wtorek, 11 sierpnia 2015

Jamie McGuire "Piękna katastrofa"

Tytuł: Piękna katastrofa
Autor: Jamie McGuire
Wydawnictwo: Albatros

„Odda mu swoje serce. Czy ma odwagę podjąć takie ryzyko? Ale co innego jej pozostawało? Będzie siedzieć na kanapie i czekać, aż idealną miłość, idealną pracę, idealne życie dostanie od losu w prezencie? Skąd mogła wiedzieć, czy właśnie w tej chwili nie stoi przed nią szansa spełnienia marzenia o idealnej miłości?” – pisała kiedyś Meg Cabot w jednej ze swoich książek, w tych prostych słowach zawierając wszystkie wątpliwości, jakie pojawiają się w związku z nowym partnerem, szczególnie tym, który jest zaprzeczeniem idealnego księcia. Tak zwani „niegrzeczni chłopcy”, zbyt dużo palący, zbyt często sięgający po alkohol, lubiący szybką jazdę i łatwe dziewczyny, paradoksalnie najczęściej podbijają damskie serca. James Dean, Johny Deep, Bogusław Linda – to tylko kilka przykładów z całej rzeszy mężczyzn, których rodzice z pewnością nie wybraliby dla swoich córek.

W przypadku Abby Abernathy jest jednak inaczej. Wychowana w patologicznej rodzinie, od dziecka miała do czynienia z alkoholem, hazardem i mafią. Kiedy miała trzynaście lat, jej ojciec, znany na całym świecie pokerzysta, oskarżył ją w mediach, że przyniosła mu pecha, że jest źródłem wszystkich nieszczęść, które go spotkały. Teraz, w wieku dziewiętnastu lat, Abby nareszcie uwolniła się od jego długów, od wściekłości po kolejnych przegranych zakładach, od nieustannie kręcących się po domu gangsterów. Uciekła wraz ze swoją przyjaciółką Americą z Kansas na Uniwersytet Eastern obiecując sobie, że pozostawia bagno w którym dorastała za sobą, że zaczyna nowe życie. Jej priorytetem jest nauka, planuje zgłębiać tajniki rachunkowości, poznać miłego chłopaka, który stroni od alkoholu i ryzykownych zachowań. 

Los jednak jest przewrotny – Travis jest prawdziwym łamaczem damskich serc, hedonistą, wytatuowanym zawodnikiem, który zarabia na studia, alkohol i kobiety nielegalnymi walkami. Stanowi dokładne przeciwieństwo mężczyzny, z którym Abby planowała związać swoje życie. Dlaczego więc jego ciało jest tak pociągające? Dlaczego dziewczyna marzy, by złożył na jej ustach pocałunek? Na te pytania odpowiada powieść „Piękna katastrofa”, autorstwa Jamie McGuire. Opublikowana nakładem wydawnictwa Albatros historia o miłości i pożądaniu, o ryzyku i wyborach podejmowanych każdego dnia, to interesująca propozycja dla nastoletnich czytelniczek, które marzą o dreszczyku emocji, które pragną przeżywać wraz z bohaterką namiętne pocałunki oraz rozterki w związku z rozdźwiękiem pomiędzy podszeptami serca i rozsądku.

Abby nigdy nie zamieszkałaby z Travisem, gdyby nie przegrany zakład. Tym sposobem dziewczyna trafia do jego pokoju, do jego łóżka, a choć wciąż zaprzecza, to ten „zły chłopak” coraz bardziej jej się podoba. Dlatego jest wściekła, kiedy on przyprowadza do domu dziewczyny, kiedy uprawia z nimi seks na kanapie, kiedy prowadzi pod wpływem alkoholu. Paradoksalnie, jego postępowanie jest podyktowane przekonaniem, że dziewczyna taka jak Abby nigdy nie spojrzy na niego, jak na życiowego partnera. Emocję biorą jednak w górę, kiedy ona zaczyna umawiać się z przystojnym Parkerem. Ten syn znanego i cenionego ortopedy, który planuje studiować medycynę na Harvardzie, prowadzi ostrożnie samochód i nie próbuje przespać się z dziewczyną po pierwszej randce, jest idealnym kandydatem na męża. Tylko dlaczego Abby będąc z Parkerem wciąż myśli o Travisie? Dlaczego każdy jego telefon wywołuje przyspieszone bicie serca?

Sięgając po „Piękną katastrofę” czytelnik (a raczej czytelniczka) musi uzbroić się w cierpliwość, bowiem Abby do końca nie potrafi podjąć decyzji, co do wyboru partnera. Niestabilny emocjonalnie Travis stanowi uosobienie tego wszystkiego, od czego chciała się stanowczo odciąć, a związek z nim jest wielkim ryzykiem. Jednak… czyż nie jest nim każda miłość?

Autorka, posługując się schematami, proponuje nam historię, jakich zarówno w literaturze, jak i w filmie było wiele. Możemy mieć do niej pretensję o sposób kreacji bohaterów, którzy pomimo swoich lat wciąż zachowują się chwilami jak gimnazjaliści, o naiwność Abby i jej sposób traktowania biednego Parkera, a także o pewien dysonans pomiędzy dziewiętnastoletnią dziewicą, która pije na upadłego, w kasynie wygrywa z najlepszymi graczami, stawia czoło gangsterom grożącym jej ojcu, a następnie grzecznie wkłada koszulkę Travisa i składając głowę na jego piersi idzie spać w jego łóżku. Możemy mieć o to do autorki pretensję, ale po co? Lepiej zatopić się w lekturze, uśmiechając się niejednokrotnie z ciętych ripost, jakich w książce jest wiele, skrycie przy tym marząc o mężczyźnie pokroju Travisa, do którego tęskni ta dzika strona naszej natury. Czas zatem uwolnić tę bestię …

niedziela, 9 sierpnia 2015

Literackie smaki: Bardzo zwyczajne ciasto Mary Poppins

fot. J.Gul
Mary Poppins chyba nie trzeba nikomu przedstawiać - ta wyjątkowa niania podbija serca kolejnych pokoleń, nie tracąc nic ze swojego wdzieku. Dziś postanowiłam nie tylko sięgnąć do jej przygód, ale również zaprosić ją do mojej kuchni. Powstało tym samym „Bardzo zwyczajne ciasto”, inspirowane jej własnym przepisem.



Składniki:
4 łyżki miękkiego masła;
½ szklanku cukru;
1 jajko (żółtko oddzielone od białka);
¼ esencji waniliowej;
1 ½ szklanki przesianej mąki pszennej;
2 łyżeczki proszku do pieczenia;
¼ łyżeczki soli;
½ szklanki mleka;

Wykonanie:
Rozgrzej piekarnik do temperatury 160 st.C.
Dodając stopniowo cukier, utrzyj masło w misce na jednolitą, puszystą masę. W osobnym naczyniu rozetrzyj żółtko jajka z esencją waniliową. Dodaj do masy maślanej, chwilę ucieraj, żeby wszystkie składniki dobrze się połączyły.
Zmieszaj mąkę z proszkiem do pieczenia i solą, a następnie przesiej. Dosypuj małymi porcjami do masła z żółtkiem, dolewając stopniowo mleka i rozrabiając dokładnie.
Ubij białko jaja na sztywną pianę i delikatnie połącz z resztą ciasta. Przełóż łyżką masę do formy.
Piecz przez 25-30 minut albo do momentu, gdy wbita pośrodku wykałaczka będzie po wyjęciu sucha.
Wyjmij gotowe ciasto z formy i ostudź na drucianej kratce.

fot. J.Gul

fot. J.Gul

fot. J.Gul

Ps. Zdecydowałam się obsypać je cukrem pudrem, ale równie smakowite byłoby polane lukrem.

SMACZNEGO!

niedziela, 2 sierpnia 2015

Matthew Ward „Rekordowa rodzinka”

Tytuł: Rekordowa rodzinka
Autor: Matthew Ward
Wydawnictwo: Znak


Nie ma chyba osoby, która nie znałaby sympatycznego Mikołajka i nie czytała jeszcze o jego zwyczajnych i niezwyczajnych przygodach. Teraz jednak nadchodzi czas nowych znajomych chłopca – Jaśków, Bratków i … Whipple`ów. Właśnie o tych ostatnich pisze Matthew Ward, autor zabawnej i porywającej książki „Rekordowa rodzinka”, opublikowanej nakładem wydawnictwa Znak. Książka, adresowana do czytelników w wieku od lat pięciu do stu pięciu, to opowieść o oryginalnej rodzince, której treścią życia jest pobijanie rekordów. Do tej pory byli w tym prawdziwymi mistrzami, ale czy już zawsze uda im się zachować tę dobrą passę?

Na czele rodziny Whipple`ów stoi mężczyzna, który jako jedyny człowiek na świecie zdobył szczyt Kilimandżaro na szczudłach. Niezwykłe są również jego dzieci, z których każde (no, prawie każde) ma predyspozycje do tego, by zwiększać pulę rekordów na rodzinnym koncie. Najstarszy, siedemnastoletni Henry, jest najbardziej atletyczny z rodzeństwa, Simon jest trzynastoletnim muzykiem wynalazcą amatorem, dwunastoletnia Kordelia opanowała już grę na skrzypcach i klawesynie, hobbystycznie para się operacjami mózgu i wystrzeliwaniem modeli rakiet, ale jej prawdziwą pasją jest architektura. Do rodziny należą również ośmioraczki: Penelopa marząca o zawodzie entomologa, Edward – najmłodszy podróżnik, który zdobył szczyt Kanczendzongi, Charlotte – uznany czteroletni malarz, śpiewaczka operowa Lenora, marynista Franklin, Abigail mająca niezwykły talent do tresury i opieki nad zwierzętami, Beatrice – mistrzyni w jedzeniu na czas oraz George, który zajmował się wszystkim, co w danej chwili go interesowało. Najmłodszą latoroślą państwa Whipple`ów jest Ivy, która mając dwadzieścia trzy miesiące zdołała już pobić rekord liczby takich samych ubrań noszonych przez zabawkę i jej właścicielkę. Jest jeszcze jedenastoletni Artur, zakała rodziny, chłopiec tak zwyczajny, że każdy jego krok rozczarowuje rodzinę.

Artur sprawił zawód swojej rodzinie już w chwili przyjścia na świat, bowiem jako jedyny odważył się narodzić dwudziestego dziewiątego lutego o jedenastej trzydzieści cztery, podczas gdy wszyscy członkowie rodziny pojawili się w tym samym miesiącu i dniu – pierwszego marca. Artur również, jako jedyny Whipple, nie pobił jeszcze żadnego rekordu, zaś kolejne próby kończą się porażkami. Nic zatem dziwnego, że chłopiec odczuwa wielką presję i odpowiedzialność na nim spoczywającą, zresztą nie daje mu o tym zapomnieć ambitny ojciec. 

Wydaje się jednak, że pasmo sukcesów, jakim były ostatnie lata działalności rodziny, zostanie przerwane. Nie dość, że w ich domu zdarzył się bardzo niebezpieczny wypadek podczas śniadania, kiedy to Beatrice została przygnieciona olbrzymim tostem i w ostatniej niemal chwili zdołał uratować ją Artur, to jeszcze podczas przyjęcia urodzinowego Whipple`ów miała miejsce prawdziwa katastrowa. Prawie tuzin gigantycznych urodzinowych świeczek spadło z wysokiego na sześć metrów tortu, prosto na tłum gości i wzniecając groźny pożar. Czyżby nastąpił powrót tajemniczej „Klątwy Lyona”, szeregu nieszczęść, które miały już miejsce w przeszłości? A może wszystkie te wydarzenia są powiązane z powrotem największego rywala pana Whipple, Rexa Goldwina, który po prawie dwudziestu latach przerwy znów chce stanąć do walki o rekordy? Kim są klauni, którzy podczas przyjęcia dziwnie się zachowywali, wzbudzając podejrzenia Artura? 

Na te wszystkie pytania (a przynajmniej na część z nich) odpowiada Matthew Ward, gwarantując nam prawdziwie ekstremalne przeżycie, jakim jest spotkanie z rodzinką Whipple`ów. Wkraczając do ich domu Neverfall Hall i do ich życia, musimy być przygotowani na niezwykłe wydarzenia i niezwykłych ludzi, jakimi się otaczają. Ich kucharz, Sammy „Szpatułka” Smith, jest byłym gangsterem i hazardzistą, zaś domowymi zwierzętami opiekuje się pan Mahankali, niezwykle przywiązany do Shivy, największego na świecie słonia indyjskiego. Jest jeszcze serdeczna gosposia, pani Waite, która z trudem przyzwyczaja się do ekscentrycznych pracodawców oraz wujaszek Mervyn, a właściwie Mervyn McCleary, kontroler rekordów z „Przewodnika po światowych rekordach i wybitnych wyczynach Grazelby`ego”. Dzięki tej plejadzie charakterystycznych postaci i ich niezwykłym wyczynom, lektura książki dostarcza nam niezapomnianych wrażeń. Wygląda na to, że Mikołajkowi rośnie poważna konkurencja, bowiem natychmiast po odłożeniu powieści chcemy jeszcze i jeszcze … Możemy zatem wszyscy pobić rekord w powtórnym czytaniu historii o Arturze i jego niekonwencjonalnej rodzinie. Jesteście gotowi podjąć wyzwanie?

Podróże: Egzotarium w Sosnowcu

fot.J.Gul
Dzisiejsza podróż jest raczej z gatunku bliskich, nie opuściłam bowiem rodzimego Sosnowca. Już od kilku miesięcy planowałam wyprawę do Egzotarium, zlokalizowanego na terenie parku miejskiego im. Leona Kruczkowskiego, po wschodniej stronie ul. Kresowej, i wreszcie udało mi się tam dotrzeć. Analizując wspólnie z rodziną fakty doszliśmy do wniosku, że ostatni raz byłam tam w wieku … sześciu lat. Teraz, trzydzieści lat później, byłam niezmiernie ciekawa, jak będzie wyglądała konfrontacja ze wspomnieniami.
Przeszklona kopuła Egzotarium jest widoczna już z daleka, nie sposób zatem przeoczyć kompleksu. Mimo iż jego czas świetności już minął (budowę Palmiarni i Akwarium dla miasta Sosnowca rozpoczęto w 1954, a ukończono w 1956 roku), to zwraca uwagę zadbane otoczenie i gęsta sieć ławek zachęcająca do odpoczynku.

środa, 29 lipca 2015

Joanna Marat „Jedenaście tysięcy dziewic”

Tytuł: Jedenaście tysięcy dziewic
Autor: Joanna Marat
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka


„Czas znika, mija przeszłość, wiek niezwrotnie bieży / A występków szkaradność lub cnoty przykłady / Te obrzydłe, te święte zostawują ślady” – pisał Ignacy Krasicki uświadamiając nam, ze żadne działanie nie pozostaje bez konsekwencji, że zarówno dobre, jak i złe uczynki determinują w pewien sposób naszą przyszłość, wpływają na losy kolejnych pokoleń.

Tę prawidłowość, dostrzeżoną przez Krasickiego, widać również w najnowszej powieści Joanny Marat, niosącej ze sobą zarówno ból i łzy, jak i zadumę nad powtarzalnością historii, nad wpływem, jaki mają na nas osoby czy wydarzenia. Powieść „Jedenaście tysięcy dziewic”, opublikowana nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka, to niezwykła historia kobiet, których drogi są ze sobą splątane, które uwikłane są w skomplikowane relacje, dalekie od pożądanego ich charakteru. Są także mężczyźni, choć ich obraz jest druzgocący – są gwałcicielami, alkoholikami, postaciami bez twarzy i charakteru, dbającymi wyłącznie o własne interesy.

Poznajemy Ankę, której życie może zakończyć się w wieku trzydziestu siedmiu lat. Zdiagnozowano u niej raka, właśnie wychodzi po operacji i chemii ze szpitala, okrywając swoja nagą głowę chustką. To okrycie to piętno, ale także sygnał, że Anka walczy, że z podniesioną głową stawia czoło przeciwnościom losu. Znamienne jest to, że pod szpitalną bramą nie czeka mąż, zaś ona wracać ma do pustego domu, starej przedwojennej willi, którą tak ukochała i którą pieczołowicie dekorowała latami. Już niedługo przyjdzie jej opuścić nie tylko Wieśka, ale i ten dom, będący własnością wiarołomnego małżonka. Można pomyśleć, że kobieta jest na świecie sama i … jest w tym sporo prawdy. Nie sposób bowiem nazwać ojcem człowieka, który ma inną rodzinę, którego wizyty są sporadyczne i zawsze kończące się zaspokajaniem wyrzutów sumienia pieniędzmi bądź prezentami. Nie można też nazwać matką roszczeniowej i oziębłej kobiety, obwiniającej córkę o zaprzepaszczoną karierę. 

Nic więc dziwnego, że z takim dzieciństwem, życie Anki pozbawione jest głębszych uczuć, czułości, że nie umie ona okazywać emocji. Kobieta poświęciła się pracy, zdołała obronić pracę doktorską na temat płyt nagrobnych oraz sztuce dobrego umierania, była uznawana przez swojego promotora za najlepszą studentkę. Być może czując jej samotność w małżeństwie, stary profesor postanowił poznać Ankę z własnym synem, boleśnie doświadczonym przez los Svenem, zwanym przez nią Sinobrodym …

Na dom Anki i Wieśka, symbol materialnego powodzenia i statusu społecznego ma chrapkę Gosia. Zresztą nie tylko na dom – pozbywszy się męża alkoholika robiła wszystko, by uwieść starego znajomego z liceum. A Wiesiek skorzystał z okazji, niepostrzeżenie wikłając się z Gośką w zobowiązującą relację, z której nie ma siły się wydostać. Kobieta, świadoma swoich niedoskonałości i niepewna co do przyszłości, postanawia zrobić wszystko, by partner wystąpił o rozwód i pozbył się z domu i życia chorej, budzącej litość kobiety. Jej drogą do szczęścia ma być operacja powiększenia piersi …

Na kartach powieści Marat portretuje również Monikę, przyjaciółkę Anki, tkwiącą od lat w nieudanym małżeństwie, Romę, teściową Gośki, która nieustannie powraca do przeszłości, do historii swojego małżeństwa i zdrady, której się dopuściła oraz Honoratę, uwikłaną w toksyczną relację z matką…

Wszystkie te historie są ze sobą nierozerwalnie splecione, przenikają się wzajemnie, budząc skrajne emocje, przyciągając do lektury niczym magnes. Powieść „Jedenaście tysięcy dziewic” to nie tylko wędrówka uliczkami Gdańska, ale również wędrówka w przeszłość, która miała decydujący wpływ na teraźniejszość. Zachwyca w powieści nie tylko doskonała konstrukcja fabuły i niezwykłe panowanie autorki nad rozlicznymi wydarzeniami czy postaciami, ale i kreacja samych bohaterów. Nie ma w nich nic ze sztuczności, wszyscy reprezentują cechy i postawy znane nam z życia codziennego, wszyscy oni wikłają nas w swoje problemy, dzielą się z nami przemyśleniami, my zaś stajemy się częścią ich historii. Dzięki temu książka staje się niezwykle bliską, zaś emocje towarzyszące lekturze są z nami jeszcze długo po skończeniu lektury... 

poniedziałek, 27 lipca 2015

Rozmowy z autorem: Paweł Jackowski

Paweł Jackowski – absolwent Copenhagen Business School, zamieszkały w Kopenhadze.
Kierownik projektów, przedsiębiorca, muzyk, autor. Od lat mieszka w Danii, gdzie może obserwować życie Polaków, którzy są na emigracji.
W swojej książce "Pokolenie bez granic" obala mity wizerunku Polaków na emigracji.
(źródło: rozpisani.pl)


J.G.: W swojej książce rozpatruje Pan kwestię domu. Zatem … czuje się Pan Polakiem?

P.J.: Tak, jednak jest to dziwne poczucie narodowości. Zawsze będę Polakiem, co nie oznacza, że czuję, że muszę mieszkać w Polsce i że nie mogę czuć się dobrze poza granicami kraju. Jestem z Polski, ale czuję też, że po siedmiu latach w Danii poczucie narodowości się trochę rozmywa.

Co Pana skłoniło do wyjazdu z Polski?

Chęć bycia niezależnym i potrzeba poznania innych miejsc. Będąc w liceum planowałem studia w Polsce, chciałem iść na prawo. Jednak po doświadczeniach pracy za granicą w Anglii poczułem, że studiując w Polsce będzie mi brakować międzynarodowego towarzystwa i poczucia, że muszę wypracować sobie wszystko od zera, co nie wiedzieć czemu, strasznie mnie wówczas pociągało.

Jakie były Pana kryteria wyboru kraju migracji?

Bardziej wybierałem uczelnię i kierunek, a nie kraj. Wpływ na moją decyzję na pewno miał fakt, że moja siostra przeniosła się na duńską uczelnię rok wcześniej i to ona zasugerowała, żebym poszukał ciekawego kierunku w Danii. Nie chciałem na pewno jechać na studia do Anglii, bo pomimo wielu ciekawych doświadczeń, nie uważałem Anglii za miejsca, w którym mógłbym się odnaleźć. Nie chciałem przeprowadzać się do kraju, w którym jest tak dużo Polaków. Chciałem zacząć na nowo, nauczyć się nowego języka i nowej kultury, a po pobycie w Anglii miałem wrażenie, że na ulicach słyszę polski równie często jak angielski.

Jakie były Pana pierwsze wrażenia po przyjeździe do Danii?

Czułem, że życie płynie innym tempem, jest w nim więcej harmonii i porządku. Zanim przeprowadziłem się do Kopenhagi, mieszkałem wcześniej tylko w Koszalinie oraz w Oxfordzie. Kopenhaga była inna pod wieloma względami. Duża ilość rowerów, niska i często surowa zabudowa miasta, zupełnie niezrozumiały język… To były pierwsze spostrzeżenia. Jednak swoją pierwszą opinię na temat Danii wyrobiłem sobie po zakończeniu pierwszego roku na studiach. Dania wydawała mi się wówczas krajem spokojnym, otwartym, jednak w jakiś sposób smutnym i chłodnym.

Udało się Panu oswoić Kopenhagę?

Udało mi się dobrze poznać miasto. Będąc studentem miałem okazję chodzić na różne imprezy, wykłady oraz spotkania, więc była to dobra furtka na rozpoczęcie “oswajania” miasta i poznawania nowych miejsc. Dzięki temu, że grałem w wielu zespołach muzycznych, miałem okazję poznać całkiem sporo klubów i ludzi z różnych warstw społecznych - od murarzy i kierowców autobusów, po doktorantów z fizyki i producentów programów telewizyjnych. To mi dało dobre rozeznanie w tym, co miasto ma do zaoferowania mieszkańcom, jak ludzie się bawią, jak pracują i co robią. Po tylu latach, Kopenhaga stała się “moim” miejscem i mam wrażenie, że zdążyliśmy się już dobrze poznać.

Jak wyglądały studia w Danii? Czy może Pan wskazać – na podstawie doświadczeń własnych i relacji znajomych – podstawowe różnice pomiędzy studiami poza granicami w kraju i w Polsce?

Sam nigdy nie studiowałem w Polsce, także bezpośredniego porównania nie mam. Mogę natomiast powiedzieć, że umiejętności, których zdecydowanie brakowało mi na pierwszym roku studiów, to dobra praca w grupie, konstruktywna komunikacja oraz umiejętność dzielenia się i przyjmowania konstruktywnej krytyki. W Danii student ma bardzo dużo wolności. Nie mówię już o fakcie, że przynajmniej na mojej uczelni, można było w ogóle nie chodzić na wykłady i tylko zaliczać egzaminy (nie ma listy obecności jak w Polsce), ale chodzi o wolność wypowiedzi i rozwoju. Wdawanie się w dyskusję z profesorem nie jest niczym niezwykłym. Są egzaminy, gdzie uczeń sam musi wymyślić temat, na który będzie pisać, wiele egzaminów pisemnych można pisać w grupie (w tym pracę licencjacką i magisterską). Dlatego od początku miałem wrażenie, że żeby dobrze wykorzystać czas na uczelni, trzeba być osobą dojrzałą, która potrafi zarządzać czasem, która potrafi się uczyć samodzielnie i nie boi się zadawać pytań.
Inną rzeczą jest to, że na mojej uczelni było sporo studentów z całego świata, także samo życie na uczelni było międzynarodowe, a wykłady oczywiście po angielsku. Z relacji znajomych studiujących w Polsce mam wrażenie, że nie ma takiego samego zjawiska na polskich uczelniach.

Czy w Danii kiedykolwiek czuł się Pan wyobcowany?

Myślę, że ciężko jest nie czuć się wyobcowanym z daleka od rodziny, przyjaciół i możliwości używania własnego języka w szkole lub w pracy. Tak, czułem, i wciąż czasami czuję się w jakiś sposób wyobcowany.

Czy Pana zdaniem możemy mówić o kompleksie Polaka? Czy mamy podstawy, by czuć się gorsi?

Kompleks Polaka istnieje. Jeżeli ktoś ma wątpliwości co do tego, to proszę się zastanowić, jak często witamy się z Polakami, kiedy słyszymy język polski będąc za granicą. Myślę, że ten kompleks wcale nie wynika z tego, że czujemy się gorsi, a raczej z tego, że będąc za granicą w jakiś sposób chcemy pozostać incognito i bardzo krytycznie patrzymy na innych Polaków. Osobiście nie wstydzę się tego, że jestem z Polski, co przez jakiś czas było dla mnie kłopotem. Poczucie niższości chyba kiełkuje w nas od małego - przez nasze polskie narzekanie i malkontenctwo, ciężko poczuć się dumnym z naszego kraju i sami siejemy ziarno negatywnego myślenia we własnych głowach. Przynajmniej mam takie wrażenie. To poczucie niższości przy zderzeniu z rzeczywistością krajów zachodnich narasta i tworzy kompleks Polaka. Bo powodów do tego, żebyśmy mieli czuć się gorsi, nie ma. O tym właśnie piszę w książce i to chciałem pokazać prezentując historie młodego pokolenia Polaków.

Czy po zamieszkaniu w nowym miejscu przyjął Pan obyczaje i styl życia mieszkańców Danii czy raczej pieczołowicie kultywował polskie tradycje?

Raczej w ogóle przestałem pielęgnować jakiekolwiek tradycje. Nigdy nie byłem dobry w pielęgnowaniu tradycji, pamiętaniu o urodzinach, wiedzy o dawnych obyczajach… Także to się nie zmieniło.

Zdarzały się trudne momenty? Chwile, kiedy chciał Pan pakować się i wracać?

Najtrudniejsze było pierwsze pół roku. Wtedy czułem się bardzo samotny, nie miałem jeszcze przyjaciół w Kopenhadze, nie miałem zespołu muzycznego, miałem różne kompleksy i nie czułem się dobrze sam ze sobą. Dopiero pod koniec pierwszego roku na studiach, poczułem wiatr w żaglach. Czułem się pewniejszy siebie. Wiedziałem, że jeszcze wiele przede mną, ale to ja decyduję o mojej przyszłości i o tym czy moje życie będzie ciekawe i pełne przygód, czy też nie.

Co pomagało w pierwszych miesiącach w Danii?

Muzyka, książki, rozmowy z rodziną i przyjaciółmi. Pamiętam, że słuchałem wtedy namiętnie płyty “Pasjans na dwóch” Andrzeja Sikorowskiego i Grzegorza Turnaua, co było dla mnie takim intymnym połączeniem z Polską i powodem do wielu refleksji.

Czy widzi Pan dla siebie jakieś perspektywy, w przypadku powrotu do Polski? A może powrót – którego spodziewałam się czytając zakończenie – już miał miejsce?

Wyprowadziłem się z Danii na początku 2014 roku i zamieszkałem w Warszawie. Wziąłem półroczny urlop z pracy, ponieważ chciałem zobaczyć jak to jest być, mieszkać i pracować w Polsce, a przy okazji chciałem poświęcić się swoim pasjom. Nigdy jako dorosły człowiek nie miałem okazji zasmakować polskiej rzeczywistości i czułem, że będę żałować jeśli nie spróbuję. Pierwszych pięć miesięcy to był najlepszy okres mojego życia - kończyłem pisać książkę, pracowałem nad swoją firmą, podróżowałem, grałem muzykę… Miałem takie życie, o jakim marzyłem. Po pięciu miesiącach zwolniłem się z pracy w Kopenhadze, ponieważ miałem wrażenie, że nie dowiem się jak to jest mieszkać w Polsce, jeżeli nie pójdę do pracy. Pracowałem przez cztery miesiące jako Project Manager w jednej z warszawskich firm, co pozwoliło mi na wyrobienie własnego zdania na temat tego jak się czuję w Polsce i w Warszawie. Jestem nauczony innej kultury pracy i tęskniłem za spokojem jaki oferowała Kopenhaga, także znalazłem nową pracę w Danii. W styczniu tego roku wróciłem do Kopenhagi. Czyli tak, powrót miał już miejsce, jednak widzę wiele perspektyw w Polsce i być może będę częstym gościem w kraju, jeżeli uda mi się zrealizować kilka nowych pomysłów…

Czy uważa się Pan za osobę sukcesu?

Niestety, mam dość wygórowane ambicje i wciąż uczę się cieszyć ze swoich osiągnięć. Nie uważam siebie za człowieka sukcesu. Jeszcze dużo pracy przede mną i może pewnego dnia poczuję, że odniosłem jakiś sukces. Teraz cieszę się z małych rzeczy i z tego, że mam kontrolę nad rozwojem własnej kariery i zainteresowań. Cieszę się, że mogę realizować swoje plany i rozwijać zainteresowania. Jednak do poczucia sukcesu jeszcze daleko.

Spełniony zawodowo mężczyzna pisze książkę o polskiej emigracji – skąd ten pomysł? Czy to swego rodzaju próba przedstawienia „prawdziwej twarzy” emigranta? Obalenia stereotypu słabo znającego język Polaka, który nadaje się wyłącznie do pracy fizycznej?

Spełniony zawodowo… Dużo powiedziane. Wciąż szukam swojego miejsca w świecie zawodowym i chyba właśnie te poszukiwania zmusiły mnie do refleksji nad życiem na emigracji. Przez pierwszych pięć lat czułem się gorszy z racji tego, że jestem z Polski, chociaż w żaden sposób nie jestem gorszy od Duńczyków. Zacząłem się zastanawiać, czy inni Polacy, którzy również zintegrowali się w innych krajach i realizują swoje marzenia, czują na sobie “piętno Polaka na zmywaku”. Dziwnie to brzmi, ale po prostu chciałem pokazać, że Polak to nie tylko robotnik, ale też artysta, naukowiec, menadżer. Miałem poczucie, że zarówno w kraju, jak i za granicą, panuje przeświadczenie o tym, że wyjeżdża się za granicę do pracy fizycznej, żeby sobie dorobić. A przecież jest cała masa ludzi, którzy wyjechali na studia lub do pracy intelektualnej i potrafili zbudować swoje życie za granicą na nowo. O tych ludziach się nie mówi, a myślę, że to właśnie ich historie powinny być inspiracją dla tych, którzy myślą wyjeździe lub o studiach za granicą, albo też chcą realizować swoje marzenia i ambicje w Polsce. Chciałem pokazać, że nie jesteśmy gorsi, że są wśród nas fantastyczni ludzie, którzy nie boją się wyjechać za granicę by realizować swoje marzenia. Część bohaterów książki wróciła do Polski na stałe, by wykorzystać swoją wiedzę i doświadczenia pracując w Polsce. Chciałem uwiecznić to zjawisko, to pokolenie ludzi bez granic, którzy zmieniają wizerunek Polski za granicą i którzy, mam nadzieję, będą zmieniać Polskę na lepsze.

Pana rozmówcy wydają się być ludźmi, których emigracja niezwykle wzbogaciła, wyposażyła w zestaw wielu umiejętności, stała się przepustką do dalszej kariery. Nie czuł Pan potrzeby przytoczenia wypowiedzi tych, którym się nie udało?

Co to znaczy “nie udało”? Każdy kto spróbował i miał odwagę wyjechać z kraju z jakiegokolwiek powodu nie może mówić, że się “nie udało”. To jest ironiczne, bo nawet kwestie wyjazdu za granicę rozpatrujemy w kategoriach sukcesu i porażki. A przecież tak nie jest. Czy sukces oznacza zmianę obywatelstwa z polskiego na duńskie, angielskie lub francuskie? Czy może ilość lat spędzonych za granicą? Są osoby, które po wyjeździe z Polski chcą wracać i to nie jest powód, żeby mówić, że coś im się “nie udało”. Jest bardzo fajny przykład w książce, gdzie jeden z bohaterów opowiada o swoim przyjacielu, który również mieszkał w Danii, jednak od razu po studiach chciał wracać. To, że wrócił, nie jest przecież porażką, to powód do radości, zwłaszcza, że ten człowiek ma teraz własną, bardzo dobrze prosperującą firmę.
Nie chciałem jednak, żeby w książce były opinie tych, którzy pomieszkali za granicą pół roku lub rok i wrócili do kraju. Unikałem osób, które pomieszkiwały za granicą, bo wyjechały na wymianę studencką. Wymiana na uczelni jest dość odległa od doświadczeń bohaterów książki. Kto nie wierzy, niech przeczyta.

Jak książkę przyjęło Pana środowisko w Danii? A w Polsce?

Zanim książka wyszła w druku, opublikowałem ją za darmo jako e-book, którego pobrało około 1500 osób. W ciągu ostatniego roku dostałem sporo wiadomości od ludzi, którzy przeczytali książkę i identyfikowali się z bohaterami i problemami, które są w niej opisane. Dwa fragmenty listów można przeczytać na tylnej okładce książki. Także odbiór wśród Polaków na emigracji był głównie pozytywny. Książka w wersji drukowanej została opublikowana tylko w Polsce i nie wiem czy nie jest jeszcze za wcześnie, by oceniać jej odbiór. Widziałem w internecie kilka pozytywnych recenzji, miałem okazję porozmawiać o książce na antenie radia RDC, teraz mam przyjemność rozmawiać z Tobą, także póki co, spotkałem się z pozytywnym odbiorem. Biorąc pod uwagę, że to moja pierwsza książka, a nakład na promocję i marketing jest bardzo mały, uważam, że spotkałem się z dużym zainteresowaniem.

Czy możemy spodziewać się kolejnej książki, na przykład poświęconej Danii?

Wydaje mi się, że ten temat został już wyczerpany w “Pokoleniu bez granic”. Mam pomysły na następną książkę, jednak nie wiem, czy będzie ona dotyczyć życia na emigracji, czy też czegoś zupełnie innego. Na razie jestem ciekaw jak “Pokolenie bez granic” będzie odebrane przez czytelników i czy będzie to książka, po którą sięgnie wielu Polaków.

Bardzo dziękuję za rozmowę.


sobota, 25 lipca 2015

Podróże: Muzeum Śląskie w Katowicach

Mogłoby się wydawać, że sobotni poranek to czas na wyprawę na basem lub jezioro. Ja jednak postanowiłam skorzystać z oferty Katowic i odwiedzić nową siedzibę Muzeum Śląskiego. Mieszczący się na terenie byłej kopalni „Katowice” obiekt, to właściwie cały kompleks budynków, obejmujący zarówno nowoczesne szklane konstrukcje, jak i zabytkowe budynki pokopalniane. Kontrowersyjny architektonicznie budynek główny Muzeum to dzieło austriackiej pracowni Riegler Riewe Architekten.

fot. J.Gul

fot. J.Gul
fot. J.Gul

fot. J.Gul


Mieszczące się całkowicie pod ziemią sale wystawowe zawierają wspaniałe zbiory malarstwa i rzeźby, stanowią również zachętę do podróży w czasie. 

fot. J.Gul

fot. J.Gul

Na terenie Muzeum znajduje się galeria sztuki współczesnej (1800-1945r.) z dziełami m.in.: Jana Matejki czy Aleksandra Gierymskiego; galeria sztuki polskiej (po 1945 r.) z dziełami m.in.: Zdzisława Beksińskiego i Andrzeja Wróblewskiego i galeria plastyki nieprofesjonalnej.
Prawdziwą gratką nie tylko dla mieszkańców i miłośników Górnego Śląska,  jest wystawa „Światło historii”. W tę podróż do przeszłości wkraczamy dzięki bramie kopalni, stanowiącej prawdziwy wehikuł czasu…

fot. J.Gul

fot. J.Gul

fot. J.Gul

Odwiedzamy Rotundę Cieszyńską - wczesnopiastowską kaplicę zamkową, będącą najstarszą murowaną budowlą o przeznaczeniu sakralnym na Śląski Cieszyńskim ...
 
fot. J.Gul
 Korzystając z najnowszych zdobyczy techniki możemy zagłębić się w lekturze cyfrowych książek...

fot. J.Gul

fot. J.Gul

Poznajemy prawdziwą businesswoman minionych czasów…

fot. J.Gul

Podglądamy wyższe sfery …

fot. J.Gul

Odpoczywamy przy filiżance herbaty przeglądając stare albumy …

fot. J.Gul

fot. J.Gul

fot. J.Gul
Uczestniczymy również w wielu przełomowych wydarzeniach ...

fot. J.Gul


fot. J.Gul

fot. J.Gul

fot. J.Gul

fot. J.Gul

fot. J.Gul

fot. J.Gul

fot. J.Gul

fot. J.Gul

Przybywając na Śląsk w poszukiwaniu pracy, zatrzymujemy się w hotelu robotniczym...

fot. J.Gul

Podglądamy życie mieszkańców...

fot. J.Gul

fot. J.Gul

fot. J.Gul

fot. J.Gul

fot. J.Gul

Odbywamy podróże sentymentalne ...

fot. J.Gul

fot. J.Gul

Na zwiedzanie tych wystaw warto zarezerwować sobie minimum cztery godziny, bowiem czeka nas jeszcze wizyta w Centrum Scenografii Polskiej oraz wystawa Muzeum w organizacji, prezentująca prawdziwą historię Muzeum. Na miłośników site specyfic art. (sztuka „do miesca”) czeka również Leon Tarasewicz, a właściwie jego projekt nawiązujący do samego Muzeum (galeria jednego dzieła).
Na zmęczonych czeka smaczna kawa oraz sklep muzealny, w którym niestety nie znalazłam żadnych zakładek z motywem Muzeum do mojej kolekcji.

Na tych, którzy nie boją się wysokości, czeka wieża widokowa. 

fot. J.Gul

fot. J.Gul

fot. J.Gul

fot. J.Gul

Niestety, planując wjazd, warto uzbroić się w cierpliwość z uwagi na kolejki i ograniczenia ładowności windy. Mnie niestety szyki popsuła pogoda. Z uwagi na grzmoty i porywisty wiatr, obsługa wieży podjęła decyzje o jej zamknięciu w trosce o bezpieczeństwo. Mam zatem do czego wracać…


fot. J.Gul