Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kredyt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kredyt. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 października 2019

Upadłość konsumencka ratunkiem dla zadłużonych

Jak to się dzieje, że jedni nieustannie toną w długach, a inni są w stanie zgromadzić sporo na koncie? Myli się ten, kto myśli, że decyduje o tym wyłącznie wysokość zarobków. Oczywiście to, jak wysokie jest nasze wynagrodzenie, znacząco wpływa na poziom naszego życia. Nie decyduje jednak o wszystkim, bowiem ta sama kwota miesięcznie jednemu niemal nie wystarcza na przeżycie, natomiast ktoś inny jeszcze kilkadziesiąt złoty z niej zaoszczędzi. Jak zatem postępować, by uniknąć długów i co zrobić, kiedy znajdziemy się już w naprawdę trudnej sytuacji, a jedynym ratunkiem będzie upadłość konsumencka? 

piątek, 29 kwietnia 2016

Magdalena Żelazowska "Hotel Bankrut"

Tytuł: Hotel Bankrut 
Autor: Magdalena Żelazowska
Wydawnictwo: HarperCollins


„Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość” – o prawdziwości tych słów Woody`ego Allena przekonało się już wiele osób, a lekcja ta zwykle była bardzo bolesna. Niezależnie od tego, co stanowi nasz przedmiot pożądania, nasz cel, musimy uwzględnić w naszej drodze do niego różne nieprzewidziane okoliczności. Jeśli posiadamy wyłącznie plan A, trudno będzie nam odnaleźć się w sytuacji, kiedy na naszej drodze pojawią się nieprzewidziane problemy, kiedy dobiegnie nas złowieszczy chichot losu. I wówczas nieważny stanie się fakt, że w momencie zaciągania kredytu mieliśmy doskonałą pracę i wysokie wynagrodzenie, że całe życie pomagaliśmy wnukowi rezygnując z naszych marzeń, a osiągnąwszy pewien wiek, nie możemy na niego liczyć. Co więcej, analizując nasze potknięcia i życiowe porażki dojdziemy do wniosku, że winny tak naprawdę nie jest los, ale nasz brak pragmatyzmu, zbytnia skłonność do brawury, nadmierny konsumpcjonizm czy … rezygnacja z siebie.

Które z tych powodów wpłynęły na życie kilku bohaterów niezwykłej powieści „Hotel Bankrut” autorstwa Magdaleny Żelazowskiej? Przekonamy się o tym sięgając po opublikowaną nakładem wydawnictwa HarperCollins książkę, która portretuje codzienne życie mieszkańców Łodzi w dobie kryzysu. Jesteśmy świadkami spektakularnych wzlotów i upadków, rozczarowań i nadziei, obserwujemy ludzi załamanych, ale też i karmionych fałszywymi obietnicami, dla których wyznacznikiem własnej wartości jest liczba i jakość posiadanych rzeczy – nawet za cenę rujnujących odsetek od kredytu. Walory powieści w pełni docenią czytelnicy mający duże wymagania zarówno wobec przebiegu akcji, jak i bohaterów, lubiący lekturę może niezbyt wymagającą, ale z pewnością angażującą, zawierającą wiele cennych spostrzeżeń na temat życia i zachowań reprezentantów społeczeństwa. 

Poznajemy pięćdziesięcioletniego rozwodnika, Leona, właściciela małego lombardu, który stoi przed koniecznością utrzymania dużego i kapitałochłonnego domu. Sposobem na podreperowanie finansów oraz zachowanie własności nieruchomości, staje się wynajem pokoi. Przypadek sprawia, że w charakterze lokatorek zgłaszają się … trzy panie, a każda z nich dysponuje innym doświadczeniem życiowym, znajduje się w innym jego punkcie, każda z nich niesie na swoich barkach wiele problemów. Dla Weroniki, owładniętej pragnieniem wydostania się z nizin w których się wychowała, konieczność wynajmowania mieszkania jest ujmą na honorze i dowodem na to, że przegrała rozgrywkę o swoje życie. Doskonała praca jest już przeszłością, podobnie jak wysokie wynagrodzenie, które pozwoliło jej na regularną spłatę wysokich rat kredytu, zaciągniętego na wyposażenie pięknego, trzypokojowego mieszkania. Jeszcze wczoraj wypełnione wartymi fortunę meblami od znanych projektantów wnętrze cieszyło jej oczy, podobnie jak szafy pełne markowych ubrań, a dziś, wyprzedawszy większość swojego majątku za grosze, stoi przed koniecznością spłaty lawinowo rosnących zobowiązań oraz oddania swojego mieszkania w ręce najemców. 

Dla Łucji, mieszkanie u boku Leona jest szansą na nowe życie, choć w wieku siedemdziesięciu sześciu lat rozpoczynanie kolejnego etapu może wydawać się nieco ryzykowne. Prawdziwe zdumienie budzi jednak informacja, że wynajem pokoju to zaledwie jedna z drastycznych zmian – kobieta sprzedała swoje mieszkanie, a właściwie skorzystała z odwróconej hipoteki i pozbywając się niemal wszystkiego, stanowczo zaprotestowała przeciwko czekaniu na śmierć. Ostatnia lokatorka, Kinga, do Łodzi przyjechała w poszukiwaniu zatrudnienia. W swoim miasteczku nie miała przed sobą żadnych perspektyw, a tym bardziej szansy na realizacje największego z marzeń – Kinga pragnie zostać bowiem projektantką, zaś praca na zastępstwo w galerii handlowej, w sklepie odzieżowym, ma otworzyć jej drzwi do świata mody.

Na łamach książki spotykamy również rzutkiego pracownika Fraier Banku, Damiana, a właściwie …Dudusia, jak nazywa go pomimo skończonych trzydziestu lat jego babcia Łucja. Spragniony wielkich pieniędzy oraz wolności, które one dają, mężczyzna nie waha się przed wykorzystywaniem otoczenia, z równą bezdusznością traktując swoich klientów, kobiety, jak i rodzinę. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że za wszystko w życiu kiedyś przyjdzie nam zapłacić, że wszystko ma swoją cenę, zaś miejsce na szczycie nie zawsze warte jest poniesionych kosztów…

Jak zakończy się ta wspaniała historia, w której wielu czytelników może przeglądać się niczym w lustrze? Jak potoczą się losy bohaterów i czy znajda oni to, czego poszukują? A może połączone stratą jednostki przekonają się o tym, co tak naprawdę się w życiu liczy? Na te wszystkie pytania pozwala odpowiedzieć lektura książki „Hotel Bankrut”, która przykuwa naszą uwagę i sprawia, że zaczynamy weryfikować swoje przekonania i sądy, a nawet swoje cele. I choć nie odpowie za nas na pytanie, czy lepiej mieć czy być, to z pewnością historie poszczególnych bohaterów pozwolą nam wyciągnąć własne wnioski. Spotkanie z powieścią Magdaleny Żelazowskiej jest przeżyciem, wiąże się z refleksją, ale także z podziwem dla autorki, która okazała się być doskonałą obserwatorką codzienności oraz ludzkich dramatów. Lekkość nie wiąże się tu z banałem, przemyślana koncepcja świadczy o doskonałym przygotowaniu, zaś bohaterowie, dzięki swojemu zróżnicowaniu, mają w sobie cząstkę nas i naszych opowieści. To wszystko składa się na wciągającą lekturę i skłania czytelnika do bacznej obserwacji poczynań autorki, a już z pewnością do sięgnięcia po jej poprzednią książkę.

piątek, 11 września 2015

Rozmowy z autorem: Michał Heller, autor książki "Własna kawiarnia, marzenie czy udręka?"

Michał Heller – urodzony 12.09.1987 r., współtwórca marki Take Away Coffee i założyciel sieci franczyzowej minikawiarni pod marką Take Away Coffee. Wielki pasjonat kawy i biznesu. Swoim życiem udowadnia, że wszystko jest możliwe. /źródło: Rozpisani.pl/





J.G.: Jak zaczęła się Twoja przygoda z kawą, a właściwie biznesem z nią związanym?

M.H.: W 2012 roku ze swoją ówczesną życiową partnerką podjęliśmy decyzję o tym iż fajnie by było stworzyć takie miejsce, taką kawiarnię. Zawsze pracowałem na własny rachunek, rozwijając rożne biznesy, jedne z sukcesem inne z kompletną porażką, dlatego taka myśl dla mnie była czymś zupełnie naturalnym. Idea Take Away Coffee wynikała z obserwacji rynku i niszy jaką taki format miał zapełnić. Również moja miłość do USA nie była obojętna.
Lokal we Wrocławiu został znaleziony zupełnym przypadkiem podczas spaceru, nie było na nim nawet kartki z napisem do wynajęcia. Finansowanie zapewnili rodzice wraz z wystrojem lokalu (zabraliśmy im żyrandol z salonu i kilka innych elementów). Lokal został otwarty  w czerwcu 2012 i do września absolutnie nic sie nie działo. Dzielnica, w której jest położona kawiarnia jest dzielnicą studencką - tego nie wzięliśmy pod uwagę.
Dużym wsparciem na samym początku była wiedza Karoliny, która miała doświadczenie w branży gastronomicznej - udało nam się dzięki temu z pewnością uniknąć kilku większych pomyłek. Nie ukrywam iż od początku marzyła mi sie budowa sieci kawiarni - choć wtedy wydawało sie to szalonym pomysłem z racji na brak możliwości finansowania z banków dla mojej osoby.

J.G. Skąd wziąłeś fundusze na założenie firmy? Jakie źródła finansowania możesz polecić początkującym przedsiębiorcom?

M.H.:Pierwsza kawiarnia została sfinansowana przez moich rodziców, był to okres kiedy byłem po swojej największej życiowej porażce czyli bankructwie poprzedniej firmy i wymuszonej sprzedaży portalu www.gabinety-kosmetyczne.net. Więcej o tamtej sytuacji możecie przeczytać pod tym linkiem  http://mamstartup.pl/najnowsze/1225/8-1-w-innym-spojrzeniu. Co ciekawe, sprawa z bankiem ciągnie się w sądzie do dzisiaj.
Z pewnością najlepszym źródłem finansowania są środki własne, lub pożyczone od rodziny. Osobiście, sytuacja ta nauczyła mnie, by nigdy nie pożyczać pieniędzy od swoich przyjaciół. W chwili obecnej na rynku jest dużo programów z których osoba początkująca może skorzystać, bardzo łatwo jest dotrzeć do aniołów biznesu, funduszy venture capital bądź akceleratorów biznesu.

J.G.: Z twojej książki „Własna kawiarnia, marzenie czy udręka” wynika, że prowadzenie kawiarni to ciężkie, ale i ryzykowne zajęcie. Sam piszesz, że osiem na dziesięć kawiarni upada w ciągu pierwszego roku działalności. Dlaczego upadają?

M.H.:Ponieważ każdy sprzedaje kawę, jak dobrze wiesz nawet sklepy typu convenience store, jak Żabka, Freshmarket czy Małpka Express mają kawę. Kawiarnia oferująca nawet najlepszą kawę i ciasta nie utrzyma się na rynku, jeśli w jakiś sposób nie będzie się w stanie na nim wyróżnić. To jest właśnie najważniejsze. Przebywając obecnie w Londynie, gdzie mieszkam, widzę jak ten rynek jest rozwinięty, każda kawiarnia, każda sieć, sprzedaje nam inną historię, inną wizję, inne odczucia.
Polski rynek to istna pustynia jeśli chodzi o sieciowe kawiarnie, za kilka lat z pewnością to sie zmieni. Chcesz założyć kawiarnię, kup bilet do Londynu i spędź tu kilka dni chodząc po prostu po mieście. Zmienisz całkowicie zdanie o swoim ówczesnym pomyśle na kawiarnie lub w ogóle zaprzestaniesz chęci posiadania swojego lokalu.

J.G.: Z jakimi barierami musi zmierzyć się właściciel kawiarni? Czy Polska to przyjazny kraj dla tego rodzaju branży?

M.H.:Sadzę, że tak, nie spotkałem się z absolutnie żadnymi problemami, sanepid również jest moim zdaniem mocno demonizowany. W naszym przypadku i naszych franczyzobiorców nie było żadnych problemów. Po prostu wczytaj się w przepisy, jak nie rozumiesz, to do nich zadzwoń i podjedź. To wszystko.

J.G.: Co jest największym problemem w tego rodzaju biznesie?

M.H.:Brak pomysłu na siebie - sądzenie iż twoi znajomi będą stanowić większość klientów, brak odpowiedniej asertywności, by zażądać od nich pieniędzy za kawę czy ciasto. Niestety, kiedy ktoś otwiera kawiarnię, to znajomi są najmniej liczną grupa klientów i nagle się okazuje iż nasza kawiarnia jest jak każda inna. Po prostu bezpłciowa.

J.G.: A jednak wciąż otwierane są nowe kawiarnie. Jak sądzisz, z czego to wynika?

M.H.:Z wiary w to, że nam się uda, że nasza kawiarnia jest w innym lepszym miejscu, że udało nam się znaleźć odpowiedź na lokalne problemy mieszkańców. Z wiary w to, że to jest łatwy i prosty biznes. A nie jest. Szczególnie lubię obserwować osoby, które rzucają pracę w korporacji i otwierają swoją kawiarnię. Tam były najlepsze, tu wstydzą sie odezwać do klienta. Excel to nie wszytko.

J.G.: Co przyciąga ludzi do kawiarni? Dobra kawa wystarczy?

M.H.: Magia miejsca - dobrą kawę może mieć dzisiaj każdy, ale magii i uśmiechniętych ludzi już nie.

J.G.: Jest jeszcze na rynku miejsce dla nowych kawiarni?

M.H.: Polski rynek jest absolutnie nie nasycony, jest miejsce, jak najbardziej. Spożycie kawy na mieszkańca również jest poniżej średniej europejskiej, dlatego ten rynek ma przed sobą wiele, ale to wiele do zaoferowania. Wystarczy spojrzeć na największą sieć kawiarni w Polsce, która liczy naprawdę niewiele lokali. Jest miejsce na takie sieci jak TAC, niskie koszty, szybka obsługa.
Szukając inwestora rozmawiałem z wieloma osobami. Jedna z nich  powiedziała mi, że gdybym miał 20 lokali to w ciągu 5 minut, by mnie kupił. Co ciekawe nawet 3 dni temu otrzymałem emaila z pytaniem o siec TAC, której już nie jestem właścicielem.

J.G.: Czy uważasz, że kawiarnie powinny otwierać osoby bez doświadczenia w branży gastronomicznej? Czy w takim przypadku ryzyko jest zbyt duże i lepiej zacząć na przykład od zawodu baristy, a o własnej kawiarni pomyśleć za kilka lat?

M.H.:Jest to najlepsza opcja, zatrudnić się w jednej z kawiarni sieciowych by zdobyć wiedzę i doświadczenie a potem otworzyć własny lokal. Warto również rozważyć profesjonalny consulting u osób, które mogą nam pomoc w uniknięciu kosztownych błędów. Nieskromnie wspomnę tu również o swojej ofercie dostępnej na www.wlasnakawiarnia.pl
Kilka lat nie jest potrzebnych, w zupełności wystarczy kilka miesięcy intensywnej pracy.

J.G.: Jak wygląda franczyza w praktyce? Jaką kwotą musi dysponować potencjalny franczyzobiorca i na co może liczyć?

M.H.: Wszystko zależy od oferty danej sieci, warto zapoznać sie z wieloma rożnymi. Czy sprzęt przekazywany jest na własność, czy tylko dzierżawiony, jakie istnieją opłaty i co w zamian otrzymujemy. Umowa do analizy przez biuro prawne - koszt 150 - 500 zł a wiedza bezcenna. Co ciekawe nikt tego nie robi.

J.G.: Jak Ty zaczynałeś? Czy od początku Twoim celem było stworzenie sieci kawiarni?

M.H.:Tak od początku moim celem było posiadanie sieci kawiarni, z racji braku możliwości pozyskania finansowania na rozwój sieci zdecydowałem się na jej sprzedaż. Moja sytuacja była wyjątkowa, gdyż nikt nie mógł zrozumieć, że bankrut stara się zbudować nowy biznes od podstaw, nie mogłem wziąć kredytu, dotacji ze względu na BIK. Niestety nie ma przepisów pozwalających takim osobom stanąć na nogi na nowo.

J.G.: Gdzie uczyłeś się parzenia kawy?

M.H.: W swojej kawiarni ;) Raz sprzedałem klientowi cappuccino bez kawy, co ciekawe wrócił następnego dnia i kupił kolejne. Pewność siebie zawsze mi sprzyjała, choć początki jak zostawałem sam za barem nie były komfortowe. To naprawdę mocno stresujące. Zrobić kawę mrożoną która nie jest zimna? Mnie sie udało ;) Ta Pani akurat już nie wróciła..

J.G.: Ile filiżanek kawy wypijasz w ciągu dnia?

M.H.: Obecnie jedną, max dwie - sojowe latte ;)

J.G.: Czy patrząc na Twój biznes z perspektywy czasu zrobiłbyś coś inaczej?

M.H.: Tak, kilka rzeczy zrobiłbym inaczej.

J.G.: A skąd pomysł na książkę?

M.H.: Zawsze lubiłem pisać, nauczycielki mówiły, że mogę lać wodę godzinami, lubię czytać, dużo czytam, z pewnością moja rodzina podnosi średnią kraju i trochę z szaleństwa, trochę ze znalezienia niszy na rynku wydawniczym o tej tematyce. Moje imię i nazwisko również zobowiązuje, by coś napisać - Michał Heller - jest kilku znanych autorów o tych inicjałach ;)

J.G.: Była już kawa, jest książka. Czym jeszcze zaskoczysz?

M.H.: Z pewnością to nie będzie moja ostatnia książka, a w szczególności nie ostatni biznes. Duża siec kawiarni gdzieś ciągle mi sie marzy.

J.G.: Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia!

M.H.: Dziękuję.




piątek, 20 września 2013

Krystyna Mirek "Pojedynek uczuć"

Tytuł: Pojedynek uczuć
Autor: Krystyna Mirek
Wydawnictwo: Feeria










„ (…) Szczęśliwa kobieta powinna być szczupła, spełniona zawodowo, zakochana we wspaniałym mężczyźnie i koniecznie powinna urodzić dziecko, o którym będzie opowiadać, że jest sensem jej życia”. Do kogo można zatem mieć pretensje, kiedy ma się już wszystkie atrybuty osoby spełnionej, a jednak wciąż w sercu panuje pustka, a z oczu wypływają łzy, którym daleko jest do łez radości? Być może wówczas należy składać zażalenia do okrutnego losu, który w tak perfidny sposób poplątał życiowe ścieżki, żeby zabrać nas daleko od celu? A może powinniśmy obwiniać otoczenie o to, że rzeczywistość daleka jest od sielanki? A może to w nas tkwi problem, może to nasze postępowanie czy sposób życia oddala nas od świetlanej przyszłości?
Okazją do rozważań na temat tego subiektywnego uczucia, jakim jest szczęście, mamy dzięki Krystynie Mirek, autorce niezwykle ciepłej, ale i boleśnie prawdziwej powieści nie tylko dla tych, którzy nie wierzą, że złamane serce można wyleczyć. „Pojedynek uczuć”, opublikowany nakładem wydawnictwa Feeria, to podróż do własnego wnętrza, do krainy emocji. To obraz świata, który mimo że nie zawsze jest kolorowy, to jednak intryguje i zaskakuje. Autorka przekonuje nas, że nie warto nigdy tracić nadziei na odmianę, że szczęście może czekać na nas za rogiem, albo … w gabinecie szefa.
Mirek przedstawia nam Maję, młodą, spełnioną kobietę, żyjącą w nieformalnym związku z mężczyzną, prezesem jednej z firm. Ukończyła prestiżową uczelnie, biegle włada kilkoma językami i choć posada asystentki w firmie produkującej soki owocowe nie jest szczytem jej marzeń, to dzięki dochodom Adama, mogą sobie na wiele pozwolić. Choć partner niechętny jest zalegalizowaniu związku, to Maja jest przekonana, że ich miłość kwitnie, a dodatkowo cementuje ją dziecko – mały Krzyś.
Kiedy zatem z dnia na dzień Adam odchodzi nie poczuwając się nawet do obowiązku złożenia wyjaśnień, podziału obowiązków związanych z opieką nad chłopcem czy współuczestnictwa w spłacie kredytu na mieszkanie, sytuacja staje się dramatyczna. Maja nie ma nawet do kogo zwrócić się z prośbą o pomoc, bowiem mieszkająca z jej siostrą Adą mama, jest ponoć niezbędna do opieki nad dziećmi szanowanej pani dyrektor szkoły. Tym bardziej nie może prosić samej siostry – nigdy nie miały ze sobą dobrego kontaktu, a ostatnie lata wypełnione były złośliwymi uwagami na temat stanu cywilnego Majki i radami na temat utrzymania partnera. Na domiar złego w firmie zaczyna źle się dziać, a złą atmosferę pogarsza jeszcze widmo przejęcia zakłady przez tajemniczego akcjonariusza, który w sekrecie skupuje akcje.
Próbując pogodzić opiekę nad synem z wymagającą pracą, Maja coraz bardziej zdaje sobie sprawę, że taka sytuacja nie może dłużej trwać. A kiedy wydawać by się mogło, że gorzej już być nie może, w przedsiębiorstwie nastaje nowy szef, którego jedną z pierwszych decyzji jest … zwolnienie asystentki. Zgodnie z prawem serii, w tym samym dniu dochodzi do kolejnej tragedii – mama bohaterki zostaje zabrana w stanie bardzo ciężkim do szpitala. Niespodziewana wizyta nowego (a właściwie byłego) przełożonego i jego pokrętne tłumaczenia dotyczące powodów zwolnienia nic nie dają. Majka wie, że to wiadomość o jej zwolnieniu tak załamała mamę, a za jej stan zdrowia jest odpowiedzialny nikt inny, tylko Szymon Burski. Jest zatem zdecydowana nie wracać do firmy i całkowicie zmienić swoje życie. Już wie, że żadne problemy nie są warte tego, żeby przez nie tracić bliską osobę.
„Pojedynek uczuć” to książka nie tylko o miłości, a raczej nie tylko o miłości romantycznej. Mamy tu trudne relacje pomiędzy byłymi partnerami, bezgraniczną miłość matki i dziecka oraz skomplikowaną siostrzaną więź. Krystyna Mirek stworzyła całą plejadę bohaterów, którzy doskonale grają swoje rolę, stając się nam bliscy, oddając swoje emocje i emanując nadzieją.
Prosta fabuła tylko podkreśla doskonałą konstrukcje postaci, a także uwidacznia podejmowane przez autorkę współczesne problemy, poczynając od związków partnerskich i kwestii egzekwowania opieki nad dzieckiem, po tematy związane z psychoterrorem w pracy. Nie mogło oczywiście zabraknąć nieśmiało rodzącej się miłości i zaufania, którym tak trudno jest obdarzyć osobę, jeśli w przeszłości było się zranionym. Mirek doskonale poprowadziła akcję, pozostawiając nam możliwość przeżywania wzlotów i upadków bohaterów oraz dając nadzieję, na kolejną, równie dobrą powieść.



Recenzja została także umieszczona na stronach portalu Granice.pl