się, że szczurów jest coraz więcej. Michel mówi wychodzącemu doktorowi o trzech zakrwawionych szczurach, które znalazł niedawno na środku korytarza. Stary dozorca w chwilę po ich znalezieniu czatował na ewentualnych dowcipnisiów, ale nikogo nie udało się przyłapać. Bernard idzie na obchód po biednych dzielnicach Oranu i tam widzi walające się odpadki i kolejne nieżywe gryzonie. Swojemu pacjentowi, staremu Hiszpanowi, mówi, że wszędzie jest pełno martwych szczurów.
Po powrocie do domu Bernard zastaje żonę gotową do drogi. Odwozi małżonkę i towarzyszącą jej pielęgniarkę na dworzec i umieszcza w wagonie sypialnym. Para czule się żegna. Wychodząc z dworca Rieux wpada na sędziego Othona, który z synkiem czeka na powrót swojej żony. Rozmawiających mija człowiek z klatką pełną martwych szczurów, co doktorowi utkwiło w pamięci.
Po południu do doktora przychodzi młody dziennikarz– Raymond Rambert, który ma napisać artykuł o algierskich Arabach i warunkach ich życia. Pyta o warunki sanitarne, w jakich żyją, ale Rieux nie udzielił mu odpowiedzi bowiem okazało się, że dziennikarz nie będzie mógł prawdopodobnie napisać całej prawdy, a doktor nie znosił niesprawiedliwości i kłamstwa. Doktor sugeruje, by dziennikarz przyjrzał się raczej historii martwych szczurów. O siedemnastej, wychodząc na kolejny obchód pacjentów, doktor spotyka pod gabinetem Jeana Tarrou, który przyglądał się przedśmiertnym konwulsjom kolejnego szczura. Tarrou uważa nagłe pojawienie się zdychających masowo gryzoni za ciekawe, gdyż dotąd nic takiego nie miało miejsca. Okazuje się, że z dnia na dzień jest ich bowiem coraz więcej. Wracając doktor spotyka ponownie dozorcę, który czuje się podle, ale przyczyny tego stanu upatruje w troskach wywołanych przez zdechłe szczury. Dtary Michel dowiedział się też o znajdowaniu martwych gryzoni w sąsiednich budynkach.
19 kwietnia rano Rieux odbiera z dworca matkę, która przyjechała mu pomóc i zająć się domem podczas nieobecności żony. Poważnie zaniepokojonemu doktorowi obecność matki dodaje otuchy, zaraz też dzwoni do dyrektora miejskiej służby odszczurzania - Merciera, aby służba zajęła się martwymi gryzoniami. Ten mówi, że w samym urzędzie znaleziono 50 zdechłych i zakrwawionych gryzoni. Pojawia się zaniepokojenie wśród mieszkańców. W kolejnych dniach szczury masowo pojawiają się na ulicach, gdzie zdychają. Dziennie jest ich po kilkadziesiąt tysięcy, ale w końcu ich liczba zaczyna gwałtownie spadać. 28 kwietnia agencja Infdok przekazała przez radio informację o tym, że zebrano 8 tys. szczurów. W mieście zaczęła szerzyć się panika, którą jednak następnego dnia uspokoiło doniesienie agencji o ustaniu zjawiska. Jednak tego dnia w południe do Rieux z pomocą ojca Paneloux trafia dozorca Michel, który wygląda na poważnie chorego, wszystko go boli. Okazało się, że wyszedł na spacer, ale zawrócił z powodu silnego bólu szyi i pach oraz pachwin. Rieux wyczuwa poważny obrzęk na szyi. Zamierza przyjść do Michela po południu.
Do Rieux dzwoni Joseph Grand, prosząc, aby przyjechał do kamienicy. Chodzi o niedoszłego samobójcę, którego udało się uratować. To Cottard – przedstawiciel pewnej winnicy. Grand na szczęście był w pobliżu i w porę odciął samobójcę. Doktor nie stwierdził poważniejszych uszkodzeń u przytomnego już mężczyzny, który błagał, by lekarz nie składał obowiązkowego meldunku na komisariacie. Po wyjściu Rieux oznajmia jednak Grandowi, że meldunek musi złożyć, ale poprosi komisarza o zwłokę w przeprowadzeniu śledztwa. Po powrocie do domu Rieux udaje się do dozorcy, który jest już w bardzo złym stanie, gorączkuje, wymiotuje żółcią i krwią, ciało ma opuchnięte, poczerniałe usta i plamy na szyi. Cierpi z powodu silnego bólu głowy i brzucha, dręczy go też pragnienie. Rieux nie ma pojęcia co mu jest, zaleca pić dużo płynów, zleca dietę i środek oczyszczający krew. Dzwoni do znajomego lekarza Richarda, który ma dwóch pacjentów z podobnymi objawami. Wieczorem dozorca miał 40-stopniową gorączkę i majaczył. Następnego dnia wydaje się, że stan dozorcy jest nieco lepszy, jest to jednak tylko chwilowe, ponieważ w południe jego stan jest już agonalny. Doktor decyduje o konieczności przewiezienia chorego do szpitala, a dozorca umiera w ogromnym cierpieniu w karetce.
Głos zabiera narrator we własnym imieniu, przytaczając przez chwilę treść notatek Jeana Tarrou. Jean to nieznajomy przebywający w mieście od kilku tygodni. Jest człowiekiem zamożnym i przybył do Oranu w poszukiwaniu spokoju wewnętrznego. Jego jedyną rozrywką były spotkania z licznie zamieszkującymi w mieście hiszpańskimi muzykami i tancerzami. Od początku robi notatki, tyle tylko, że skupia się na pojedynczych wydarzeniach, a nie jak Rieux – na całym planie. Zwraca on na przykład uwagę na staruszka zdezorientowanego brakiem kotów podczas zdarzenia ze szczurami. Tarrou wspomina też o momencie, kiedy usłyszał od dyrektora hotelu o pierwszych przypadkach zachorowań. Opisuje też dokładnie wygląd Rieux jako mężczyzny wyglądającego na 35 lat, średniego wzrostu, o mocnych ramionach i kwadratowym zarysie twarzy, ciemnych oczach i dużym regularnym nosie oraz pełnych wargach. Według Tarrou Rieux „wygląda na człowieka zorientowanego w sytuacji”.
Następuje powrót do przerwanej opowieści. Po odizolowaniu ciała Michela, Rieux dowiaduje się od Richarda o kolejnych dwóch przypadkach śmierci spowodowanej gorączką. Przez kolejnych kilka dni podobne wieści uzyskał również od innych lekarzy. Z dnia na dzień przybywa chorych pacjentów. Rieux podejrzewając, że to może być epidemia choroby zakaźnej sugeruje konieczność izolacji pacjentów, ale jego podpowiedzi nie zostają wzięte pod uwagę. Richard stwierdza bowiem, że nie jest upoważniony do podjęcia takich działań i może jedynie porozmawiać z prefektem.
W kilka dni później doktor jest obecny przy dochodzeniu związanym z próbą samobójstwa Cottarda, najpierw jednak odwiedza Granda, który określa swojego sąsiada jako „desperata”. Przyczyną prowadzącą do próby miały być „kłopoty natury osobistej”.
W Oranie pogoda się zmienia na duszną i wilgotną. Do Rieux docierają wieści o kolejnych pacjentach cierpiących na gorączkę, spuchnięte gruczoły pod pachami i na szyi. Wszystkie te osoby umierają. To prowadzi do oczywistego wniosku dotyczącego epidemii. Do Rieux przyjeżdża doświadczony lekarz Castel. Mężczyźni dochodzą do zgodnego wniosku, że chodzi o dżumę. Castel sam znał tę chorobę z Chin, gdzie przebywał jakiś czas, oraz z Paryża. Wiadomość szybko dociera do mieszkańców. Wielu z nich zdaje się nie przejmować tym, co się dzieje. Prasa też nic nie pisze o chorobie, co może wynikać nie tylko z obawy przed szerzeniem niepokoju, ale i z faktu, iż władze ą przekonane, że postęp cywilizacyjny wykreślił tę chorobę z listy zagrożeń.
Pojawia się komentarz narratora, dotyczący przemyśleń i przeżyć doktora Rieux związanych z zaistniałą sytuacją. Tak jak inni mieszkańcy nie dopuszczał on do siebie możliwości wybuchu zarazy. Przypomina sobie historię 30 wielkich epidemii dżumy, które zebrały w ciągu wieków około 100 000 000 ludzi. Próbuje uzmysłowić sobie ogrom tej liczby, ale nie jest w stanie. W końcu wyrywa się z kręgu tych rozmyślań o nadchodzącej niewiadomej i powraca do racjonalnego rozumowania, zdając sobie sprawę, że „najważniejsze to dobrze wykonywać swój zawód”.
Jego rozmyślania przerywa przybycie Josepha Granda, który przynosi doktorowi kopię sporządzonego przez siebie wykazu zgonów. Wraz z nim zjawia się też Cottard. Doktor wybiera się do laboratorium, dlatego wychodzą razem, jednak tuż po zapadnięciu zmroku Grand pożegnał towarzyszy i udał się do domu, by zająć się swoją pracą. Rieux bardzo ceni Granda, mimo że ten od lat nie dostał obiecanego awansu w merostwie. Domyśla się, że staruszek wieczorami pisze książkę, gdyż jego marzeniem było zawsze precyzyjnie nauczyć się wyrażać własne myśli i uczucia.
Następnego dnia doktorowi udaje się doprowadzić do tego, że w prefekturze zbiera się komisja sanitarna, która ma rozważyć kwestię zagrożenia i podjąć odpowiednie kroki zapobiegawcze. Nie wszyscy są gotowi przyjąć tezę o dżumie. Rieux nie zależy zaś na klasyfikacji, ale ratowaniu ludzi. Tylko Castel podzielał w pełni opinię Rieux i nie obawiał się wypowiedzieć słowa „dżuma” w powiązaniu z niepokojącą chorobą. Głównym oponentem Rieux był Richard, który poddawał w wątpliwość jego rozpoznanie. W końcu jednak doktorowi udaje się przekonać administratorów do podjęcia środków ostrożności, choć są one dalekie od oczekiwanych. Nie mówi się wprost o dżumie, natomiast nakazuje się zgłaszać wszystkie przypadki gorączki i spuchniętych gruczołów, a także nie przeciwstawiać się izolowaniu chorych w specjalnych oddziałach szpitala. Należy też poddać dezynfekcji pomieszczenia, w których leżeli chorzy. Te zbyt ostrożne sformułowania irytowały Rieux tym bardziej, że dowiedział się od Granda o 12 przypadkach śmiertelnych, w ciągu ubiegłej doby. Od Josepha dowiedział się również o tym, że Cottard po zabójczym zamachu się zmienił – niegdyś był zamknięty w sobie i stronił od ludzi, teraz potrafił cierpliwie słuchać. Joseph wysnuł wniosek, że człowiek ma sobie coś do zarzucenia i stara się pozyskać sobie ludzi. Doktor Rieux sądził jednak, że to nieco nienaturalne zachowanie jest raczej wywołane obawą przed chorobą.
Nazajutrz Rieux cały dzień spędził na wizytach u chorych i rozmowach z ich rodzinami. Jednym z podstawowych problemów była narastająca niechęć do oddawania chorych do szpitala. Doktor miał też do pokonania inne problemy. Zamówiona już dość dawno szczepionka nie nadchodziła, zaś Richard do którego telefonował z napomnieniem, że są potrzebne bardziej radykalne środki, takie jak np. nadzór nad pogrzebami znów odparł, że nie może nic zrobić. Castel doszedł do wniosku, że po wyginięciu szczurów zarazę roznoszą w dalszym ciągu pchły.
Pogoda się poprawia, czuć wiosnę, co również sprzyja rozwojowi choroby. Po kilku dniach – zgodnie z przewidywaniami Rieux – liczba zgonów zastraszająco wzrosła. Telefon do prefektury wywołał wreszcie reakcje. Zaniepokojony rozwojem wydarzeń prefekt zamierzał zwrócić się o pomoc do Urzędu Generalnego Gubernatora. Kolejnego dnia zmarło 40 osób. Prefekt obiecał zaostrzyć podjęte środki: dezynfekcja i zamkniecie mieszkań, w których przebywali chorzy, obowiązek kwarantanny dla rodzin oraz odpowiedni nadzór nad pogrzebami. Tydzień później przywieziono samolotem szczepionkę, która jednak mogła wystarczyć zaledwie dla tych, którzy w tej chwili podlegali leczeniu.
W mieście życie płynęło jakby nic strasznego się nie wydarzyło. Przez pewien czas wydawało się, że epidemia ustępuje, notowano już 12 zgonów dziennie. Jednak pewnego dnia liczba znów doszła do 30. W końcu gubernator wysyła do prefekta depeszę, w której rozkazuje ogłosić epidemię dżumy zamknąć miasto.
II
Zgodnie z zarządzeniem zamknięto bramy i nikogo nie wypuszczano z miasta ani do niego nie wpuszczano. Przerwano też komunikację ze światem zewnętrznym. Ograniczono też do nagłych przypadków korzystanie z połączeń telefonicznych, gdyż mieszkańcy miasta pragnący kontaktu z najbliższymi doprowadzali do przeciążenia sieci międzynarodowej. Pozostał jedynie telegraf, przez który każdy mógł przesłać wiadomość złożoną z maksimum 10 słów.
Izolacja miasta wzmacnia poczucie solidarności. Część rodzin zostaje rozdzielona, ponieważ ci, którzy w ostatnich dniach wyjechali z miasta, teraz nie mogą do niego powrócić. Z każdym dniem tęsknota jest większa. Nie jest to także prosta sytuacja dla osób takich jak dziennikarz Rambert, dla których zamknięcie to izolacja nie tylko w obcym mieście, ale i kraju. Niestety sytuacja jest coraz trudniejsza.
Po zamknięciu bram oraz portu zamarł handel, bowiem przestały przychodzić transporty kolejowe. Mieszkańcy miasta zaczynali okazywać rozdrażnienie wywołane sytuacją, wznosili protesty do prefekta. By uświadomić ludziom skalę zagrożenia, prefekt zaczął publikować regularne komunikaty o liczbie zmarłych. W piątym tygodniu doniesiono o 321 zmarłych, w szóstym o 345. Wzrost ten zaniepokoił mieszkańców, ale nadal uważało, że jest to stan przejściowy. Pod koniec miesiąca wprowadzono ograniczenia w rozdziale żywności i benzyny. Do Oranu przybywały już tylko niezbędne produkty. Rozpowszechniło się przekonanie o skuteczności alkoholu jako środka mogącego zapobiegać zarazie, co spowodowało duży wzrost jego spożycia.
W dwa dni po zamknięciu bram doktor Rieux spotkał Granda, który opowiedział mu historię swojego życia. Wcześnie ożenił się z dziewczyną z sąsiedztwa. Aby zapewnić sobie utrzymanie przerwał studia i osiadł na posadzie. Z czasem dzięki wytężonej pracy, stawał się coraz bardziej przemęczony, co miało wpływ na życie rodzinne. Stan finansowy też nie uległ znacznej poprawie. Po kilku latach jego żona Jeanie zmęczona monotonią odeszła. Grand zdawał sobie sprawę, że popełnił błąd zaniedbując się w okazywaniu małżonce swoich uczuć i chciał to naprawić. Te wspomnienia trzymały go nieco z dala od zarazy i otaczającej go rzeczywistości.
Trzy tygodnie później Rieux spotyka Raymonda Ramberta, który czuje się zagubiony i prosi lekarza o wystawienie zaświadczenia, że nie jest zarażony. Wyznaje, że w Paryżu czeka na niego ukochana, on zaś nie umie zrozumieć, dlatego władze uniemożliwiają mu powrót do domu. Walczy, aby w prefekturze uzyskać zgodę na wyjazd. Rieux odmawia wydania zaświadczenia i tłumaczy mu, że tutaj chodzi przede wszystkim o bezpieczeństwo. Rambert stwierdza, że doktor najwyraźniej nie rozumie uczuć dwojga kochających się ludzi, którzy są zmuszeni pozostawać w przymusowym odosobnieniu. Sam Rieux kieruje jednym z trzech szpitali pomocniczych. Z czasem wydaje się coraz bardziej obojętny na cierpienia chorych.
Miesiąc po wybuchu epidemii odbył się tydzień modlitw, zakończony uroczystą mszą. Jezuita, ojciec Paneloux, wygłasza płomienne kazanie, w którym dżumę prezentuje jako karę za grzechy, za odwrócenie się od Boga. Namawia do modlitwy i zwrócenia się w stronę Boga. Miał liczne audytorium, bowiem w niedzielny poranek zwykle oblegana była plaża, tymczasem kąpiele zostały zakazane. Kazanie, którego nastrój wspierała szalejąca ulewa, wywarło duże wrażenie na słuchaczach.
Pewnego wieczoru doktor Rieux spotkał Granda, który opowiada o pracy nad książką. Wyznaje, że napisał już sporo, ale zdarzają się dni, kiedy pracuje nad wyborem jednego słowa. Urzędnik pragnął, by jego dzieło olśniło wydawcę i wkłada bardzo wiele wysiłku w prace. Pokazuje u pierwsze zdanie: „W piękny poranek majowy wytworna amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego”. Mimo aprobaty i zainteresowania Rieux nie chce ujawnić, jak akcja rozwija się dalej. Wychodząc od urzędnika doktor dostrzegł dwóch mężczyzn, którzy zmierzali w stronę bram miasta z zamiarem zmylenia czujności stojących tam straży i ucieczki. Był to jeden z przejawów utraty zdrowego rozsądku spowodowanej poczuciem beznadziejnego uwięzienia.
Pod koniec czerwca, niedługo po pamiętnym kazaniu, nadeszła fala upałów sprzyjających rozprzestrzenianiu się choroby. W mieście ciągle narastało niezadowolenie. Patrole żandarmerii prawie siłą zmuszone były rozpędzać ludzi gromadzących się pod bramami.
Tarrou w swoich notatkach zauważa zmianę sposobu podawania informacji o zmarłych – zamiast kompletnych, dużych liczb, podaje się częściej mniejsze dane. Tarrou obserwuje cały czas także staruszka z balkonu, który czeka na koty, a te dalej się nie pojawiają. Tarrou wspomina o kazaniu ojca Paneloux i wspólnej wizycie z Rieux u starego pacjenta, astmatyka, który od wielu lat nie wstaje z łóżka, czas odlicza, przerzucając ziarna grochu, a jednocześnie marzy o jak najdłuższej starości. Rarrou opisuje także powszedni dzień miasta. O godzinie szóstej ustawiają się kolejki po gazety, następnie przeładowane tramwaje przewożą masy ludzi z miejsca na miejsce. Niedługo później otwierane są sklepu, w których brakuje już masy produktów. Około 11 na ulicach pojawia się duża liczba spacerujących młodych mężczyzn i kobiet. W południe zapełniają się restauracje , co pozwala uniknąć nieco problemów związanych ze zdobyciem żywności. Około godziny drugiej miasto pustoszeje.
Rieux jest przepracowany. Ukrywa przed matką, że serum na dżumę nie działa, spuchniętych węzłów już nie sposób przecinać, a dżuma przeszła w odmianę płucną, która jest jeszcze bardziej niebezpieczna.
Pewnego wieczora do Rieux przychodzi Tarrou, który chce zorganizować ochotnicze oddziały sanitarne, aby usprawnić walkę z chorobą. Rieux się zgadza, ale podkreśla, że oznacza to ryzyko zakażenia. Gość wyraża niezadowolenie z powodu małej energii wkładanej przez prefekturę miasta w przeciwdziałanie epidemii. Zapytany o to, czemu walczy z chorobą, jeśli nie wierzy w Boga, doktor mówi, że gdyby wierzył, to wówczas pozostawiłby Bogu troskę o chorych i przestał się nimi przejmować. Lekarz podkreśla jednak, że rywalizuje z Bogiem, ale jego sukcesy są tymczasowe. Okazuje się, że to lekarz z powołania, który jako syn robotnika miał niewielkie szanse, aby zostać lekarzem. Rieux informuje Tarrou, że jako członek oddziałów sanitarnych będzie musiał się zaszczepić przeciwko dżumie. Następnego dnia Tarrou ma już pierwszą grupę ochotników. Ruszają one przede wszystkim do najbardziej przeludnionych dzielnic. Do aktywnie działających w walce z chorobą zalicza się też doktor Castel, który cały swój wysiłek włożył w przygotowanie surowicy przeciwko dżumie, ponieważ dostawy z zewnątrz zaspokajały w minimalnym stopniu potrzeby. Rieux wiąże z surowicą ogromne nadzieje.
Sekretarzem formacji sanitarnych zostaje Grand, który ze względu na swój wiek i pracę w urzędzie, mógł poświęcić temu ograniczony czas. Obok ofiarnego niesienia pomocy zmaga się również ze swoją książką, co powoduje u niego roztargnienie. Jego szef, niezadowolony z jego postawy, gani go za zaniedbania, które przypisuje uczestnictwu w drużynach sanitarnych. Grand nie jest w stanie przerwać pracy nad powieścią, mimo iż boleje nad swoim roztargnieniem i przyznaje pod tym względem swojemu przełożonemu rację. Doktor Rieux i Tarrou byli świadkami jego udręki, a czasem próbowali pomóc, podrzucając właściwe słowo dla wyrażenia jakiejś myśli.
Rambert po wyczerpaniu oficjalnych możliwości, zaczyna szukać mniej legalnych dróg opuszczenia miasta. Kiedy Rambert żali się Rieux, do gabinetu przychodzi także Cottard. Okazuje się, że ten ostatni zna sposób wydostania się z miasta, sam z niego nie skorzystał, ale sporo zarobił na kontrabandzie różnego rodzaju towarów. Za odpowiednie pieniądze wyjście okazuje się możliwe, Cottard i Rambert umawiają się z człowiekiem „od wyjść”. Cottard poznaje sędziego śledczego Othona, którego za plecami nazywa swoim wrogiem numer jeden.
Rambert i Cottard spotykają się z Raulem, który zgadza się przeprowadzić całą operację za odpowiednią kwotę 10000 franków. W ciągu następnego dnia poznają także Gonzalesa, który ma pomóc w ucieczce Ramberta i znaleźć „odpowiednich ludzi”, po czym dać odpowiedź dziennikarzowi po dwóch dniach. W międzyczasie Rambert opowiada o swoich planach Rieux. Doktor nie gani jego starań, a nawet okazuje zrozumienie dla jego pragnień. Mówi też o dalszym rozszerzeniu się epidemii oraz o przyjeździe dziesięciu lekarzy i stu osób personelu pomocniczego. Doktor Rieux uważa jednak, że to zbyt mała liczba personelu, jeśli epidemia się jeszcze rozszerzy. Rambert obawia się, że Rieux postrzega go jako tchórza. Rieux życzy mu jednak jak najlepiej. Wchodzi Tarrou, który ogłasza, że ojciec Paneloux przyłączył się do formacji sanitarnych.
Przygotowania Ramberta do wyjazdu w pewnym momencie wyhamowują. W umówiony czwartek dziennikarz udaje się o godzinie 8 do katedry, gdzie spotyka Gonzalesa, ale dowiaduje się, że ludzi, którzy bezpośrednio mogą mu pomóc wydostać się z miasta spotka dopiero następnego dnia. W piątek o tej samej porze przy pomniku poległych Oranu Gonzales poznaje go z dwoma młodymi żołnierzami, Marcelem i Luisem, którzy co pewien czas pełnią wartę przy bramie miasta. Ponieważ za dwa dni rozpoczynali służbę przy bramie zachodniej wraz z dwoma żołnierzami zawodowymi, postanowili ulokować dziennikarza u siebie niedaleko bramy, by można było oczekiwać na odpowiedni moment. Następne spotkanie ze strażnikami miało odbyć się za dwa dni w hiszpańskiej restauracji. Nazajutrz Rambert spotkał w hotelu Tarrou, który zaproponował mu spotkanie z doktorem Rieux. Umówili się na wieczór w hotelowym barze. O godzinie 23.00 Tarrou wraz z doktorem pojawili się w umówionym miejscu. Dziennikarz podzielił się z nimi swoją radością ze zbliżającego się wyjazdu. Tarrou wyraził swoje rozczarowanie, ponieważ miał nadzieję, że dziennikarz przyłączy się do jednej z drużyn sanitarnych. W niedzielę o 19.30 Rambert zajął miejsce w restauracji, jednak czekał tam do 21.00 nadaremnie. Następne pół godziny spędził jeszcze w kawiarni naprzeciwko restauracji, jednak dwaj żołnierze się nie pojawili. Następnego dnia udał się do doktora Rieux, który powiedział, że Cottard będzie nazajutrz wieczorem. Kiedy zatem o oznaczonej godzinie pojawił się znów u doktora, spotkał tam Cottarda i Tarrou, a Cottard umówił się z nim w kawiarence, gdzie po raz pierwszy spotkał się z Garcią. Tam wyznaczyli potkanie Garcii, który pojawił się następnego dnia rano twierdząc, że być może żołnierze nie mogli opuścić dzielnicy zamkniętej w celu sprawdzenia zameldowania. Dwa dni później Rambert spotkał się ponownie z Gonzalesem, który zaproponował, by nazajutrz udać się do Marcela i Luisa. Nie zastali ich, postanowili się zatem z nimi spotkać następnego dnia na placu du Lycee. Tego samego wieczoru do dziennikarza przyszli doktor Rieux i Tarrou, którzy byli ciekawi, jak posuwa się sprawa z wyjazdem. Obaj mężczyźni dowiedzieli się, że Rambert brał udział w wojnie domowej i dla niego ważne jest tylko poświęcenie, życie lub śmierć dla ukochanych osób, inne odmiany bohaterstwa go nie interesują. Dziennikarz zaatakował obu gości twierdząc, że łatwo im przychodzi poświęcać się dla innych, ponieważ nie mają nic do stracenia. Po tych słowach doktor Rieux wychodzi, ale Tarrou zostaje jeszcze chwilę, by poinformować dziennikarza, że żona doktora przebywa w sanatorium kilkaset kilometrów od Oranu. Dziennikarz zostaje sam ze swoim zdumieniem, a następnego dnia dzwoni do Rieux i proponuje mu swoją pomoc do czasu wyjazdu. Doktor przyjmuje ofertę.
III
Szczyt epidemii przypada na połowę sierpnia i przenosi się z dzielnic biedoty położonych na obrzeżu miasta do dzielnic handlowych, leżących bliżej centrum. Władze podejmują zatem decyzję o izolowaniu najbardziej zakażonych dzielnic. Pojawiają się podpalacze, rośnie liczba kradzieży, niektórzy podejmują próbę ucieczki. Władze wprowadzają coraz surowsze kary za przestępstwa, niewiele to jednak daje. Pochówki są coraz szybsze. Chodzi o maksymalne ograniczenie ryzyka jakiegokolwiek zakażenia, z czasem zakazuje się też obecności bliskich na pogrzebach. Po pewnym czasie zaczyna brakować trumien i miejsca na cmentarzu. Powstają więc dwa masowe groby – jeden dla kobiet, drugi dla mężczyzn. Ciała zasypuje się niegaszonym wapnem. W końcu w mieście powstaje krematorium. Pracujące przy grzebaniu zmarłych ekipy są bardzo narażone na niebezpieczeństwo zakażenia i wielu z nich rzeczywiście zapada na dżumę, która we wszystkich przypadkach kończy się śmiercią. Jednak ochotników do tej pracy nie brakuje, gdyż zapłata jest bardzo atrakcyjna.
Narrator opisuje dramat rodzin rozdzielonych z chorymi, a także przytłoczenie tych zdrowych koniecznością walki o przetrwanie.
IV
Nadszedł wrzesień i deszczowy październik, a choroba nie ustępuje. Rieux dostrzega, że członkowie formacji sanitarnych są zdecydowanie przemęczeni, a swoje zadania wykonują z obojętnością. Doktor Rieux, Rambert, Tarrou i Grand nie zwracali już uwagi na statystyki i stracili rachubę zmarłych. Rambert zarządza jedną ze stacji kwarantanny. Przykłada się do swoich obowiązków, mimo że jest przekonany, że lada dzień uda mu się w końcu uciec z miasta.
Rieux nie dowierzając telegramom od żony, kontaktuje się telefonicznie z lekarzem sanatorium, od którego dowiaduje się, że stan jego żony się pogorszył. Tarrou przeprowadza się do Rieux, ponieważ jego hotel zostaje przerobiony na kolejną stację kwarantanny.
Rieux jest przez wielu krytykowany za brak empatii, on jednak walczy o utrzymanie sprawności. Sam już zaniedbuje zasady własnej higieny i zabezpieczanie się przed dżumą, nie ma zresztą na to czasu . Wyczerpanie zdaje się nie dotykać jedynie Cottarda, który trzyma się na uboczu, jednak nie izoluje się od innych. Dużo uwagi w swoich notatkach poświęca mu Tarrou. Jego i Cottarda zaczyna łączyć przyjaźń. Tarrou obserwuje go dokładnie, pisze, iż Cottard, nad którym za jakieś dawne grzechy ciążyłoby w normalnej rzeczywistości widmo śledztwa i więzienia, należał w tym momencie do jednej wielkiej grupy skazanych oczekujących łaski. Razem odbywają spacery po ulicach miasta, obserwując zmianę w obyczajowości mieszkańców. Dostrzegali oni, jak ludzie w obliczu pewnej śmierci zaczynają naprawdę korzystać z życia. Wychodzą też do opery na „Orfeusza i Eurydykę”. Przedstawienie to było regularnie i niezmiennie grane co piątek od początku zarazy, gdyż odtwarzał je zespół, który został uwięziony w Oranie przez dżumę. Tego wieczoru w trzecim akcie był moment, w którym śpiewak grający Orfeusza rozkraczony i z rozsuniętymi rękami upadł, ogrywając scenę śmierci. Ta pozycja tak charakterystyczna dla chorych na dżumę sprowadził publiczność do poziomu ponurej rzeczywistości, a sielankowa dekoracja i nagła zmiana nastroju wywołały piorunujący efekt – wszyscy rozchodzą się szybko, ale w milczeniu.
Rambert pracuje wytrwale u boku Rieux, a jego ucieczka jest przekładana z tygodnia na tydzień. Rieux donosi Rambertowi, że szanse na ucieczkę maleją i musi się pospieszyć. Dziennikarz jest zdziwiony zachowaniem doktora, ale ten tłumaczy mu, że nie może nikogo pozbawiać szczęścia. W końcu Rambert dostaje informację, że nazajutrz ucieczka będzie możliwa. Rambert i Tarrou udają się do Rieux. Tarrou informuje doktora, że obowiązki Ramberta przejmie ojciec Paneloux. Rambert, Tarrou i Rieux jadą wspólnie do domu doktora. W drodze dziennikarz oznajmia, że po przemyśleniu sprawy doszedł do wniosku, że sprawa zarazy dotyczy również jego, dlatego postanowił zostać i pomóc przyjaciołom w zmaganiach w dżumą.
Castel doprowadził do końca prace związane z wyhodowaniem nowej szczepionki, którą postanowiono podać jako pierwszą synkowi sędziego Othona, który jest w beznadziejnym stanie. Ponieważ z działaniem szczepionki wiązano duże nadzieje, wokół łóżka małego pacjenta od czwartej nad ranem czuwali: Rieux, Castel, Tarrou, a później dołączył jeszcze ojciec Paneloux, Grand i Rambert. Chłopiec jęczał i zwijał się z bólu przez kilka godzin, jednak serum tylko przedłużyło jego cierpienia, gdyż dziecko jednak kona. Oglądanie jego agonii było dla wszystkich wielkim wysiłkiem. Doktor Rieux stracił nawet panowanie nad sobą, gdyż miał również w pamięci prośbę matki o uratowanie dziecka i jej ufność w skuteczność działań lekarskich. Pod wpływem tych przeżyć doktor zaatakował słownie ojca Raneloux, wyrzucając mu jego pamiętne słowa o dżumie jako karze za grzechy. Lekarz stwierdził, że nie jest w stanie kochać świata, w którym „dzieci są torturowane”. Po chwili jednak Rieux opamiętał się, ale – jak stwierdził jezuita – nie dał się przekonać o istnieniu łaski i o tym, że działa dla zbawienia człowieka. Lekarz twierdzi, że zarówno on, jak i kapłan wspólnie kroczą drogą znoszenia zła i walki z nim, choć ich nastawienie do zła się bardzo różni.
Ojciec Paneloux od początku swojej działalności w formacjach sanitarnych ofiarnie pracował dla dobra chorych. Obserwacja agonii syna sędziego bardzo go zmienia. Pewnego razu zaproponował doktorowi, aby przyszedł do kościoła na kazanie, które miało mieć związek z rozprawą przygotowaną przez jezuitę na temat: „Czy kaplan może radzić się lekarza?”. Kościół jest wypełniony jedynie w trzech czwartych, bowiem od początku panowania dżumy ludzie odeszli w dużej mierze od praktyk religijnych, zaczęli sobie za to cenić różne przepowiednie. W Oranie zaczyna się szerzyć wiara w przesądy, przepowiednie Nostradamusa i innych. Rieux przychodzi na kazanie, które zupełnie nie przypomina pierwszego. Motywem kazania było cierpienie niewinnych dzieci w odniesieniu do wiary w Boga. Kapłan uznał owo cierpienie za jedną z tajemnic, która mimo wysiłków nie może zostać przez człowieka zrozumiana, ale równocześnie nie może zostać pominięta w rozważaniach i nie powinna prowadzić do poszukiwania tego, co jest dobrodziejstwem. Kaznodzieja stwierdza również, że w czasach trwania zarazy lub jakiegokolwiek innego kataklizmu zaburzającego „normalny” porządek życia i wiary, nie wolno ani zaniechać działań związanych z wyjściem z pozornie ciężkiej czy beznadziejnej sytuacji, ani zaniechać środków ostrożności i rozsądnego postępowania oraz starać się czynić dobro innym ludziom. W trakcie kazania pojawia się My zamiast Wy, ton jest łagodniejszy, a dżuma staje się nie karą, a najokrutniejszą próbą i jednocześnie nauką dla chrześcijanina. Paneloux mówi o cierpieniu, o jego akceptacji, o błogosławieństwie, jakie płynie z cierpienia. Na zarzut fatalizmu odpowiada, że proponuje fatalizm czynny, z którego wyciąga się naukę. Nie wszyscy duchowni są zgodni z myśleniem Paneloux, niektórzy słuchacze wynieśli z tego kazania wrażenie, że ojciec Paneloux jest bliski herezji. Pewien diakon stwierdził również, że wspomniana rozprawa jezuity nie uzyska aprobaty władz kościelnych. Stanowisko jezuity bliskie jest natomiast Tarrou, któremu Rieux je streszcza.
Kilka dni później Paneloux przenosi się do domu pewnej „starej i pobożnej pani”. Pewnego ranka gospodyni zastaje go w łóżku złożonego gorączką i dusznościami. Przez wiele godzin duchowny nie godzi się na wezwanie lekarza, mimo że jego stan pogarsza się błyskawicznie. Chorego dręczy silny kaszel i wrażenie, że w głębi gardła tkwią mu blokujące oddech kawałki waty. W dwa dni później stwierdził, że sprowadzenie lekarza nic już mu nie pomoże , ale zgodził się wezwać doktora Rieux. W południe został zabrany do szpitala , gdzie Rieux stwierdził, że oprócz obrzęku gardła i duszności kapłan nie ma innych objawów dżumy. Chory nie życzył sobie niczyjego towarzystwa, prosił jedynie o krucyfiks, który trzymał od tej pory w rękach. Gorączka coraz bardziej się wzmaga, podobnie jak kaszel. Następnego dnia rano kapłan umiera, choć jego przypadek jest wątpliwy – nie wiadomo, czy to rzeczywiście dżuma.
W listopadzie nikt nie obchodzi święta zmarłych, bo – jak mówi Cottard – od początku epidemii każdy dzień to święto zmarłych. Śmiertelność od pewnego czasu utrzymuje się na stałym poziomie. Istnieje nadzieja, że epidemia w końcu zacznie się cofać. Rosną ceny artykułów pierwszej potrzeby, więc część mieszkańców Oranu cierpi jeszcze bardziej. Biedni domagają się pozwolenia na przeprowadzkę do sąsiednich wsi. Prefektura stara się zachować spokój, sposobem mają być kolejne obozy kwarantanny i izolacji.
Tarrou opisuje obóz mieszczący się na stadionie miejskim. Nadzoruje go Gonzales, który miał wcześniej wyprowadzić Ramberta z miasta. Mieszkańcy obozu wydają się cały czas na coś czekać, najgorsza wydaje się ich bezczynność i brak jakiegokolwiek zajęcia. Na Tarrou i Ramberta czeka sędzia śledczy, który prosi o przekazanie podziękowań Rieux za opiekę nad jego zmarłym synem. Pod koniec listopada Tarrou opowiada swoją historię doktorowi Rieux. Jego ojciec był zastępcą prokuratora generalnego, który wydawał się synowi wyjątkowo moralnym człowiekiem. Miał jedną pasję – kolejowy rozkład jazdy Chaixa, w którym znajdowały się informacje o kursowaniu pociągów w całej Europie. Rozkładu tego uczył się na pamięć i często z pamięci podawał zachwyconemu synowi szczegóły dotyczące rozmaitych tras czy czasu przejazdu pociągu pomiędzy poszczególnymi stacjami. Pewnego razu chłopiec został zaproszony przez ojca na jedną z rozpraw sądowych. Na ławie oskarżonych siedział wówczas bardzo niespokojny, niewysoki mężczyzna, któremu groziła kara śmierci. Stary Tarrou w roli prokuratora okazał się być całkiem innym niż w życiu rodzinnym człowiekiem. Walczył o karę śmierci dla winowajcy i osiągnął swój cel. Później jeszcze, zgodnie z przepisami, poszedł na egzekucję. Od tego czasu młody Tarrou zaczął nienawidzić sądów, wyroków śmierci i egzekucji. Egzekucje odbywały się wcześnie rano, wiec ojciec udając się na nie, wstawał wcześniej niż zwykle. Kiedy pewnego razu – w rok później – pożyczył od syna budzik i rankiem wyszedł, po powrocie nie zastał już syna w domu. Chciał, aby wrócił, ale młody Tarrou zagroził, że jeśli zostanie do tego zmuszony, popełni samobójstwo. Po śmierci ojca zabrał żyjącą jeszcze matkę do siebie. Po jej śmierci zajął się polityką i zaczął zwalczać m.in. karę śmierci. Po pewnym czasie jednak zaczął wierzyć, że w dążeniu do powstania „lepszego” świata, kilka osób trzeba uśmiercić. Kolejnym przełomem był egzekucja, którą oglądał na Węgrzech. W odległości 1,5m od skazańca stał pluton egzekucyjny, zaś kule wymierzone w serce wyrwały u skazańca wielką dziurę. Od tej pory młody Tarrou uważał, że nie wolno nikomu przyznawać prawa do wydawania wyroku śmierci w imię jakichś wyższych racji, stan zaś taki uważał za swoistą dżumę. Doszedł też do wniosku, że należy odrzucić każde postępowanie, które prowadzi do odebrania komuś życia, albo w sposób bezpośredni je odbiera. Wszyscy ludzie dzielą się według niego na trzy kategorie: zarażonych, ofiary i lekarzy. Tych ostatnich, którzy walczą ze śmiercią, jest za mało. Tarrou postanowił zawsze stawać po stronie ofiar i w ten sposób dążyć do wejścia do trzeciej kategorii, której osiągniecie według niego było równoznaczne z osiągnieciem spokoju. Uważał też, że jedyną drogą do osiągniecia spokoju, jest „sympatia”. Po tej rozmowie mężczyźni udali się na plażę, na którą mogli wejść dzięki odpowiednim przepustkom i długo pływali w ciepłym morzu, co na chwile oddaliło ich od epidemii.
W grudniu otwarty zostaje kolejny szpital, w którym pracuje prawie zupełnie osamotniony Rieux. Do lekarza dociera prośba od sędziego Othona, który nadal przebywa na kwarantannie, choć żona już ją opuściła. Okazuje się, że była to pomyłka, ale Othon znosi to cierpliwie. Informuje Rieux, że chce wrócić do obozu, tym razem jako pracownik administracji. Rambert nawiązuje korespondencję z żoną. Za jego namową Rieux także pisze do swojej małżonki, ale nie dostaje odpowiedzi. Boże Narodzenie zupełnie nie przypomina świąt – mieszkańcy miasta byli smutni i ponurzy, zaś z powodu trudności w zaopatrzeniu na jakiekolwiek przyjemności związane ze świętami, stać było wyłącznie najbogatszych, którzy byli w stanie zapłacić złotem. Dzień wcześniej Grand nie stawił się o umówionej godzinie na spotkanie, więc następnego dnia doktor i Tarrou rozpoczynają poszukiwania. Po południu doktor Rieux odnalazł go stojącego przed ciemną wystawą sklepową. Okazuje się, że urzędnik płacze przed witryną sklepu, przed którą oświadczył się żonie. Ledwo udaje się go opanować i odwieźć do domu. Kilka godzin później nie ma już wątpliwości, że Grand jest chory na dżumę płucną. Zdecydowali z Tarrou nie przewozić go do szpitala i pielęgnować na miejscu. Kilka godzin później Grand poprosił doktora o odczytanie tekstu z pięćdziesięciu stron jego rękopisu. Okazuje się, że jest to jedno zdanie powtarzane w najrozmaitszych wersjach. Chory kazał doktorowi spalić rękopis. Po zrobieniu zastrzyku Rieux poinformował Tarrou, że chory nie przeżyje tej nocy, jednak ku ich zdumieniu następnego dnia gorączka ustąpiła i już nie wróciła. W tym czasie przywieziono też do szpitala chorą dziewczynę, u której wystąpiła podobna sytuacja. W ciągu tygodnia przypadki wyzdrowienia zdarzyły się jeszcze czterokrotnie. Pod koniec tygodnia stary astmatyk zawiadomił doktora o pojawieniu się nie widzianych w mieście od kwietnia szczurów. Zaraza zaczęła ustępować.
V
Mieszkańcy Oranu z pewną dozą niepewności i ostrożności podchodzą do informacji o cofaniu się epidemii, choć wszyscy oczywiście mają nadzieję na jak najszybsze jej zakończenie. Zdarzają się jeszcze okresy, kiedy umiera kilka więcej osób, ale były to już ostatnie porywy. Przez cały styczeń panowała jeszcze wśród mieszkańców zmienna atmosfera, z nadziei i radości zmieniała się w stany depresji, ale powoli ludzie, choć jeszcze pełni niepewności, zaczynają planować nowe życie. Czyste i mroźne styczniowe powietrze pomaga w zwolnieniu epidemii, a serum Castela zaczyna działać. Nagle skutkuje wszystko, co do tej pory nie przynosiło żadnych rezultatów. Dżuma zabiera już tylko pojedyncze ofiary, jedną z nich jest sędzia Othon.
Mieszkańcy powoli wracają do normalności, tłumy wiwatują z okazji przywrócenia oświetlenia, zapowiedzi stopniowego znoszenia restrykcji, w tym w niedługim czasie otwarcia bram miasta. W tłumie znajdują się także Rieux, Rambert i Tarrou. Ten ostatni spostrzegając kota, myśli o staruszku z balkonu. Jedynym zaniepokojonym jest Cottard. Powrót miasta do normalnego życia napawał go lękiem, gdyż na nowo zaczął obawiać się aresztowania. Wywołało to wyraźną zmianę w jego zachowaniu – z domu wychodził rzadko i tylko ukradkiem, prawie przestał spotykać się z ludźmi. Podczas wizyt u doktora Rieux wciąż dopytywał się o możliwy rozwój wypadków związanych z epidemią i jakby podsycał w sobie nadzieję na powrót dżumy. Kiedy pewnego razu Tarrou odprowadzał Cottarda do domu, na ich spotkanie wyszło dwóch mężczyzn, którzy zapytali o Cottarda. Ten usłyszawszy to odwrócił się i uciekł. Zaskoczeni nieco funkcjonariusze udali się za nim spokojnym krokiem.
Dwa dni później, Bernard dowiaduje się od matki, że Tarrou ma pierwsze objawy dżumy. Matka prosi go by nie odsyłał mężczyzny do szpitala. Sama chce się nim zająć. Rieux z oporem, ale się zgadza. Daje Tarrou serum. Niestety Jean przegrywa walkę z chorobą, ma objawy dżumy dymieniczej, jak i płucnej. Doktor, zgodnie z prośbą przyjaciela, mówi mu to wprost. Wieczorem następnego dnia umiera, a Rieux traci najlepszego przyjaciela. Razem z matką czuwa przy ciele Tarrou, czekając aż przyjadą po nie odpowiednie służby.
Matka proponuje Bernardowi wyjazd w góry do sanatorium, aby odpoczął, a przy okazji spotkał się z chorą żoną. Jednak następnego dnia doktor otrzymuje telegram z wiadomością o śmierci żony przed ośmioma dniami. Przyjmuje tę wiadomość spokojnie, z rezygnacją, liczył się bowiem, że może tak się stać.
W lutym bramy miasta zostają w końcu otwarte. Narrator cieszy się razem ze świętującym tłumem. Do Oranu wreszcie wracają mieszkańcy, których epidemia zatrzymała na zewnątrz. Liczba opuszczających miasto jest podobna. Do Ramberta przyjeżdża żona. Na widok kobiety mężczyzna płacze.
Rieux dostrzega zakochanych, których rozdzieliła zaraza. Doktor wchodzi w tłum, sprawia wrażenie, jakby stawał się z nim jednością. Idzie w mniej zaludnione ulice, rozmyślając o Tarrou. W końcu narrator wyjawia swoją tożsamość. Jest nim sam Bernard Rieux. Swoją decyzję o nieujawnianiu się przez większą część opowieści tłumaczy chęcią stworzenia obiektywnej historii. Pragnał też opisywać uczucia i przeżycia wszystkich członków dotkniętej zarazą społeczności. Starał się powstrzymywać od sądów i ocen. Starał się mówić głosem wszystkich mieszkańców miasta, poza Cottardem.
Rieux podczas swojego spaceru dociera do ulicy, na której mieszkają Grand i Cottard. Zatrzymuje go kordon policjantów ustawiony, ponieważ ktoś strzela do tłumu. Chwilę później pojawia się też Grand, który ze wzburzeniem dostrzega, że strzały padają z okna Cottarda. W jakiś czas później przybywa samochód z ekipą specjalną. Strzały z karabiny maszynowego odegnały szaleńca od okna, sześciu policjantów zaś wbiegło w bramę domu. Wywleczono stamtąd siłą małego człowieczka, w którym Grand rozpoznał swojego sąsiada, Cottarda. Policja zezwala mieszkańcom kamienicy na powrót do swoich mieszkań. Niedługo potem urzędnik żegna lekarza stwierdzając, że jest zadowolony, ponieważ napisał do Jeanne, ponadto ze zdania, nad którym pracował tak długo, usunął wszystkie przymiotniki.
Doktor odwiedza starego astmatyka, który informuje go, że rząd planuje postawić pomnik pamięci ofiar dżumy. Słysząc o śmierci Tarrou mężczyzna stwierdza, że – jak to w życiu bywa – odchodzą najlepsi. Wyraził też przekonanie, że ludzie „zawsze są tacy sami”. Patrząc z tarasu na niebo rozpostarte nad miastem doktor wsłuchiwał się w odgłosy dochodzące z radującego się miasta i rozmyślał o swoich bliskich i zapomnieniu, w którym oni się pogrążyli. W tym momencie postanowił napisać opowiadanie, które stanowiłoby kronikę i zawierało doświadczenie wyniesione z czasu zarazy: „w ludziach więcej rzeczy zasługuje na podziw niż pogardę”. Słysząc okrzyki radości zdawał sobie sprawę z tego, o czym nie pamiętali ci wszyscy wyrażający swoją radość – że ta radość zawsze jest zagrożona, gdyż „bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika” i pewnego dnia może się na nowo uaktywnić, nawet po wielu latach.
*Streszczenie jest jedynie formą powtórki. Zachęcam do lektury książki*

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz