niedziela, 29 lipca 2018

Rozkosz smaku, czyli herbata Pure Leaf

Do Europy pierwszą herbatę przywieźli Holendrzy, którzy rozpowszechnili ponadto jej nazwę, pod którą jest po dziś dzień znana. Przedstawiciele Niderlandów prowadzili swoje interesy z Chinami za pośrednictwem Jawy, dokąd zawijały chińskie dżonki. Pierwsza herbatę dostarczono na Jawę z chińskiego portu Amoy i właśnie z dialektu Amoy przejęto nazwę herbaty, wymawianą przez Chińczyków taj. Natomiast Portugalczycy zachowali kantońską nazwę cha, używaną do dnia dzisiejszego w ich kraju. Kraje europejskie, które nabywały herbatę od Holendrów, przejęły również nazwę taj i od niej wprowadziły swoje nazwy krajowe: tee, tea, itp. Polska nazwa „herbata”, mimo innego brzmienia, również ma ten sam rodowód. Jest bowiem zbitką dwóch słów: łacińskiego zioła (herba) i nowołacińskiego Thea, które jest kalką tē z języka chińskiego. 

U mnie herbata gości na stole równie często jak kawa, a każdy z członków rodziny ma swój ulubiony smak. Ja zaś jestem smakowym wędrownikiem, a choć ta zielona wysuwa się na prowadzenie, to uwielbiam poznawać nowe odmiany, nowe sposoby przyrządzania, degustować nowe mieszanki. Tak miedzy innymi trafiłam na herbatę Pure Leaf, nie tylko odznaczającą się wyjątkowym smakiem, ale przede wszystkim produkowaną bez konserwantów. 

Mroczna legenda 

Pojawieniu się herbaty na ziemi towarzyszy legenda o świętym Bodhidharmie, założycielu buddyjskiej sekty Zen, który medytował intensywnie, siedząc pod drzewem, w okolicach Nankinu w Chinach. Podczas tej medytacji zmorzył go jednak sen, a kiedy się obudził, był bardzo na siebie zły, że senność przeszkodziła mu w doprowadzeniu myśli do twórczych wniosków. Aby uniknąć w przyszłości takiej sytuacji, okaleczył się, obcinając sobie powieki. 

W miejscu, gdzie obcięte powieki spadły na ziemię, wyrosła dziwna roślina, z której liści można było otrzymać wywar odpędzający sen. Dzięki temu ludzie mogą dziś delektować się herbatą, zaś Indie, które są jej największym eksporterem, same wypijają herbaciany wywar z jednej piątej wszystkich na świecie listków. Zanim jednak herbaciany obyczaj trafił do Indii, od czasów samookaleczenia Bodhidharmy, upłynęło wiele wieków. 

fot. J.Gul

Co dalej? 

Co ciekawe, sami Chińczycy długo nie słyszeli o tej legendzie, a najstarsze wzmianki o uprawie herbaty pochodzą z księgi Ryah, z około 600 roku p.n.e., a także z dużo starszej księgi Pent-sao. W 1762 roku Linneusz, szwedzki przyrodnik i profesor uniwersytetu w Uppsali, rozróżnił dwie odmiany herbaty – tea viridis i tea bohea. Pierwsza nazwa oznacza „zielona”, druga zaś jest nazwą pasma gór, z których – jak niegdyś sądzono – pochodziła herbata czarna. Przez dwa wieki wielu botaników wniosło swój wkład w debatę na temat pochodzenia i klasyfikacji herbat. 


Która lepsza? 

Zwykle wyróżnia się dwie podstawowe grupy odmian: herbaty indyjskie o dużych liściach i wąskolistne herbaty chińskie. Pierwsze z nich rosną w samych Indiach oraz na Ceilonie, stanowiąc największą część światowego rynku herbat eksportowych, jako że Chiny, mimo iż produkują więcej herbaty, w całości niemal przeznaczają ją na wewnętrzne potrzeby. W zależności od procesu technologicznego, można wyróżnić: 
  • herbatę zieloną – niefermentowaną, która z powodu braku procesu fermentacji charakteryzuje się naparem jasnym o ziołowym aromacie; 
  • żółtą lub czerwoną – lekko fermentowaną, znaną jako herbata Ujung; 
  • czarną – fermentowaną, która daje charakterystyczny ciemny kolor naparu. 
Zielona herbata jest najstarszą formą użytkowania herbacianych liści. Świeżo zebrane liści poddaje się więdnięciu, parowaniu, zwijaniu i suszeniu. W Chinach, te najwyższej jakości zielone herbaty produkuje się klasyczną, starożytną metodą, wszystkie czynności wykonując ręcznie. 

Zielone, niefermentowane herbaty nie cieszą się na Zachodzie tak powszechną sympatią, jak herbaty czarne. Piją je za to ze smakiem Chińczycy, Hindusi, Japończycy, mieszkańcy Tunezji, Maroka, Algierii, wędrowcy z azjatyckich stepów i ci wszyscy, którzy doceniają ich subtelny smak, walory dietetyczne oraz zdrowotne. Na Wschodzie traktuje się ją jako napar działający raczej uspokajająco niż stymulująco. Już w 1940 roku amerykańskie laboratoria wykazały, że tanina działa na wirusy grypy. Naukowcy sowieccy donosili o korzystnym działaniu wywaru zielonej herbaty w leczeniu różnych infekcji, biegunek, a także przewlekłego zapalenia wątroby. Badacze indyjscy potwierdzili tezę, że ma ona wpływ na wirusa opryszczki, zaś Kanadyjczycy w badaniach laboratoryjnych wykazali dezaktywujące działanie herbaty na liczne wirusy chorobotwórcze. Chyba wyczuwam to intuicyjnie, bo zielona herbata jest zdecydowanie moją ulubioną. Rzadko jednak pijam ją samą – uwielbiam, kiedy jest z domieszką pomarańczy, czy (jak obecnie) jaśminu. Zresztą w herbacie z jaśminem zakochałam się podczas pobytu w Anglii i pracy dla Chińczyka. Odkąd odkryłam Pure Leaf z jaśminem, mogę wracać wspomnieniami do tych chwil i delektować się jej wyjątkowym smakiem, zabarwionym delikatnością płatków i jaśminową nutą zapachu. 

Moje doznania smakowe i opisane działanie, to jeszcze nie wszystko. Wyniki badań pokazują, że ekstrakt z zielonej herbaty działa trojako: 
  • hamuje aktywność enzymów rozkładających triglicerydy, nie następuje zatem wchłaniania tłuszczu, ale jego wydalanie w postaci niezmienionej; 
  • umożliwia powstanie emulsji koniecznej do rozpoczęcia procesów trawiennych; 
  • przyspiesza spalanie zapasów energetycznych w organizmie. 
Większe spożycie błonnika włókien roślinnych wpływa ponadto korzystnie na odchudzanie. Dzieje się tak dlatego, iż wypełniają one żołądek dając uczucie sytości, ale również dlatego, że redukują emulgowanie tłuszczów. Taki sam efekt ma również ekstrakt z zielonej herbaty. 


fot. J.Gul

Herbata tylko dla elit? 

Niegdyś słodzenie herbaty było odzwierciedleniem statusu społecznego, a najbiedniejsi często musieli zadowolić się widokiem kawałka cukru, zawieszonego na sznurku nad stołem, lub odruchem mieszania herbaty, który imitował słodzenie. Wśród drobnych właścicieli ziemskich istniał zwyczaj ssania po kolei kawałka cukru krążącego wokół stołu, a następnie popijania go herbatą. Bogaci bojarzy moli sobie pozwolić na jeden bądź nawet dwa kawałki cukru na filiżankę. Jednak ta rozpusta była niczym w porównaniu do cara, który zamiast filiżanki używał wydrążonej głowy cukru, do której wlewano mu herbatę. 

Niezależnie od tego, czy podana z cytryną, sokiem malinowym, konfiturą, cukrem czy łyżeczką miodu, herbatę można spożywać na wiele sposobów. Również u mnie każdy ma swoją tradycję picia herbaty, zmieniającą się zresztą w zależności od pory dnia. P. pija ją w ilościach nieograniczonych, płynnie lawirując pomiędzy wszystkimi rodzajami herbat czarnych, również aromatyzowanych. Ja – poza ukochaną zieloną – sięgam najczęściej po czerwoną, choć mamy tradycję wieczornego wypijania filiżanki czarnej herbaty przy kuchennym stole, o 19, która to godzina stanowi płynne przejście od czasu zawodowej aktywności w ciągu dnia, do odpoczynku w domowych pieleszach. 

Od kilku tygodni delektujemy się moim nowym odkryciem – wspomnianą już herbatą Pure Leaf. To herbata liściasta, stworzona wyłącznie z naturalnych składników, zamknięta w jedwabnych piramidkach, urzekanych delikatnością i elegancją. Co jest dla nas szczególnie ważne, liście wykorzystane do produkcji Pure Leaf zostały zebrane z upraw objętych certyfikatem Rainforest Alliance Certified ™. Z racji tego, że większość zakupów robię obecnie przez Internet, oszczędzając czas (i pieniądze), skorzystałam z oferty sklepu Konesso, zamawiając dwa rodzaje herbat: zieloną z jaśminem dla siebie i czarną z dodatkiem ziaren laski wanilii z Madagaskaru, dla P. 

fot. J.Gul

Otrzymałam wytworne opakowania, o wysokiej jakości wykonania, z których każde zawierało 25 piramidek wypełnionych esencjonalną herbatą. Zielona, lekko słodkawa dzięki płatkom jaśminu towarzyszy mi odtąd w trakcie przerwy w pracy. Delikatnie orzeźwia, rozpieszcza podniebienie, jest idealna zarówno wielbicieli zielonej herbaty, jak i dla tych, którzy dotąd nie byli jej fanami, zrażeni często wyczuwalną goryczką. 

Czarna z kolei zachwyciła P., ale byłam właściwie pewna, że tak będzie. Wahałam się wyłącznie pomiędzy zamówieniem klasycznej jej wersji, herbaty Pure Leaf English Breakfast, będącej fantastycznym połączeniem liści Assam i Ceylon, a herbatą aromatyzowaną. Zadecydował przypadek – przypominało mi się, że ostatnio, kiedy robiłam na deser budyń z laską wanilii, P. wyznał mi, że uwielbia ten smak i zapach. I rzeczywiście, odtąd tę waniliową pijemy wieczorem, jeszcze zanim rzucę się w wir przygotowania kolacji. Delikatny zapach i posmak wanilii madagaskarskiej z płatkami nagietka, coraz mniej wyczuwalny z każdym łykiem, a jednak znacząco podnoszący walory smakowe i pobudzający kubki smakowe, a także zmysł węchu, naprawdę potrafi uwieść. 

Skuszona pięknym wyglądem, ale i możliwością wydobycia optymalnego smaku z herbaty, zamówiłam również specjalną klepsydrę do parzenia herbaty Pure Leaf - posiada ona słupki w trzech kolorach (zielony, czarny i czerwony), które odmierzają optymalny czas potrzebny do zaparzenia danej herbaty – można na niej odmierzyć 2, 3 lub 4 minuty. Do tego, specjalnie dla P., który się nią zachwycił, szklankę Pure Leaf z elegancką podstawką i ociekaczem. Od chwili, kiedy otrzymaliśmy paczkę (bardzo starannie zapakowana przesyłka, wszystko owinięte filią bąbelkową, umieszczone dodatkowo w kartonach, przełożone woreczkami z powietrzem), P. korzysta tylko z tej szklanki o podwójnych ściankach, która dłużej zatrzymuje temperaturę herbaty i wygląda niezwykle efektownie (niesamowite, że jego ulubiona filiżanka stoi zapomniana!).

fot. J.Gul

fot. J.Gul

fot. J.Gul

A w jakich smakach herbat Wy gustujecie? macie swoje herbaciane zwyczaje? Ulubione filiżanki? Ślijcie opinie i zdjęcia!


Ps. W trakcie tworzenia tekstu korzystałam z książki J.Molendy: Rośliny, które zmieniły świat, Replika 2011 r.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz