7 lipca 1865 roku, poniedziałek (część I, rozdziały I, II)
Wieczór. Młody człowiek, którym jak się później okaże jest relegowany z uczelni student, Rodion Romanowicz Raskolnikow, wychodzi ze swojej sublokatorskiej izdebki, którą wynajmował od lokatorów w zaułku Stolarnym. Jego mieszkanie znajdowało się pod samym dachem wysokiej, pięciopiętrowej kamienicy i było bardziej podobne do szafy niż do izby. Przemyka tak, by nie spotkać gospodyni, której zalegał z opłatą komornego i bał się spotkania z nią. Nie był tchórzliwy czy nieśmiały, ale od pewnego czasu żył w stanie rozdrażnienia i napięcia. Był przygnębiony własnym ubóstwem, chociaż przestał się już wstydzić swojej sytuacji materialnej. Własne doczesne sprawy przestały go interesować.
W upale wędruje on do lichwiarki, niejakiej Alony Iwanowny, u której pragnie zastawić zegarek po ojcu, aby mieć parę rubli na przeżycie kilku dni. Ubrany jest nędznie, choć jest młodym człowiekiem o przyjemnej aparycji, pięknych, czarnych oczach i ciemnoblond włosach. Alona daje mu za zegarek półtora rubla, choć Rodion liczy na cztery. Nie ma jednak wyjścia i musi zgodzić się na lichwiarskie warunki. Wychodząc jednak czuje odrazę do całego procederu.
W drodze powrotnej wstępuje do szynku, gdzie przysiada się do niego jegomość o nazwisku Marmieładow, były urzędnik topiące swoje bóle i troski w alkoholu. To człowiek po pięćdziesiątce, średniego wzrostu i krępej budowy, szpakowaty i o sporej łysinie. Odziany jest w stary frak, prawie bez guzików. Ten nieszczęśnik wygłasza wobec bohatera, jakby specjalnie dla niego, inwokacje do książki. Inwokację, którą można nazwać hymnem o Miłosierdziu Bożym, orację o szczególnym ukochaniu przez Boga właśnie najstraszliwszych grzeszników. Raskolnikow odprowadza go do domu, gdzie poznaje jego małżonkę, Katarzynę Iwanownę, ciężko chorą na gruźlicę, obarczoną trojgiem małych dzieci z pierwszego małżeństwa. Wcześniej, w gospodzie, Marmieładow opowiada, jak to przepił nawet pończochy żony i chustkę moherową, która była prezentem. Mieszkają w nie opalanym mieszkaniu i dlatego żona się przeziębiła, a teraz pluje już krwią. Im bardziej mężczyzna codziennie się upija, tym większe ma poczucie winy, więc pije na umór, by go nie czuć. Jego żona jest wychowanką gubernialnego instytutu dla dobrze urodzonych panien. Jest kobietą porywczą, harda i nieugiętą. Jej pierwszym mężem był oficer piechoty, z którym uciekła z domu rodzinnego. Kochała go bezgranicznie mimo jego skłonności do hazardu. Za karciane długi trafił on do więzienia, gdzie zmarł. Po jego śmierci klepała biedę, bowiem rodzina się jej wyrzekła. Wówczas Marmieładow, sam będąc wdowcem z czternastoletnią córką z pierwszego związku, poprosił ją o rękę, by pomóc jej w tej trudnej sytuacji. Przez rok starał się jej dogodzić, ale nigdy nie była w pełni zadowolona, a później zwolniono go z uwagi na przesunięcia. Po wielomiesięcznej tułaczce znaleźli się w Petersburgu, gdzie dostał posadę i równie szybko ją stracił. Katarzyna wyrzuca Raskolnikowa z mieszkania nazywając go znajomkiem z knajpy. Ten wychodzi pospiesznie, zostawiając na parapecie mieszkania kilka miedziaków pozostałych z rozmienionego w szynku rubla. Będąc już na schodach stwierdza, że jest niemądry, wszak jemu samemu pieniądze są potrzebne, a oni mają pomoc córki Marmieładowa, która zaczęła zarabiać na życie prostytucją. Ostatecznie jednak pozostawia pieniądze.
Dzień drugi
8 lipca 1865 roku, wtorek, święto ikony Matki Boskiej Kazańskiej (część I, rozdziały III, IV, V i początek rozdziału VI)
Bohater budzi się w ponurym nastroju o dziesiątej rano, a właściwie buzi go Nastazja kucharka, a zarazem służąca jego gospodyni. Przynosi mu ona herbatę oraz list od matki. Bohater daje jej garść miedziaków prosząc, by przyniosła mu bułkę i coś najtańszego z kiełbasiarni. Kobieta proponuje mu jednak kapuśniak, który wczoraj mu zostawiła. Powiadamia go również, że gospodyni złożyła na niego skargę na policję o niepłacenie komornego. Komentuje również jego bezczynność wspominając, że kiedyś chodził jeszcze uczyć dzieci, na co Raskolnikow stwierdza, że teraz całymi dniami myśli, zresztą za uczenie płacili mu miedziakami. Dodaje też, że trudno uczyć dzieci nie mając butów.
Kiedy Nastazja wychodzi, Raskolnikow sięga po list i całuje. W długim na dwa arkusze liście matka pisze, że syn nie wyobraża sobie, co się z nią działo, kiedy dowiedziała się, że kilka miesięcy temu rzucił uniwersytet z powodu braku środków do życia i że lekcje oraz inne źródła utrzymania się skończyły. Opisuje też, ile wstydu najadła się jego siostra, Eudoksja Romanowna, zdrobniale Dunia, z powodu molestowania jej przez niejakiego Swidrygajłowa, w którego domu była zatrudniona jako guwernantka. Równocześnie napomyka, że z powodów finansowych, a głównie łożenia na jego studia, które musi skończyć, by zapewnić byt matce i siostrze, Dunia będzie musiała poślubić znacznie od niej starszego, 45-letniego radcę dworu o nazwisku Łużyn. Ów mężczyzna postanowił wziąć sobie za żonę pannę uczciwą, koniecznie bez posagu, za to taką, która zasmakowała goryczy życia bowiem uważa, że mąż nie powinien niczego zawdzięczać żonie, znacznie lepiej bowiem, jeśli ona uważa go za swojego dobroczyńcę. Przez cały czas czytania listu Raskolnikow miał policzki mokre od łez, a gdy skończył twarz mu pobladła i wykrzywił ją grymas. Oburzony wybiega z domu.
Analizując treść listu, dochodzi do wniosku, że nie pozwoli Duni wyjść za mąż za Łużyna. Błąka się po mieście, zadręcza, spotyka młodą prostytutkę, jeszcze dziewczynkę, zamroczoną alkoholem i staje w jej obronie, kiedy pewien spasiony jegomość ma wyraźną ochotę skorzystać z jej usług. Daje Raskolnikow daje stójkowemu garść monet, by wezwał dorożkę i odwiózł dziewczynkę do domu. Wreszcie znużony Raskolnikow zasypia w zaroślach na Wyspie Wasilewskiej. Pierwszy sen Raskolnikowa - o zakatowanej kobyłce, jest swoistą zapowiedzią tego, co zrobi bohater. W śnie mężczyzna przenosi się do czasów dzieciństwa, które spędzał jeszcze w rodzinnej miejscowości. Miał 7 lat i z jakiejś okazji wybrał się na spacer z ojcem poza miasto. Przechodząc koło karczmy zobaczył telegę do przewozu ciężarów i beczek z winem, do której zaprzężona była niepozorna, zabiedzona chłopska kobyłka. Nagle drzwi karczmy się otworzyły i wypadł wydzierający się tłum, pijanych na umór mężczyzna. Jeden z nich, Mikołka, wrzeszczał, by wsiedli na wóz, to ich porozwozi do domu. Mimo ich obiekcji co do możliwości kobyły, kazał im wsiadać. Kobyła napręża się z całych sił, ale nie może nawet ruszyć, co dopiero pobiec. Mikołka zaczyna wściekle okładać kobyłkę, jednocześnie na wóz wsiada coraz więcej osób. Zdesperowana kobyła zaczyna wierzgać, a dodatkowo po baty sięga jeszcze dwóch parobków, którzy też zaczynają ją okładać. Tłum dopinguje ich śpiewem. Wściekły Mikołek odrzuca bat i sięga po długi element dyszla i z wysiłkiem unosi nad bułanką, uderzając ją w grzbiet raz za razem. Słysząc komentarze, że jest żywotna i że trzeba dobić ją siekierą, mężczyzna sięga po żelazny łom i powala kobyłę. Mikołek wzywa tłum, by ją dobił, a kilku parobków chwyta baty, kije i biegnie okładać kobyłę. Mikołek staje u jej boku i okłada ją łomem, a kobyła wyciąga do niego pysk, z którego wydobywa się westchnienie i kobyła zdycha. Chłopiec, mały Raskolnikow, zapłakany wpada w ramiona ojca, który bierze go na ręce i wynosi go z tłumu. Budząc się Raskolnikow cieszy się, że to tylko sen, zastanawia się jednak, czy rzeczywiście może dojść do tego, że weźmie on siekierę do ręki i zada cios w głowę.
Wracając do domu okrężną drogą przez plac Sienny, Raskolnikow podsłuchuje rozmowę Lizawiety, młodszej, przyrodniej siostry lichwiarki Alony, z handlarzami starzyzną, z której wynika, że lichwiarka następnego dnia o siódmej wieczorem będzie sama w mieszkaniu. Równocześnie przypomina sobie rozmowę pewnego studenta z jakimś oficerem, który mimo woli wpadła mu kiedyś w ucho, że takie wyzyskiwaczki, jak Alona Iwanowna powinno się mordować, a z zagrabione kosztowności pieniądze przeznaczyć na zaspokojenie potrzeb innych osób. W morderstwie Raskolnikow widzi więc sposób na zdobycie kapitałów dla zapewnienia dostatniego życia matce i siostrze, a dla siebie jedną szansę na ukończenie studiów. Jednocześnie czuje, ze nie jest panem swoich myśli i swojej woli, że zostały one już z góry zdeterminowane, że zapadła już ostateczna decyzja.
Dzień trzeci
9 lipca 1865 roku (część pierwsza, dokończenie rozdziału VI, rozdział VII)
Nastazja znowu obudziła go o dziesiątej przenosząc herbatę i chleb. Herbata znów była z drugiego parzenia, przyniesiona w jej własnym imbryku. Raskolnikow stał, pokręcił się w swojej izdebce i znowu położył. Spał do drugiej po południu. Obudziła go Nastazja, przynosząc mu zupę. Mężczyzna leżał tak, jak się rano położył. Herbata stała nietknięta. Nastazja poczuła się urażona i zaczęła go budzić. W końcu Raskolnikow zjadł machinalnie kilka łyżek i ponownie zasnął. Obudziło go bicie zegara, wybiła już szósta. Poczuł przypływ energii. Przyszył od wewnątrz, pod lewym rękawem płaszcza stworzoną przez siebie pętlę na siekierę. Sfabrykował też niby-zastaw, który miał wręczyć lichwiarce, a który stanowiła gładko wystrugana deseczka, wielkością i grubością nie różniąca się od srebrnej papierośnicy. Potem ze stróżówki na podwórzu ukradł siekierę. Ulicą starał się iść spokojnie, miarowym krokiem tak, by nie wzbudzić podejrzeń. Prawie nie patrzył na przechodniów, by nie ściągać na siebie ich spojrzeń. Żałował, że nie kupił sobie kapelusza. Rzuciwszy przypadkowo okiem na wiszący na ścianie przypadkowego sklepiku zegar stwierdza, że jest już dziesięć po siódmej. Przyspiesza zatem kroku tym bardziej, że planuje nadłożyć drogi, chciał bowiem zajść do domu lichwiarki od tyłu. Kiedy był już przy bramie miał szczęście, bowiem nadjechał wielki wóz z sianem, zasłaniając przechodzącego tamtędy Raskolnikowa. Kiedy tylko wóz wjechał na podwórze, on prześlizgnął się na prawo. Z drugiej strony wozu dobiegły go jakieś krzyki, ktoś się z kimś kłócił, Raskolnikowa jednak nikt nie zauważył i on sam na nikogo się nie natknął.
Półprzytomny dotarł do mieszkania lichwiarki. Pokazał lichwiarce pakunek mówiąc, że to srebrna papierośnica. Chcąc rozpakować zastaw staruszka obróciła się w stronę światła do okna, na kilka sekund stanęła zatem do Raskolnikowa tyłem. Ten rozpiął palto, wysunął siekierę z pętli, jednak trzymał ją dalej ukrytą. Ręce nagle zrobiły mu się słabe, bał się, że wypuści narzędzie z dłoni, zaczęło mu się kręcić w głowie. Staruszka zaczęła narzekać, że supeł jest mocno zawiązany i zrobiła ruch, jakby zamierzała się odwrócić. Raskolnikow zrozumiał, że to ten moment. Wyszarpnął siekierę, chwycił ją oburącz i uniósł do góry prawie nieświadomy tego, co robi. Następnie, zupełnie nie wkładając siły w cios, uderzył obuchem w głowę staruszki. Gdy tylko obuch spadł na jej głowę, poczuł w sobie nagły przypływ siły, Staruszka chodziła w domu bez chustki na głowie, a jej rzadkie włosy zebrane były w kok przytrzymany ułamanym kawałkiem rogowego grzebyka. Jej niski wzrost sprawił, że Raskolnikow ugodził ją prosto w ciemię. Kobieta krzyknęła i aż przysiadła, chociaż dążyła unieść jeszcze obie ręce ponad głowę. W jednej wciąż trzymała paczuszkę z rzekomym zastawem. Wówczas Raskolnikow z całej siły uderzył po raz drugi, znowu obuchem i znów po ciemieniu. Chlusnęła krew, a ciało lichwiarki runęło. Raskolnikow cofnął się, pozwalając upaść ciału, a następnie pochylił się, by sprawdzić, czy staruszka faktycznie jest martwa. Położył siekierę na podłodze i zaczął grzebać w jej kieszeniach. Z jednej z nich wyjął klucz i popędził z nim do sypialni, po czym zaczął dopasowywać klucze do stojącej tam komody. Nagle zaczęło mu się wydawać, że staruszka tylko straciła przytomność i za chwilę ją odzyska, porzucił zatem komodę i pobiegł do leżącego ciała. Zauważył na szyi kobiety tasiemkę i przeciął ją, wydobywając wypchaną sakiewkę. Na tasiemkę poza sakiewką nanizane były dwa krzyżyki oraz emaliowana, metalowa ikonka. Raskolnikow wsunął sakiewkę do swojej kieszeni, a krzyżyki rzucił lichwiarce na pierś, po czym złapał siekierę i znów pobiegł do komody. Spieszył się bardzo, ale jakoś nie udawało mu się dopasować klucza. Jeden z kluczy był większy i mężczyzna stwierdził, że musi pasować do jakiegoś kufra. Porzucił zatem zmagania z komodą i zajrzał pod łóżko przekonany, że tam zapewne kufer będzie schowany. I tak właśnie było. Po otwarciu jednak okazało się, że są w nim same ubrania. Mężczyzna wytarł w nie zakrwawione ręce, jednak kiedy zaczął przetrząsać rzeczy, spomiędzy nich wypadł złoty zegarek. Zaczął zatem wszystko starannie przeszukiwać i faktycznie, pomiędzy szmatkami były ukryte rozmaite złote przedmioty. Nie zwlekając, mężczyzna zaczął napychać nimi kieszenie. Niewiele zdążył schować, kiedy usłyszał, że po pokoju, w którym leżało ciało staruszki, ktoś chodzi. Zamarł, ale wnet zerwał się, łapiąc siekierę i wybiegł z sypialni. Na środku pokoju stała Lizawieta, z ogromnym tobołem w ręce i w osłupieniu patrzyła na ciało siostry. Zobaczywszy Raskolnikowa zaczęła wycofywać się powoli w róg pokoju. Mężczyzna rzucił się na nią z siekierą, a ostrze spadło prosto na jej czaszkę, rozłupując ją. Zwaliła się jak kłoda, a Raskolnikow wpadł w panikę. Złapał jej tobołek po czym natychmiast go odrzucił i wybiegł do przedpokoju. Po tym niespodziewanym dla niego morderstwie, pragnął tylko uciec daleko. Obmył jednak jeszcze ręce i siekierę z krwi, korzystając z napełnionego wodą wiadra. Siekierę schował ponownie w pętli pod płaszczem, wytarł jeszcze buty, po czym przystanął pośrodku kuchni pogrążony w zadumie. O udrękę przyprawiała go myśl, że popada w obłęd i że w tej chwili nie myśli rozsądnie, że jest całkowicie zdany na łaskę losu. Nagle stwierdził, że trzeba natychmiast stąd uciec i pobiegł do przedpokoju. Tam przeraził go widok uchylonych drzwi. Rzucił się ku nim i zaryglował, po czy stwierdził, że musi uciekać, więc znów je otworzył nasłuchując. W korytarzy rozległy się kroki, a Raskolnikow nabył wewnętrzne przekonanie, że ktoś kieruje się do mieszkania lichwiarki. Kiedy ktoś zaczął już wchodzić na czwarte piętro, Raskolnikow opamiętał się, zamknął drzwi, po czym przyczaił się pod drzwiami. Do drzwi mieszkania lichwiarki zaczął dobijać się mężczyzna, po czym dołączył do niego kolejny. Byli zdumieni, że kobiet nie ma w domu, zaczęli tez podejrzewać, że coś jest nie w porządku. Postanowili udać się po stróża rozdzielając się – jeden z nich miał czekać pod drzwiami, jednak kiedy znajomy ze stróżem prawa nie wracali, postanowił zejść na dół. Raskolnikow otworzył drzwi, na klatce panowała cisza. I nagle po prostu wyszedł z mieszkania, zamykając drzwi. Zszedł już trzy piętrzą, kiedy nagle na dole wszczął się straszliwy rwetes. Zorientowawszy się, że nie ma się gdzie schować, Raskolnikow wrócił do mieszkania, ale znów zszedł zdesperowany, wychodząc naprzeciw wchodzącym mężczyznom. Stwierdził, że albo go zatrzymają od razu, albo zapamiętają jego wygląd. Zauważył jednak na drugim piętrze otwarte drzwi mieszkania, w którym dopiero co pracowali malarze. Wślizgnął się zatem do mieszkania niemal w ostatnim momencie, a kiedy mężczyźni poszli do góry, wyszedł nie spotykając już nikogo. To co przeszedł do tego stopnia go wyczerpało, że szedł zataczając się, a pot lał się z niego strumieniami. Udało mu się dotrzeć do domu, choć nie pamiętał drogi. Wszedł do siebie i tak, jak stał, rzucił się na kanapę.
Dzień 4
10 lipca 1865 roku, czwartek (część druga, rozdziały I i II)
Raskolnikow budzi się nad ranem. W pierwszym momencie myśli, że wariuje, robi mu się straszliwie zimno, odczuwa dreszcze. Zastanawia się, jak wczoraj mógł tu wrócić, nie zamknąć drzwi na haczyk i rzucić się na kanapę nic z siebie nie zdejmując. Podbiega do okna i gorączkowo szuka na ubraniu śladów tego, co zrobił, Następnie zrabowane precjoza i pieniądze ukrywa w dziurze za tapetą – mieści się tam wszystko z sakiewką włącznie. Nie pomyślał, że zdobyczą będą również precjoza, myślał że same pieniądze, dlatego nie upatrzył wcześniej żadnej innej kryjówki. Zaciera też ślady – wyszarpuje pętle po siekierze z rękawa zły na siebie, że nie zrobił tego wczoraj. Przychodzi mu też na myśl, że może cała jego odzież jest zakrwawiona, a tylko on jeden tego nie widzi.
Następnie zapada w gorączkowy sen. O jedenastej rano budzi go Nastazja w towarzystwie stróża, który przynosi mu wezwanie na policję. Na komisariacie zjawia się przed dwunastą. Okazuje się, że chodzi o oprotestowane weksle, które kiedyś wystawił gospodyni, kiedy nie był w stanie zapłacić za czynsz. Teraz powinien zapłacić gotówką ze wszystkimi kosztami egzekucji, procentami i innymi opłatami za zwłokę, albo złożyć pisemne oświadczenie co do terminu, w którym będzie w stanie zwrócić dług, a równocześnie zobowiązać się, że do chwili jego spłacenia nie wyjedzie ze stolicy, jak też nie będzie ukrywał ani sprzedawał mienia. Raskolnikow tłumaczy się, że nikomu nie jest nic winien, ale policjant mówi, że to nie jego sprawa, do nich wpłynął nie wykupiony w terminie i urzędowo oprotestowany weksel na sto piętnaście rubli, wystawiony przez Raskolnikowa 9 miesięcy temu. Tak naprawdę jednak weksel ani sposób ściągania pieniędzy nie obchodził już Raskolnikowa. Puściło całe napięcie ostatnich godzin. Raptem jednak poczuł się samotny, a opowiedziawszy historię w jaki sposób wystawił weksel wydawało mu się, że zaczęto go traktować z pogardą. Kiedy kancelista zaczął dyktować mu treść oświadczenia, zaczyna kręcić mu się w głowie, nie jest w stanie pisać, pióro wypada mu z rąk. W końcu kancelista bierze od niego oświadczenie i zajmuje się innymi interesantami. Raskolnikow oddaje pióro, lecz zamiast wstać, opiera łokcie o biurko. Nagle ogarnia go myśl, by wstać, podejść do policjanta, Nikodema Fomicza i opowiedzieć mu wszystko, co się wczoraj wydarzyło. Już nawet wstał, ale usłyszał rozmowę policjantów, Fomicza i Ilii Pietrowicza o morderstwie lichwiarskie jej siostry i zemdlał. Kiedy odzyskał przytomność siedzi za biurkiem ze szklanką wody. Dowiedziawszy się od Raskolnikowa co zrobił o godzinie, w której popełniono zbrodnie, policjanci puszczają go wolno. Raskolnikowa oblatuje strach przed ewentualną rewizją i po powrocie do domu dopada miejsca, gdzie za tapetą ukrył zrabowaną biżuterię i precjoza, wkłada wszystko do kieszeni płaszcza i pantalonów, po czym wychodzi z domu. Tym razem postanawia je ukryć pod głazem na pewnym podwórku przy prospekcie Wozniesieńskim. Po pozbyciu się tych dowodów ogarnia go euforia. Zaczyna się nawet śmiać stwierdzając, że nawet dowodów na niego policja nie ma. Nagle ogarnia go refleksja, ze skoro owa zbrodnia została dokonana z pełną świadomością, dlaczego nawet nie zajrzał do sakiewki i nawet nie wie, ile tam było pieniędzy. Stwierdza, że sam siebie zadręczył i zszarpał sobie nerwy.
Kiedy tak idzie przed siebie, dochodzi do domu swojego dawnego przyjaciela, Razumichina. Nie widzieli się co najmniej od czterech miesięcy. Ten przyjrzawszy się Raskolnikowi stwierdza, że jego gość musi być chory. W rozmowie Razumichin proponuje przyjacielowi pracę przy tłumaczeniu tekstów z niemieckiego, ale ten stwierdza, że nie chce i wychodzi. Na moście Mikołajewskim odzyskuje świadomość, bowiem niemal wpada pod koła dorożki, a na dodatek jakaś kupcowa wręcza mu jałmużnę. Błądzi jeszcze kilka godzin po ulicach, choć sam nie wie, którędy, po czym wraca do domu i zapada w letarg. Ma wówczas drugi sen o katowanej przez policjanta, Ilii Pietrowicza, gospodyni. Policjant kopie ją, tłucze jej głową o stopnie schodów. Słyszy, jak otwierają się drzwi i na klatce gromadzą się lokatorzy.
Raskolnikow budzi się, gdy Nastazja wchodzi ze świecą i talerzem zupy. Widząc, że mężczyzna nie śpi, zaczyna rozkładać na stole chleb, sól, talerz, łyżkę. Raskolnikow pyta służącej, dlaczego policjant bił gospodynię, ale ta zaprzecza, że coś takiego miało miejsce. Tłumaczy, że to pewnie krew się w mężczyźnie burzy. Ten prosi Nastazję tylko o wodę, wypija łyk i traci przytomność.
Dzień piąty do siódmy
11 lipca -13 lipca 1865 roku, piątek - niedziela
Są to 3 dni, podczas których Raskolnikow leży nieprzytomny. Z tego powodu dniem piątym akcji jest właściwie dzień ósmy.
Dzień ósmy
14 lipca 1865 roku, poniedziałek (część II, rozdziały III-VIII oraz część III rozdział I)
Raskolnikow odzyskał przytomność o dziesiątej rano. Przy jego posłaniu dyżurowała Nastazja, a w chwili jego ocknięcia stał przy nim kancelista z kantoru wymiany pieniędzy u kupca Szełopajewa. Po jakimś czasie wszedł Razumichin, który przez trzy dni opiekował się chorym. Kancelista wręczył mu przysłane przez matkę pieniądze. Razumichin zaś oddał przyjacielowi wycofany oprotestowany weksel, który był powodem jego wezwania na policję. Zjedli razem obiad, a potem Razumichin poszedł kupić Raskolnikowi ubranie z drugiej ręki . Ten spał do szóstej po południu, tymczasem Razumichin wrócił z kupioną na odzieżą. Wpadł też lekarz Zosimow, tęgi mężczyzna o nalanej, bladej twarzy bez wyrazu i starannie wygolonych policzkach. Był on uznawany za człowieka niełatwego w pożyciu, ale znającego się na swoim fachu. Lekarz wypytuje Raskolnikowa o zdrowie, ale Razumichin od razu stwierdza, że „tłucze go chandra”. Raskolnikow jednak zaprzecza mówiąc, że jest zdrów, niemalże siadając na kanapie, ale osuwa się z powrotem na poduszkę i odwraca do ściany. Razumichin konsultuje z lekarzem zabranie Raskolnikowa na świętowanie, bowiem dziś urządza zasiedliny nowego mieszkania, na które zaprasza również lekarza. Rozmawia z im również na temat zabójstwa lichwiarki.
Zjawił się Łużyn z kurtuazyjną wizytą u przyszłego szwagra. Jest to mężczyzna już niemłody, postawny, noszący się z przesadną elegancją o naburmuszonym wyglądzie. Stanąwszy w drzwiach zaczął się szyderczo rozglądać, nie kryjąc swojego zdumienia biedą. Z pewną odrazą i dezaprobatą patrzył również na Raskolnikowa, który nie umyty, ze zmierzwioną czupryną leżał na swojej rozlatującej się kanapie. Zapytał, który z obecnych to Radion Romanowicz Raskolnikow, a Zosimow wskazał głową na chorego. Piotr Pietrowicz Łużyn przedstawił się i wyraził nadzieję, że Raskolnikow wie, z kim ma do czynienia. Chory natomiast wolno osunął się na poduszkę i założył ręce pod głowę, wbijając oczy w sufit. Zosimow i Razumichin z zainteresowaniem zaczęli obserwować wydłużającą się twarz Łużyna, który zaczął wyjaśniać, iż był przekonany, że do Raskolnikowa dotarł list, który wysłał kilka dni temu. Nagle Razumichin przerwał mu wyjaśnienia mówiąc, że co tak będzie gadał w progu i zaprosił go do pomieszczenia. Łużyn po raz kolejny zaczął tłumaczyć, kim jest, ale tym razem przerwał mu Raskolnikow mówiąc, że jest on tym narzeczonym, po czym zaczął się mu przyglądać. Widać było, że mężczyzna wykorzystał swój kilkudniowy pobyt w stolicy by się zaopatrzyć w nowa garderobę, jego ubranie było bowiem prosto od krawca. Usiłując przerwać zapadłe milczenie Łużyn zaczął mówić, iż przykro mu, że znajduje Raskolnikowa w słabym zdrowiu. Stwierdza też, że spodziewa się jego matki i siostry w każdej chwili. Znalazł już lokum, w którym się zatrzymają – to dom Bakalejewa na Wozniesieńskim. Łużyn wdaje się w dyskusję z Razumichinem, która obnaża egoizm i tupet narzeczonego Duni. Stwierdza on, że życie nauczyło go dbać tylko o siebie, a w ten sposób przysparza dobra wszystkim. Nagle Zosimow a Razumichinem znów zaczynają rozmawiać o zabójstwie lichwiarki, do czego wtrąca się Łużyn stwierdzając, że zabójstwo interesuje go w szerszym aspekcie. Zaczyna rozwodzić się na tym, że rośnie liczba przestępstw w niższych warstwach społecznych, a dyskusja zyskuje niemal polityczny wymiar. Nagle Łużynowi przerywa Raskolnikow pytając, czy prawdą jest, że faktycznie powiedział on swojej narzeczonej, że najbardziej cieszy go jej nędza, ponieważ najlepiej jesy brać sobie za żonę pannę biedną, by mieć później nad nią władzę cały czas przypominać jej, jak bardzo powinna mu być wdzięczna. Rozdrażniony Łużyn stwierdził, że wypatrzył on jego myśli, a być może zrobiła to matka Raskolnikowa, wydała mu się bowiem nieco egzaltowaną. Zdenerwowany Raskalnikow stwierdził, że jeśli Łużyn jeszcze raz znieważy jego matkę, to zrzuci go ze schodów, po czym kazał wynosić się zalotnikowi do czarta.
Skonsternowany Razumichin zaczął karcić Raskolnikowa, jak mógł tak postąpić, na co chory stwierdza, żeby wszyscy dali mu spokój. Goście wyszli widząc, że swoją obecnością drażnią gospodarza.
Raskolnikow ubrawszy się w rzeczy przyniesione przez Razumichina, wychodzi, chce oddać się w ręce policji. Stwierdza, ze nie chce dłużej już tak żyć. Po drodze rozmawia m.in. z prostytutkami, jednej z nich daje kilka monet na pochmiel. Wstępuje do restauracji Pałac Kryształowy poczytać – chce wiedzieć co piszą w gazetach na temat zabójstwa lichwiarki. Zamawia zatem herbatę i prosi o gazety. W restauracji spotyka policjanta Zamiotowa, któremu opowiada, jak należałoby postąpić, jeśli w przypadku zabójstwa chciałoby się uniknąć kary. Mówi też, co zrobiłby z pieniędzmi. Jest to niemal przyznanie się do zbrodni, próba zrzucenia z siebie ciężaru. . Zamiotow jest przerażony zachowaniem Raskolnikowa i stwierdza, że jest on wariatem, albo – tu nie kończy przerażony jakby myślą. Raskolnikow prowokacyjnie pyta, co jeśli się okaże, że to on zabił lichwiarkę i jej siostrę, ale policjant stwierdza, że by nie uwierzył.
Raskolnikow wychodzi z restauracji cały rozdygotany, w stanie histerycznego podekscytowania. W westybulu wpada na Razumichina, który stwierdza, że szukał go wszędzie. Raskolnikow jednak odpowiada, że wszyscy zbrzydli mu śmiertelnie i chce być sam. Przyjaciel jednak nie daje za wygraną, chcąc zatrzymać chorego. Ten jednak twierdzi, że gardzi pomocą Razumichina i że już dziś dał mu do zrozumienia, że jego nadopiekuńczość jest udręką. Po rozstaniu z Razumichinem Raskolnikow z trudem dowlókł się na most. Pochylony nad wodą wpatrywał się w zachodzące słońce, aż wszystko zaczęło mu tańczyć przed oczami. Odniósł wrażenie, że ktoś stoi tuż przy nim, że jest to wysoka kobieta w chustce na głowie i zapadłych oczach, która wtem przeskoczyła przez poręcz i rzuciła się do kanału. Wokół Raskolnikowa nagle pojawił się tłum, który krzyczał, ze kobieta tonie i żeby ja wyciągnąć. Jakaś kobieta zaczęła zawodzić, że to „ich Afrosyniuszka”. Zaczęto wołać, że trzeba iść po łódkę, jednak okazała się ona niepotrzebna. Stójkowy zbiegł po schodach, które prowadziły ku kanałowi i skoczył do wody. Tonącą prąd zniósł ku brzegowi, zatem stójkowy bez problemu schwycił jej spódnicę jedną ręką, a drugą chwycił drąg, który podał mu z brzegu drugi policjant, po czym niedoszła samobójczyni została wyciągnięta. Szybko doszła do siebie, zaczęła kichać, ale nie powiedziała ani słowa. Ktoś stwierdził, że wódka ją do piekła zaprowadzi i że dopiero się chciała wieszać, a ludzie ją już ze sznura odcięli. Raskolnikow przyglądał się temu obojętnie, z poczuciem wyobcowania. Zrobiło mu się nieswojo i stwierdził, że skok do wody to ohyda. Postanowił iść na komisariat zastanawiał się, dlaczego Zamiotow tam nie siedzi, skoro urzędują tam do dziesiątej.
Jakim wewnętrzny impuls poprowadził go jednak do mieszkania lichwiarki, ale okazało się, że jest ono odnawiane. Po wyjściu stamtąd widzi na ulicy tłum ludzi zebranych wokół karety zaprzężonej w parę ognistych gniadoszy. Okazuje się, że konie startowały człowieka. Poszkodowanym jest pijany Marmieładow, którego rozpoznaje Raskolnikow mówiąc, że to urzędnik, dymisjonowany radca tytularny. Zaniesiony do swojego domu Marmieładow niebawem umiera. Raskolnikow resztę pieniędzy, jakie mu pozostały z przysłanych przez matkę oddaje wdowie na pochówek. Wychodząc napotyka Nikodema Fomicza, który dowiedziawszy się o nieszczęściu, postanawia osobiście zbadać sprawę. Ten, wpatrując się w krew na kamizelce Raskolnikowa mówi mu, ze się poplamił krwią. Raskolnikow mówi: „Tak, zbrukałem się... Cały jestem we krwi!” po czym rusza dalej przepełniony niezwykła chęcią życia. Zanim odchodzi, dogania go jeszcze mała córka Marmieładowa pytając się, gdzie Raskolnikow mieszka i zdradza, że to Sonia kazała o to wypytać. Raskolnikow podaje jej swoje nazwisko, adres i obiecuje, ze zajrzy do nich następnego dnia.
Idzie do Razumichina, który widząc jego osłabienie odprowadza go do jego izdebki. Po drodze zdradza przyjacielowi, że Zosimow prosił go, by jak najwięcej z nim rozmawiał, lekarz bowiem podejrzewa, że Raskolnikow traci zmysły. Na miejscu okazuje się, że na Raskolnikowa czekają matka i siostra. Raskolnikow mdleje, szybko jednak odzyskuje przytomność. Oświadcza Duni, że kazał Łużynowi wynosić się do wszystkich diabłów, ponieważ uważa, że wychodzi ona za mąż wyłącznie dla niego, a to małżeństwo będzie podłością. Mówi, że nie przyjmie tej ofiary i żąda, by napisała do Łużyna list zrywający zaręczyny. Mówi siostrze, że albo on, albo Łużyn. Razumichin stara się załagodzić sytuację. Odprowadza panie do hotelu, w którym ulokował je Łużyn, nie kryje przy tym zauroczenia Dunią. Jest to bowiem wysoka i bardzo zgrabna panna, o mocnym charakterze, pewna siebie, którą można było nawet uznać za piękność. W nocy przeprowadza do kobiet lekarza Zosimowa, którego namówił, by zbadał Raskolnikowa. Ten stwierdza, że stan chorego jest zadowalający, czym uspokaja matkę Raskolnikowa. W końcu Razumichn wychodząc z Zosimowem stwierdza, że jutro jak najwcześniej przyjdzie zdać do pań sprawozdanie.
Dzień dziewiąty
15 lipca 1865 roku, wtorek (część III, rozdziały II, III, IV, V i VI oraz część IV, rozdziały I, II, III, IV)
Punktualnie o dziewiątej Razumichin zjawił się w pokoju u pań Raskolnikow i zrelacjonował im stan chorego. Panie Raskolnikow pokazały mu dość impertynencki list, jak i poprzedniego dnia otrzymały od Łużyna. Żąda w nim, by zerwały z Raskolnikowem. Wszyscy idą odwiedzić chorego. Sprawia on już wrażenie niemal zdrowego. Wyznaje on matce, że prawie wszystkie pieniądze, jakie od niej otrzymał, oddał żonie stratowanego znajomego.
Rozmawiają o liście Łużyna, a Dunia prosi, by brat przyszedł do nich do hotelu o ósmej wieczorem, gdy będzie Łużyn w celu wyjaśnienia sytuacji. W takiej chwili do izdebki weszła lękliwie się skradając Sonia Marmieładow, by zaprosić Raskolnikowa na nabożeństwo żałobne za tragicznie zmarłego ojca. Raskolnikow zaprasza ją, by usiadła i podsuwa jej krzesło. Przedstawia też Sonię matce, a dziewczyna jest bardzo speszona. Zaczyna tłumaczyć Raskolnikowi, że jeszcze dziś ciało jej ojca zostanie wyniesione na cmentarz, do kaplicy, gdzie spocząć ma do jutra. Zapowiada również stypę wspominając, że to wszystko udało się zorganizować dzięki finansowej pomocy Raskolnikowa.
Gdy matka i siostra wyszły, Raskolnikow poprosił Razumichina, by ten zapoznał go z prowadzącym śledztwo w sprawie morderstwa lichwiarki, Porfirym Pietrowiczem, chce bowiem odebrać zastawy, jakie do niej zanosił. Przyjaciel odpowiedział, że załatwi to natychmiast, gdyż zaraz obaj się do niego wybiorą. Sonia pożegnawszy się z młodzieńcami, poszła do siebie, ale nie zauważyła, że śledzi ją jakieś jegomość. Był to Swidrygajłow, ów mężczyzna, który narzucał się Duni, a teraz po śmierci swojej żony przebywa w Petersburgu. To mężczyzna około pięćdziesiątki, średniego wzrostu, o szerokich spadzistych ramionach. Ubrany był modnie i elegancko, na wszystko patrzył po pańsku. Spojrzenie jego niebieskich oczu było zimne i przenikliwe.
W trakcie drogi do Porfirego, Razumichin zdradza się przyjacielowi ze swoim uczuciem do Duni. Raskolnikow żartuje trochę z niego, ale przyjaciel prosi, by nic nie zdradzał matce ani Duni. Ma miejsce pierwsza rozmowa, a właściwie starcie słowne Raskolnikowa z Porfirym. Okazuje się, że u śledczego jest Zamiotow – panowie poznali się ponoć u Razumichina. Porfiry ubrany jest po domowemu, ma na sobie szlafrok, śnieżnej białości koszulę i znoszone kapcie na nogach. Ma około 35 lat, jest średniego wzrostu, nie ma wąsów czy bokobrodów. Porfiry, kiedy tylko usłyszał, że gość ma do niego sprawę, sadza go na kanapie, a sam zajmuje miejsce na jej przeciwległym końcu i zaczyna wpatrywać się w Raskolnikowa. Po tym, jak Raskolnikow mówi mu o zastawie, ten radzi, by napisać podanie na policję. Raskolnikow ma jednak wrażenie, że przy tym śledczy mrugnął do niego, aż w końcu wybucha zarzucając śledczemu, iż dworuje sobie z przywiązania mężczyzny do zastawionych przedmiotów. Porfiry zaczyna tłumaczyć się, że absolutnie się nie śmieje, a przedmioty zastawione przez Raskolnikowa były u lichwiarki zawinięte w jeden papierek i opisane nazwiskiem. Raskolnikow odnosi wrażenie, że śledczy dużo o nim wie i chyba go podejrzewa, ma poczucie, że Porfiry bawi się nim. Pyta bowiem Raskolnikowa, czy uważa się on za człowieka niezwykłego i czy zdecydowałby się on z powodu życiowych klęsk i niepowodzeń albo dla dobra całej ludzkości usunąć przeszkodę, na przykład zabić i obrabować. Raskolnikow zdaje sobie sprawę, że śledczy jest groźnym przeciwnikiem. Rozstaje się z Razumichinem i czym prędzej wraca do domu, rzuca się do dziury za tapetą, w której wcześniej schował łup. Wydawało mu się bowiem, że mógł tam zostać jakiś łańcuszek. Niczego jednak nie znajduje, wychodzi zatem z domu. Na dole stojący na progu swojej komórki stróż pokazuje go nieznajomemu mężczyźnie. Kiedy podszedł do stróża, mężczyzna oddalił się. Okazało się, że wypytywał o Raskolnikowa, podając nawet jego nazwisko. Raskolnikow wybiega na ulicę, by dogonić mieszczucha. Ten mówi do niego: „Ty jesteś mordercą”. Rozgorączkowany Raskolnikow wróciwszy do domu kładzie się na kanapie. W końcu zasypia, a wówczas śni mu się koszmar. Trzeci sen Raskolnikowa znów przypomina mu zbrodnię. Śni o poszukiwaniu mieszczucha, idzie za nim do mieszkania w domu lichwiarki, które malowali robotnicy. Widzi odsłaniającą się przed nim lichwiarkę, którą wali z furią siekierą po głowie. Ta nawet nie drgnie pod ciosami, jakby była z drewna.
Obudziwszy się Raskolnikow spostrzegł siedzącego przy drzwiach jegomościa. Był to Swidrygajłow. Mężczyzna mówi, że zjawił się z dwóch powodów. Po pierwsze pragnął poznać Raskolnikowa osobiście, po drugie ma nadzieje, że Raskolnikow wesprze go w pewnych poczynaniach odnośnie Duni. Przyznaje, że w swoim domu uległ fascynacji nią i nastawał na jej cnotę, ale to dlatego, że się zakochał. Mówi o śmierci swojej żony, a także o planach Duni, by wyjść za Łużyna. Jest przekonany, iż nie jest to mąż dla niej, ona zaś chce się poświęcić. Prosi Raskolnikowa o pomoc w uzyskaniu przebaczenia u Duni, chce jej również oferować dziesięć tysięcy rubli. Dodatkowo mówi, że jego zmarła żona zapisała jej w testamencie sumę trzech tysięcy rubli. Żegna się z Raskolnikowem, do którego właśnie przyszedł Razumichin, by wspólnie wybrać się do obu pań. W hotelu odbywa się zasadnicza rozmowa z Łużynem, która pozwala ocenić charakter zalotnika i osądzić jak wielką pomyłką ze stroni do Duni byłoby wyjście za niego za mąż. Łużyn m.in. zdradza swoje podejrzenia odnośnie Swidrygajłowa, jakoby zabił swoją żonę. Z uwag narzeczonego wynika również, że liczył na całkowite podporządkowanie sobie przyszłej żony. Ostatecznie Łużyn zostaje wyproszony przez Dunię za drzwi. Z rozmowy pomiędzy pozostałymi powstaje plan założenia firmy – proponuje to Razumichin mówiąc o tłumaczeniach książek i proponuje Duni i Raskolnikowi wspólną pracę. Snucie planów przerywa Razumichinowi Raskolnikow mówiąc, że wychodzi.
Raskolnikow idzie wzdłuż kanału prosto do domu w którym mieszka Sonia. Dom ten jest trzypiętrowy, stary i pomalowany na zielono. Sonia mieszkała w pokoiku dość dużym choć niskim, niemal pozbawionym sprzętów. W kącie stało łóżko, nawet nie przykryte, stół zbity z desek nakryty niebieskim obrusem, dwa wyplatane krzesła, dalej stała również zbita z desek komoda. Sonia z Raskolnikiem rozmawiają poważnie, m.in. o Katarzynie Iwanownej, a Sonia mówi, że nie ma do macochy żalu, bo ona sama jest jak dziecko. Teraz Sonia została jedyną żywicielką Katarzyny i jej dzieci, a dodatkowy problem to fakt, że kobieta zalega z komornym. Raskolnikow stwierdza, że Katarzyna ma galopujące suchoty i zostało jej niewiele życia i wspólnie zastanawiają się, co się stanie z dziećmi Sonia wyraża nadzieję, że Bóg nie dopuści, by skończyły na ulicy, ale Raskolnikow brutalnie stwierdza, że może Boga nie ma. Nagle Raskolnikow pada na kolana i całuje stopę Soni, tłumacząc przerażonej dziewczynie, że to nie ją całuje, ale składa hołd całej cierpiącej ludzkości. Rozmawiają dalej o wierze, a Raskolnikow dostrzega leżącą na komodzie księgę, Nowy Testament. Okazuje się, że Sonia dostała ją od Lizawiety. Mężczyzna prosi Sonię, by odszukała fragment o wskrzeszeniu Łazarza, po czym kobieta czyta Ewangelię.
Po lekturze Raskolnikow mówi, że idą tą samą drogą, że oboje są wyklęci, bo Sonia podniosła rękę na siebie i siebie pozbawiła życia. Zapowiada też, że jutro przyjdzie jej coś powiedzieć. Całą rozmowę podsłuchuje stojący za drzwiami Swidrygajłow.
Dzień dziesiąty
16 lipca 1865 roku, środa (część IV, rozdział V i VI oraz część V rozdziały I, II, III, IV i V)
Punktualnie o godzinie jedenastej przed południem Raskolnikow zgłosił się na izbie przyjęć naczelnika wydziału do spraw kryminalnych z podaniem dotyczącym odzyskania zastawu . Następuje druga rozmowa Raskolnikowa z Porfirym. Sędzia śledczy coraz bardziej osacza sprawcę morderstwa, który niemal wpada w histerię, jednakże nieoczekiwanym zwrotem jest przyznanie się do zabójstwa Mikołaja - jednego z malarzy, pracujących w mieszkaniu na drugim piętrze. Ów Mikołaj wyglądał tak, jakby gotowy był na wszystko, miał dziwny wzrok skierowany gdzieś przed siebie, jakby nikogo nie dostrzegał. Był to jeszcze bardzo młody chłopak, z włosami przystrzyżonymi pod garnek, prosto ubrany. Powtarzał, że jest mordercą. Stwierdził, że zabił lichwiarkę i jej siostrę siekierą, że spadło na niego zamroczenie. Żegnając Raskolnikowa Porfiry jest nieco zaskoczony takim obrotem sytuacji i zapewnia mężczyznę, że będzie musiał zadać mu jeszcze kilka pytań.
Wyjaśnia się też, kim był tajemniczy mieszczuch, który na ulicy oskarżył Raskolnikowa o morderstwo. Obserwował on Raskolnikowa, kiedy ten drugiego dnia po zabójstwie wrócił na miejsce zbrodni. Mężczyzna przeprasza Raskolnikowa, że doniósł na niego na policję i błaga o wybaczenie za potwarz.
Przedpołudnie nie było najprzyjemniejsze również dla Łużyna. Nie chciano mu zwrócić zadatków wypłaconych na remont mieszkania i na jego wyposażenie. Na dodatek nawet w Senacie czekało go rozczarowanie co do sprawy, którą chciał załatwić. Żałował też, że poskąpił pieniędzy Duni i jej matce, stwierdził bowiem, że wówczas nie tak łatwo byłoby zerwać zaręczyny i oddać prezenty.
Postanowił więc odegrać się na Roskolnikowie, wybierając na swoją ofiarę Sonię. Raskolnikow, który z powodu rozmowy z Porfirym nie poszedł na pogrzeb Marmieładowa, na stypie był świadkiem oskarżenia Soni przez Łużyna o kradzież biletu kredytowego opiewającego na 100 rubli, które ten sam jej włożył do kieszeni sukni. Wspomina przy tym, że wcześniej sam podarował jej 10 rubli na rzecz macochy. W obronie dziewczyny staje Katarzyna Iwanowna, sama rzucając przeznaczone dla niej 10 rubli Łużynowi w twarz. Tylko dzięki temu, że widział to młody entuzjasta socjalizmu utopijnego Andrzej Lebieziatnikow, udało się wykryć intrygę Łużyna i oczyścić Sonię z zarzutu kradzieży. Dzień wcześniej Andrzej był przekonany, że Łużyn wsunął te pieniądze do kieszeni Soni potajemnie z pobudek humanitarnych. Tymczasem Łużyn starając się wykazać, że Sonia jest złodziejką, chciał w istocie pognębić Rolnikowa i przywrócić sobie dobrą opinię w oczach jego matki i siostry. Stypa kończy się ogólną awanturą. Tymczasem Katarzyna Iwanowna zarzuciwszy na głowę chustę wychodzi na ulicę zarabiać śpiewem i tańcem. Po niej stypę opuszcza Raskolnikow, udając się na rozmowę z Sonią.
Druga rozmowa Raskolnikowa z Sonią. Student wyznaje jej, że to on zabił lichwiarkę i jej siostrę, lecz nie chce uznać swojej winy. Kobieta rzuca mu się na szyję ubolewając nad tym, jak wielką krzywdę mężczyzna sobie wyrządził. Deklaruje też, że nigdy go nie opuści. Raskolnikow mówiąc o motywach morderstwa stwierdza, że gdyby zabił lichwiarkę tylko dlatego, że przymierał głodem, byłby szczęśliwy. Tłumaczy, że zabił, bo chciał zostać kimś takim, jak Napoleon. Tłumaczy, że matka prawie nic nie ma, siostra zdobyła wprawdzie wykształcenie, ale jako guwernantka stała się popychadłem. On zaś studiował, lecz za własne pieniądze nie był w stanie utrzymać się na uniwersytecie, więc przerwał naukę. Jeśliby się dalej uczył, to prawdopodobnie za jakieś dziesięć lat mógłby mieć nadzieje, ze zostanie nauczycielem albo urzędnikiem. Do tego czasu matka żyłaby w trosce, a siostrę mogło spotkać coś gorszego. Postanowił zdobyć zatem pieniądze radykalnie, by za jednym razem stworzyć sobie solidne podstawy kariery. Zdradza też, że tak naprawdę nie chciał studiować i utrzymywać się z korepetycji, jak Razumichin. Wycofał się ze wszystkiego i zamknął niczym pająk w swojej izbie. Rozmyślając stwierdził, że władza leży w zasięgu ręku każdego, kto zdecyduje się po nią sięgnąć. I on się na to odważył. Przyznał, że zabił dla siebie samego, ostatecznie jednak stwierdza, że to siebie tak naprawdę zabił, a nie staruszkę. Kobieta nakłania go, by się przyznał, bo inaczej się zadręczy.
Raskolnikow wraca do swej izdebki i rozważa, co powiedziała mu Sonia. Chodzi o przyznanie się do winy. Zjawia się u niego Dunia, wyraźnie zakochana. Raskolnikow mówi jej, że Razumichin jest porządnym człowiekiem, zdolnym bezgranicznie kochać. Żegna ją, ale nie wyjaśnia powodów tego pożegnania.
Okazuje się, że Katarzyna Iwanowna, która potknąwszy się w trakcie występów upada, dostaje krwotoku. Przeniesiona do pokoiku Soni wkrótce umiera. Obecny przy jej śmierci Swidrygajłow obiecuje zająć się pogrzebem. Okazuje się, że mieszka tuż obok Soni. Zapewnia on również Raskolnikowa, że zajmie się losem sierot. Planuje umieścić je w przytułku dla sierot, umieszczając jednocześnie dla nich kapitał w banku, który otrzymają będąc pełnoletnimi tak, by Sonia mogła być o nie spokojna. Raskolnikow jest podejrzliwy i dopytuje o motywy, ale Swidrygajłow stwierdza, że pieniądze nie są mu potrzebne. Zdradza też, że podsłuchał rozmowę Raskolnikowa z Sonią i wie wszystko o morderstwie. Stwierdza, że Raskolnikow nadzwyczaj go zainteresował i jeszcze się do niego przekona.
Dzień jedenasty, dwunasty
17, 18 lipca 1865 roku, czwartek, piątek (część VI, początek rozdziału I)
Są to 2 lub 3 dni po śmierci Katarzyny Iwanowny. Raskolnikow włóczy się po mieście. Nie bardzo wiadomo, co robi. Podczas jednego z nabożeństw odprawianych w mieszkaniu Soni za jej macochę, przelotnie widzi się z Sonią i Swidrygajłowem, który wzbudza w nim największy niepokój i stanowi dla niego największe zagrożenie.
Dzień trzynasty
19 lipca 1865 roku, sobota (część VI, dalszy ciąg rozdziału I oraz rozdziały II, III, IV, V i VI)
Zasadnicza rozmowa z Razumichinem. Raskolnikow powierza opiece przyjaciela matkę i siostrę. Mówi, że wie, jak ten kocha Dunię i jest przekonany o szlachetności jego serca. Razumichin powiadamia Raskolnikowa, że Dunia dostała od kogoś list i bardzo się zdenerwowała. Raskolnikow domyśla się, że jest to list od Swidrygajłowa i postanawia z nim porozmawiać. Jednak kiedy wychodzi do sieni, wpada na Porfirego, który właśnie przyszedł go odwiedzić. Następuje ich trzecia rozmowa. Porfiry już bez ogródek mówi, że uważa go za mordercę. Dodaje również, że kiedy Raskolnikow leżał chory, jego izdebka została przetrząśnięta. Śledczy sugeruje, że Raskolnikow powinien przyjść i oficjalnie sam przyznać się do winy, czym może złagodzić swój los. Daje mu półtorej, dwa dni na zastanowienie się, później będzie musiał go aresztować. Porfiry mówi, że jest zwyczajnym człowiekiem, może wrażliwym i współczującym, ale zwyczajnym. Raskolnikowi natomiast Bóg inne życie wytyczył, nie będzie mu zresztą z jego charakterem przeszkadzać, że stanie się człowiekiem drugiej kategorii, ani że długi czas nie będzie się z nikim widywał. Śledczy stwierdza też, że wie, iż Raskolnikow nie ucieknie, bo ucieczka to kłopoty i niepewność, a Raskolnikowi przede wszystkim potrzebne jest ustatkowanie się w życiu. Porfiry wychodzi, a niemal za nim Raskolnikow, który postanawia porozmawiać ze Swidrygajłowem. Odnajduje go w traktierni nieopodal placu Siennego. Raskolnikow zarzuca mu wyuzdanie i uważa, że wciąż żywi uczucie do jego siostry. Swidrygajłow stwierdza, że skoro jest amatorem damskich wdzięków, to dlaczego ma się wyrzekać kobiet. Stwierdza, że rozpuście można się z fascynacją poddawać i jest w niej przynajmniej jakaś stabilność. Kiedy Raskolnikow wspomina o śmierci, Swidrygajłow prosi, by przestał, bo on boi się śmierci i nie lubi o niej rozmawiać. Opowiada mu o sobie o żonie nieboszczce i o tym, jak zdobywa kobiety. Uważa, że również Dunia by mu się nie oparła. Za wszelką cenę chce się pozbyć też Raskolnikowa, bo spieszy się na rozmowę z pewną damą – jak się okazuje, z Dunią. Wspomina też, że ma zamiar się ożenić z dziewczyną niespełna szesnastoletnią. Stwierdza, że to kuszące, kiedy on ma lat 50, a ona jeszcze nie ma szesnastu. Mężczyźni w końcu rozstają się, ale Raskolnikow zaczyna podążać śladem Swidrygajłowa. Ten odwraca się zdenerwowany, ale Raskolnikow stwierdza, że nie odstąpi go nawet na krok i wie o liście, który wysłał on do jego siostry. Swidrygajłow kapituluje, mówi że jeszcze muszą wpaść na chwilę do niego do domu po pieniądze. Raskolnikow stwierdza, że pójdzie z nim, jednak zajdzie nie do niego, a do Soni. Swidrygajłow jednak stwierdza, że Sonia wyszła z dziećmi do pewnej staruszki, dobrej znajomej Swidrygajłowa z dawnych lat, szacownej damy, która sprawuje zarząd nad kilkoma sierocińcami. Mężczyzna stwierdza, że z góry opłacił pobyt dzieci w domu dziecka, przekazał też pewną kwotę na potrzeby owych placówek.
Raskolnikow ostatecznie nie decyduje się na dalszą wyprawę ze Swidrygajłowem i odchodzi. Mija go Dunia, ale nawet jej nie poznaje, ona zaś jest przerażona jego stanem. Dostrzega Swidrygajłowa, a ten prosi, by nieco odeszli, bo nie chce, by brat zorientował się, że się spotkali. Ten proponuje Duni, by razem poszli do Soni i udaje zaskoczonego jej nieobecnością. Zabiera ją zatem do siebie i przyznaje, że układ pokoi pozwolił mu na podsłuchanie rozmowy Raskolnikowa z Sonią i dlatego teraz zna sekret brata Duni. Ujawnia przed kobietą zbrodnię jej brata. Proponuje jej wywiezienie Raskolnikowa za granicę twierdząc, że ma pieniądze by zorganizować to w ciągu trzech dni. Wyznaje przy tym Duni miłość i deklaruje, że uczyni wszystko, co Dunia rozkaże. Kobieta jest przerażona szczególnie, że Swidrygajłow zamknął drzwi i zadbał, by w domu nie było nikogo. Ten zaś drwiąco stwierdza, że jest mężczyzną więc jest silniejszy, zresztą Dunia i tak nie może na niego donieść, bo wydałaby tym samym brata. Nagle Dunia wyciąga rewolwer, a Swidrygajłow stwierdza, że to jego broń. Kobieta oskarża go o otrucie własnej żony, ten stwierdza, że nawet, gdyby to była prawda, to zrobił to dla niej. Dunia strzela, ale kula tylko muska mu skroń i wchodzi w ścianę za nim. Swidrygajłow prowokuje ją mówiąc, by strzelała, ale kolejna próba okazała się niewypałem – kobieta za słabo odciągnęła kurek. Dunia zaczyna rozumieć, że Swidrygajłow jest raczej gotów umrzeć, niż z niej zrezygnować. Odrzuca zatem rewolwer, a mężczyzna obejmując ją pyta, czy naprawdę go nie kocha i nigdy nie pokocha, a następnie zrezygnowany wypuszcza ją z pokoju. Kiedy kobieta ucieka, ten podnosi rewolwer myśląc, że można z niego oddać jeszcze jeden strzał. Wsuwa rewolwer do kieszeni, sięga po kapelusz i wychodzi.
Swidrygajłow chodzi cały wieczór po kawiarniach i spelunkach, stawiając wszystkim wódkę. Idzie do domu, bierze całą gotówkę jaką ma, niszczy kilka dokumentów i rusza do Soni. Ta nie jest jednak sama, ale z dziećmi gospodarzy, od których wynajmuje pokój. Swidrygajłow prosi Sonię o rozmowę i stwierdza, ze przypuszczanie wyjedzie do Ameryki, więc przekaże jej swoje dyspozycje. Wręcza jej kwity do banku, gwarantujące wypłatę dla jej rodzeństwa. Daje jej też trzy pięcioprocentowe obligacje skarbowe na sumę trzech tysięcy rubli, które przeznaczył dla niej i są wyłącznie do jej dyspozycji. Stwierdza, ze dłużej nie wolno jej żyć już tak haniebnie, a dzięki obligacjom będzie możliwa zmiana. Mówi też, że Raskalnikow ma dwie drogi – albo popełnić samobójstwo, albo powędrować traktem jako skazaniec na katorgę. Swidrygajłow jest przekonany, że jeśli wybierze on tę drugą drogę, to Sonia pójdzie za nim, a wówczas pieniądze się przydadzą. Udał się jeszcze do przyszłej żony z prezentem w postaci 15 tysięcy rubli srebrem oraz w różnorakich papierach wartościowych, tłumacząc prezent koniecznością wyjazdu z Petersburga
Następnie dociera o północy do oberży Adrianopol, wynajmując pokój, prosząc o herbatę i cielęcinę. Spędza tam ostatnie godziny życia, przypominając je sobie w trzech alegorycznych snach,: Pierwszy to sen o myszach, drugi o zgwałconej 14 latce, która utopiła się, bo nie mogła znieść swej hańby, zaś trzeci o małej, pięcioletniej przemoczonej, drżącej i zapłakanej dziewczynce, którą zabrał do swojego pokoju i położył w łóżku, a która przeistoczyła się na jego oczach w kurtyzanę.
Dzień czternasty
20 lipca 1865 roku, niedziela, święto IIii (Eliasza) Proroka (część VI, zakończenie rozdziału VI, rozdziały VII i VIII)
O świcie Swidrygajłow popełnia samobójstwo. Tego samego dnia, ale już pod wieczór Raskolnikow składa pożegnalną wizytę u matki. Jego siostra jest nieobecna. Raskolnikow powiadamia matkę, że wyjeżdża. Kiedy wraca do domu, czeka tam już na niego Dunia. Mówi bratu, że cały dzień spędziła u Sofii i miały nadzieję, że tam podejdzie. Bohater wyznaje jej, że wiele razy zachodził nad Newę, ale nie był w stanie popełnić samobójstwa, nie mógł się zdecydować. Mówi siostrze natomiast, że zaraz idzie siebie wydać, chociaż nie wie dlaczego to robi. Wciąż bowiem nie widzi swojej winy i twierdzi, że fakt, że zabił śmierdzącą i szkodliwą staruchę nie powinien być wykroczeniem. Wspólnie wychodzą z domu, ale oboje oglądają się za siebie. Raskolnikow zastanawia się, dlaczego wszyscy tak go kochają.
O zmierzchu Raskolnikow zachodzi jeszcze do Soni, do tej której powierzył swoją przyszłość. Kobieta przez cały dzień wyczekiwała jego przyjścia. Mężczyzna prosi o krzyżyk Soni i wyznaje, że idzie przyznać się do winy, ale Sonia zaczyna się ubierać, pragnąc mu towarzyszyć. Raskolnikow rozwścieczony mówi do niej, by nie ważyła się iść za nim, po czym wychodzi.
Potem rozpoczął swoją wędrówkę, której końcem było oczyszczenie duszy. Na placu Siennym pada na kolana, ale nie odważył się głośno zawołać, że jest mordercą. Następnie poszedł na policję wyznać Ilii Pietrowiczowi zbrodnie.
Epilog
Prawie półtorej roku później na Syberii. Postępowanie procesowe w jego sprawie przebiegało bez większych trudności. Raskolnikow dokładnie przedstawił cały przebieg zabójstwa, opisał szczegóły dotyczące m.in. tajemniczego zastawu trzymanego przez lichwiarkę, zawartości kufra itp. Wskazał też kamień pod którym znaleziono rzeczy skradzione lichwiarce. Przyznanie się Raskolnikowa do winy oraz okoliczności łagodzące, jak pomoc wielu ludziom i fakt, że przed zabójstwem znajdował się w skrajnej nędzy oraz był chory, wpłynęły na złagodzenie kary do 8 lat robót katorżniczych drugiego stopnia. Wyrok zapadł pięć miesięcy po dobrowolnym zgłoszeniu się Raskolnikowa na policję. Było to w grudniu 1865 roku. Nieznana jest data odjazdu aresztantów wraz z Sonią na Syberię.
Dwa miesiące później Dunia wychodzi za mąż za Razumichina. Jeszcze na początku procesu rozchorowała się Pulcheria Aleksandrowna, a Razumichin z Dunią zdecydowali, że lepiej będzie wywieść ją na czas procesu z Petersburga. Jej choroba prawdopodobnie powstała na tle nerwowym, a nawet ślub córki nie wydobył ją z tego stanu, przeciwnie – stała się jeszcze bardziej smutna i zatroskana. W końcu dostaje wysokiej gorączki i umiera.
Raskolnikowa przez długi czas nie powiadamiano o śmierci matki, chociaż korespondencja została nawiązana niemal od pierwszych chwil, kiedy osiadł na Syberii. Była to zasługa Sonii, która co miesiąc wysyłała list na adres Razumichina. Na początku Sonia nieustannie pisała, że Raskalnikow chodzi ponury i milczący, obojętnie przyjmuje informacje, które kobieta przekazuje mu podczas widzenia. Kiedy w końcu Sonia powiadomiła go o śmierci matki, zdawać by się mogło, że nie zrobiło to na nim wrażenia. Jednak coraz bardziej się wycofywał, a osadzeni zaczęli traktować go wrogo. W końcu poważnie się rozchorował i został osadzony w szpitalu, na oddziale dla aresztantów.
Tak naprawdę przyczyną złego stanu zdrowia były udręki i katusze dalekie od ciężkich robót. Wstyd mu było tego, jak podle traktował Sonię, ale ten wstyd brał się z jego urażonej ambicji. Raskalnikow wciąż bowiem nie odczuwał żalu z powodu swojego przewinienia. Swoją winę widział jedynie w tym, że nie uniósł ciężaru swojego przestępstwa i dobrowolnie przyznał się do winy. Sam Raskolnikow nie był lubiany, wszyscy go unikali, a wręcz zaczęli go nienawidzić. Gardzono nim i drwiono z niego, a wyszydzali nawet ci, którzy popełnili cięższe przestępstwo. Wszyscy natomiast lubili Sonię, choć ona nie zabiegała o ich względy, a widzieli ją rzadko. A mimo to wszyscy ją znali i wiedzieli, że przyjechała z Raskolnikowem. Nie dawała im też pieniędzy, choć raz, na Boże Narodzenie napiekła dla wszystkich kołaczy i zrobiła pierogi.
Raskolnikow przeleżał w szpitalu całą resztę wielkiego postu i cały tydzień licząc od dnia Zmartwychwstania Pańskiego. Dochodząc do siebie przypominał sobie sny, jakie miał, kiedy leżał w gorączce. Jeden traktował o zagładzie ludzkości, a wszędzie wybuchały pożary, panował głód. Na całym świecie ocaleć miało tylko kilka osób, nieskalanych i wybranych do zapoczątkowania nowego rodzaju ludzkiego.
Wreszcie Raskolnikowa wypisano ze szpitala. Wróciwszy do ostrogu dowiedział się od aresztantów, że Sonia zachorowała, leży w domu i nie wychodzi. Posłał do niej kogoś, by się rozeznać w sytuacji, ale okazało się, że to nic poważnego. Sonia przekazała mi nawet liścik, w którym pisała, że to przeziębienie i rychło przyjdzie się z nim zobaczyć. Gdy czytał te słowa, serce raźniej mu zabiło. Dzień ten był pogodny i ciepły. Wcześnie rano wyprowadzono go do roboty nad rzekę, gdzie w szopie urządzono fabrykę. Raskalnikow usiadł na balach przy rzece i zaczął się wpatrywać w drugi przed, gdzie były jurty koczowników. Raskolnikow pomyślał, że tam jest wolność. Nagle okazało się, że przy nim jest Sonia, podeszła cicho i usiadła koło niego, wyciągając do mężczyzny rękę. Nagle Raskalnikow poczuł, jakby coś go rzuciło u jej stóp. Płacząc obejmował jej kolana, a ona choć początkowo się przestraszyła to zrozumiała, że on ją kocha i że nadeszła ta chwila. Z ich wymizerowanych twarzy bił nowy blask. Postanowili czekać i cierpieć wspólnie kolejne siedem lat.
*Zachęcam do lektury książki. Streszczenie jest jedynie formą powtórzenia*
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz