niedziela, 2 listopada 2014

„CzaroMarownik 2015”

Tytuł: CzaroMarownik 2015
Wydawnictwo: Illuminatio


Urodziny teściowej? Egzamin? A może rozmowa w sprawie pracy? Są takie daty, których przeoczenie niesie za sobą tragiczne konsekwencje. Trudno jednak obciążać sobie pamięć wszystkimi ciągami liczb, zestawami faktów czy listami rzeczy niezbędnych rzeczy do załatwienia. Wszak z każdym rokiem przybywa PIN-ów czy haseł do zapamiętania, przybywa numerów broniących dostępu do naszej prywatności i naszego majątku. Dlatego też, warto zorganizować sobie pracę i codzienne życie w taki sposób, by pogodzić sprzeczne interesy i wkładając w to minimum wysiłku, zawsze wszystko realizować w terminie i nigdy nie zapominać o ważnych wydarzeniach w naszym życiu.

Do tego, by zarządzać sobą w czasie, doskonale służą wszelkiego rodzaju kalendarze czy terminarze, występujące zarówno w papierowej, jak i elektronicznej formie. Mając jednak świadomość, że kalendarz będzie nam towarzyszył w codziennej wędrówce przez życie, warto wybrać taki, który cieszył będzie nasze oczy swą estetyką, a nawet niósł dodatkowe przesłanie czy wzbogacał wiedzę na interesujący nas temat. 

Taką pozycją jest kolejna już odsłona „CzaroMarownika”, opublikowanego nakładem wydawnictwa Illuminatio. Ten magiczny kalendarz, który służył będzie wiernie przez cały 2015 rok, to prawdziwa gratka dla osób pragnących od życia czegoś więcej i doswiadczających mocniej. „CzaroMarownik 2015” sprawdzi się zarówno u nastolatek, jak i u osób dojrzałych, którym terminarz służyć ma nie tylko do zaznaczania ważnych wydarzeń. Jednocześnie bowiem mogą oni dowiedzieć się, co ich czeka w nadchodzącym roku, poznać różnego rodzaju rytuały, przepisy na kulinarne specjały czy zadbać o swoją urodę w zgodzie z naturą. 

W nowym „CzaroMarowniku” znajdziemy zatem magiczny horoskop wróżki Cassandry, przygotowany dla każdego znaku zodiaku, skrócony kalendarz księżycowy, a także szereg informacji na temat wpływu faz księżycowych na nasze emocje. Nie zabraknie również magicznych wskazówek na nadchodzące dni i tygodnie, skutecznych rytuałów sprzyjających realizacji naszych celów oraz szeregu porad dotyczących zdrowego odżywiania, m.in. informacji na temat zdrowego solenia i słodzenia, zabiegów magicznych w kuchni czy sposobów na oczyszczanie organizmu. Poznamy także metody na zdrowy sen, sposoby wykorzystania w codziennym życiu niezwykłej mocy kamieni, przekonamy się, w jaki sposób medytacja wpływa na nasze codzienne funkcjonowanie i w jaki sposób podnosi jego jakość. Dowiemy się ponadto, jak ważne jest to, co myślimy, a dzięki informacji na temat kształtowania swojego życia za pomocą myśli i słów, możemy odmienić swój los. Nie zabraknie również miejsca na notatki, wolne myśli, które warto zapisać, by nie uleciały…

„CzaroMarownik” jest doskonałą alternatywą dla bezdusznych, elektronicznych organizerów. Każdy tydzień przynosi tu nowe rady, interesujące wiadomości czy porady. Warto sprawdzić ich skuteczność, otworzyć się na nowe możliwości, aby znacząco poprawić jakość swojego życia, odzyskać zdrowie, a nawet odnaleźć miłość dzięki specjalnemu rytuałowi!

poniedziałek, 27 października 2014

Gillian Flynn „Mroczny zakątek”

Tytuł: Mroczny zakątek
Autor: Gillian Flynn
Wydawnictwo: Znak

„Gdzie strach, tam przestępstwo, gdzie niepokój, tam wina” – pisał hiszpański poeta i dramaturg José Zorrilla y Moral. Pomimo upływu lat jego słowa nie straciły nic, ze swej aktualności. Ludzie boją się odmienności, a strach popycha ich do przemocy i innych, nieprzemyślanych działań. Kiedy ktoś wymyka się utartym schematom, naturalnym dążeniem otoczenia jest wyeliminowanie źródła dysonansu bądź przywrócenie go do pionu, sprawienie, by źródło niepokoju wtopiło się w tłum. Czy właśnie taka sytuacja miała miejsce w przypadku Benjamina Day, skazanego za potworne morderstwo własnej rodziny?

O tym, jak poradzić sobie z traumą z przeszłości, jak bardzo subiektywnym pojęciem jest prawda i jakie są granice ochrony ważnych dla nas osób, pisze Gillian Flynn. W opublikowanej nakładem wydawnictwa Znak powieści „Mroczny zakątek” znajdziemy wszystko co najlepsze w mrocznym thrillerze, powieści kryminalnej oraz powieści psychologicznej. Ta kompilacja gatunków doskonale sprawdza się w tej historii, sprawnie opowiedzianej przez autorkę, która zabiera nas na wędrówkę po zakamarkach ludzkiego umysłu, która obnaża motywy działania i zmusza do zastanowienia się nad granicami człowieczeństwa oraz sprawiedliwością.

Poznajemy Libby Day, obecnie niemal trzydziestoletnią kobietę, wegetującą już od lat na granicy ubóstwa, izolującą się do społeczeństwa, której szczytem ambicji jest przetrwanie kolejnego dnia. „Dzielna dziewczynka, zagubiona mała Libby (…)” – tak pisała o niej przed laty prasa, wspominając przerażającą tragedię, której była świadkiem. Kiedy miała siedem lat, jej piętnastoletni brat Benjamin zamordował całą jej rodzinę. Ona zaś przygarnięta przez ciotkę, ostatecznie całymi latami tułała się po kolejnych domach, nigdzie nie zaznawszy ciepła i spokoju. 

„Ben zarżnął moją mamę i dwie starsze siostry. Jako jedyna ocalała wskazałam na niego palcem” – mówi Libby, przeszłością tłumacząc swoją życiową nieporadność. Przez większość swojego życia żerowała na ludzkiej dobroci i współczuciu, utrzymując się z datków przekazywanych przez ludzi dobrej woli oraz z tantiem z książki opisującej jej historię. Teraz jednak pieniądze się skończyły, a na świecie jest dużo więcej tragedii, bardziej interesujących dla publiczności niż zbrodnia sprzed lat. Zdesperowana kobieta przyjmuje absurdalną propozycję dziwnego stowarzyszenia, zwanego Klubem Kryminalnych Ciekawostek. Jego członkowie to oryginalne postacie, pasjonaci demaskowania tajemnic, którzy są przekonani, że za morderstwo rodziny Day został skazany niewinny człowiek. Proponują Libby wynagrodzenie w zamian za włączenie się w prywatne śledztwo, demaskujące prawdziwego mordercę i prowadzące do zwolnienia Bena. 

Wraz z bohaterką powracamy do przeszłości, do dnia, który na zawsze zmienił życie wielu ludzi. 3 stycznia 1985 roku to dzień, w którym matka Libby i Bena dowiedziała się, że jej syn prawdopodobnie zostanie oskarżony o molestowanie kilku dziewczynek. 3 stycznia 1985 roku to dzień, w którym Ben postanowił wraz ze swoją ciężarną dziewczyną rozpocząć nowe życie … Masakra na rodzinnej farmie przekreśliła te plany, a okrucieństwo, z jakim zostały zamordowane matka i jedna z córek, wstrząsnęło wszystkimi mieszkańcami. 

Bena bardzo łatwo było oskarżyć – był inny, gniewny, nosił zafarbowane na czarno włosy i przynależał do organizacji, która rzekomo czciła szatana. Na dodatek jego osobę, jako winnego, wskazała sama Libby, obecna w noc morderstwa w domu. Chłopak nie bronił się podczas procesu, nie przedstawił alibi, a pomimo absurdalności niektórych zarzutów, niekompletnej rekonstrukcji wydarzeń i szeregu nieścisłości w zeznaniach, wygodnie było skazać młodego satanistę na dożywocie. 

Powrót do przeszłości jest bolesny zarówno dla Bena, jak i dla Libby tym bardziej, że kobieta zaczyna mieć coraz większe wątpliwości, czy jej brat rzeczywiście ponosi odpowiedzialność za krwawa masakrę. Czy rzeczywiście winnym straszliwego morderstwa był piętnastoletni chłopiec? Czy śmierć rodziny miała coś wspólnego z wyznawcami szatana? Na te, i na wiele innych frapujących pytań udziela nam odpowiedzi Gillian Flynn, choć droga do prawdy będzie kręta i wyboista. 

Autorka stworzyła skomplikowaną historię, w którą wkrada się pełen nieład. Bynajmniej nie zniechęca nas on do lektury książki, ale motywuje i sprawia, że oddajemy się śledzeniu fabuły z najwyższą koncentracją. Pojawiające się na kartach książki liczne postacie mają ściśle określony cel – nakreślić kontekst sytuacyjny, poddać w wątpliwość nie tylko winę Bena, ale i prawdopodobne wersje wydarzeń, a także odpowiedzieć na pytanie, kim tak naprawdę był morderca, wystraszonym nastolatkiem czy zwyrodnialcem? Mam wrażenie, że Flynn odczuwa niebywałą satysfakcję kpiąc sobie z naszych wysiłków mających na celu wytypowanie kręgu podejrzanych osób i prawdopodobnego zakończenia. Doskonale nakreśleni bohaterowie dorównują mistrzowsko wykreowanej opowieści i choć bardzo trudno jest mi polubić Libby, to doceniam złożoność jej charakteru, a także stopień skomplikowania całej plejady innych postaci.

Nic dziwnego, że producenci filmowi szybko odkryli potencjał tkwiący w tej mrocznej opowieści. Nie mogę się już doczekać adaptacji z Charlize Theron w roli głównej…

czwartek, 23 października 2014

Jo Robinson „Dzika strona jedzenia”

Tytuł: Dzika strona jedzenia
Autor: Jo Robinson
Wydawnictwo: Illuminatio


Modyfikacje genetyczne, udoskonalanie produktów, próba osiągnięcia większej wydajności i zaspokojenia rosnących potrzeb ludności – te działania nie pozostały bez wpływu na jakość oferowanych przez rynek produktów. To wszystko sprawia, że na nasze stoły trafiają owoce i warzywa o obniżonej zawartości witamin, minerałów i niezbędnych kwasów tłuszczowych. Manipulacje człowieka i dążenie do hodowli nowych odmian, drastycznie pozbawiło je również białka i błonnika, natomiast hojnie wyposażyło w cukier. W rezultacie otrzymujemy kukurydzę, w której zawartość białka sięga zaledwie 4 proc., natomiast cukru są zatrważające ilości, bo aż 10 proc. To tylko jeden z wielu przykładów „udoskonalania” produktów…

Tymczasem naukowcy są zgodni co do tego, że najzdrowszą jest dieta bogata w błonnik, zawierająca niewielkie ilości cukru oraz przetworzonych, szybko trawionych węglowodanów. Mowa tu o diecie niskoglikemicznej, pozwalającej zachować właściwy poziom glukozy we krwi, obniżającej ryzyko zachorowania na chorobę wieńcową, otyłość, cukrzycę, a także na raka. Jak jednak korzystać z tej diety, skoro nawet stosując się do zasad zdrowego odżywiania i przestrzegając reguł diety, przyjmujemy ogromne ilości szkodliwych substancji? Co zrobić, skoro w przypadku owoców i warzyw oferowanych „w promocyjnych cenach” przez hipermarkety, możemy liczyć co najwyżej na złudzenie troski o własne zdrowie? 

Każdy świadomy konsument, wyznający zasadę „jestem tym, co jem”, powinien sięgnąć po książkę Jo Robinson, aktywistki żywieniowej, ekspertki w sprawach żywienia i uprawy produktów, autorki wielu książek o tematyce zdrowotnej. Publikacja „Dzika strona jedzenia”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Illuminatio, to przerażające studium historyczne, pokazujące jak na przestrzeni wieków człowiek pozbawiał swoje pożywienie wielu cennych składników. Autorka nie tylko udowadnia, jak bezwartościowe jest nasze pożywienie, ale i podpowiada, jak wybierać mniejsze zło i jak wśród gąszczu produktów tylko udających zdrowe, wybrać te, które dostarczą nam najwięcej korzystnych dla zdrowia składników. 

Książka składa się z dwóch części: „Warzywa” oraz „Owoce”, poprzedzonych wprowadzeniem w temat utraconych składników odżywczych oraz współczesnej plagi – żywności bez smaku. Modne obecnie przechowywanie warzyw i owoców jest pokłosiem rewolucji agrarnej i postępu technologicznego, a wraz z koniecznością składowania owoców upraw, pojawiły się kwestie ich zbierania wówczas, kiedy są jeszcze niedojrzałe, czy na tyle twarde, by można było je zrywać bez ryzyka uszkodzenia, a także zjawisko sztucznego dojrzewania w specjalnie do tego przystosowanych magazynach i stosowania środków to dojrzewanie przyspieszających. 

Jo Robinson przyznaje, że powrót do przeszłości i spożywanie dziko rosnących roślin jest dziś niemożliwe, zachęca jednak, by jeść „bardziej naturalne owoce i warzywa”. Aby tego dokonać, omawia poszczególne gatunki dostępne na rynku, z naciskiem na te, które są smaczne, a jednocześnie zachowały jak najwięcej składników odżywczych. Aby łatwiej było posłużyć się wiedzą zawartą w książce, autorka przygotowała w formie tabelarycznej informacje dotyczące zalecanych odmian. W kolejnych rozdziałach znajdziemy nie tylko dane dotyczące ewolucji danego owocu czy warzywa, ale również szereg porad dotyczących właściwego przechowywania, przygotowywania czy przyrządzania potraw w taki sposób, by wydobyć smak składników, a jednocześnie maksymalnie wykorzystać pozostałe właściwości zdrowotne.

Niezależnie od tego, czy jesteśmy mistrzami kuchni, interesujemy się zdrowym odżywianiem, dbamy o swoje ciało, czy po prostu chcemy dowiedzieć się, jak człowiek na przestrzeni wieków zdołał zniszczyć to, co dała nam natura, warto sięgnąć po książkę Jo Robinson.”Dzika strona jedzenia” jest oparta na solidnie przeprowadzonych badaniach, wielu tekstach naukowych oraz własnym doświadczeniu autorki, co - w połączeniu z darem pisania o sprawach trudnych w prosty sposób - czyni książkę łatwą w odbiorze, choć nieco zatrważającą z uwagi na jej wymowę. Po informacji, że podgrzanie czosnku zaraz po pokrojeniu uniemożliwia wytworzenie się cennej allicyny, a także, że sok borówkowy kupowany w marketach zawiera 40 proc. soku jabłkowego, 30 proc. soku z białych winogron i 30 proc. soku z borówek wiem, że czas zacząć zwracać baczną uwagę na kupowane produkty. Jestem przekonana, że nikt, kto przeczyta książkę Robinson nie da się już zwieść pięknie wyglądającym czerwonym jabłkom czy pyszniącym się na półkach wielkim pomidorom. ..

czwartek, 16 października 2014

Mark Nepo „Mała księga przebudzenia. Przesłania na każdy tydzień roku”

Tytuł: Mała księga przebudzenia. Przesłania na każdy tydzień roku
Autor: Mark Nepo
Wydawnictwo: Illuminatio


Zbyt często słuchamy, ale nie słyszymy. Zbyt często patrzymy, ale nie jesteśmy tak naprawdę w stanie dostrzec. Zbyt często jesteśmy w naszym życiu nieobecni, nie koncentrując się na niczym i nikim, przepływając bezrefleksyjnie przez kolejne dni. Rzeczywistość przesłaniają nam konsumpcyjne zapędy, przekonanie, że miarą naszej wartości jest mieć, a nie być. Bardzo szybko przychodzi nam zapłacić wysoką cenę za materialistyczne podeście do życia, za pogoń za pieniędzmi, wrażeniami, nowymi podbojami. Problemy zdrowotne, wypalenie zawodowe, depresje, rozwody, przemoc psychiczna i fizyczna, utracony kontakt z dziećmi – to tylko niektóre z długiej listy konsekwencji braku życiowej równowagi i zagłuszania zewnętrznymi bodźcami głosu intuicji.

Czy można zrobić coś, by odmienić tę sytuację? Jak powiedzieć sobie STOP i zawalczyć o siebie, swoje szczęście i szczęście swoich bliskich? Jak żyć w zgodzie z samym sobą, z naturą i cieszyć się każdą, nawet najdrobniejszą rzeczą? Odpowiedzi na te pytania przynosi niewielkich rozmiarów książka o niezwykłej głębi, czyli „Mała księga przebudzenia. Przesłania na każdy tydzień roku”. Opublikowana nakładem wydawnictwa Illuminatio publikacja budzi z letargu, przerywa naszą marną egzystencję i marazm, w jaki popadamy biegnąc wciąż bez zastanowienia przed siebie. 

Autor, Mark Nepo, doskonale wie, jak cenne oraz kruche jest życie i dlatego nie pozwala nam dłużej marnować ani jednej cennej chwili. Jego zwycięska walka z rakiem jest dowodem na to, że niekiedy dostajemy drugą szansę. Nepo, taką szansę postanowił dać również czytelnikom, by ocknęli się, zanim nie jest jeszcze zbyt późno. By skorzystali z nieograniczonego bogactwa, jakie niosą ze sobą kolejne dni …

„(…) Wygranie walki z rakiem nauczyło mnie, iż jesteśmy tutaj z ważniejszych powodów niż płacenie rachunków i realizowanie zadań z naszych nigdy niekończących się list (…)” – czytamy we Wprowadzeniu autora i … nie sposób z tym stwierdzeniem polemizować. Warto zatem spróbować podążyć ścieżką w kierunku, który wskazuje nam Nepo, zaś w drodze tej niech towarzysza nam kolejne teksty – po jednym na każdy tydzień wędrówki przez życie. Są one jednak dalekie od kazań, to raczej obserwacje, cytaty, fragmenty wspomnień, legend przekazywanych z pokolenia na pokolenie, gdzie każde ze słów niesie ze sobą mądrość i siłę.

Przeczytamy zatem o zrzucaniu skóry, czyli o procesie nabywania mądrości, mającym miejsce poprzez pozbywanie się ograniczających nas skorup; o sztuce mierzenia się z przeciwnościami oraz o współczuciu. Autor dotyka również tematu miłości od pierwszego wejrzenia; kwestii smaku nieba i śmiechu, który możemy poczuć podczas odrodzenia; a także procesu „wchłonięcia do swojego wnętrza tego, co najlepsze i najgorsze”. 

To tylko niektóre z zagadnień poruszanych w tej wspaniałej, wartościowej książce, która pokazuje, w jaki sposób nadać naszemu życiu głębszy sens, jak narodzić się na nowo, jak czerpać z życia pełnymi garściami. „Mała księga przebudzenia” jest lekturą dającą nadzieję, napełniającą nasze serca i dusze światłem nadziei. Jej kieszonkowe wydanie w twardej oprawie jest wprost stworzone do tego, by nosić je zawsze ze sobą, by sięgać po nią w chwili zwątpienia, zagubienia, ale też i szczęścia. To również wyjątkowy prezent, jeden z najlepszych, jaki możemy podarować swoim bliskim, dając im szansę na … przebudzenie!

czwartek, 2 października 2014

Dr Krista Varady oraz Bill Gottlieb „Dieta 50:50”

Tytuł: Dieta 50:50
Autorzy: dr Krista Varady oraz Bill Gottlieb
Wydawnictwo: Vivante


Czy można schudnąć jedząc wszystko? Nie odmawiając sobie soczystych steków, frytek, czy słodkich przekąsek? Czy rzeczywiście odzyskanie szczupłej sylwetki jest możliwe bez wyrzeczeń, wielotygodniowych głodówek i tęsknoty za odrobiną pożywienia, które miałoby określony smak? Czy rzeczywiście można porzucić pieczywo, do złudzenia przypominające tekturę na korzyść chrupiących i wypieczonych bułeczek? Zanim odpowiecie „nie” na te pytania, wstrzymajcie się z wydawaniem sądów. 

Lektura poradnika dr Kristy Varady oraz Billa Gottlieba przekonuje, że odchudzanie nie musi być meczące i nie musi być związane z reżimem. Opublikowana nakładem wydawnictwa Illuminatio książka „Dieta 50:50” jest innowacyjnym spojrzeniem na dietę, a właściwie jej brak. Dzięki poradom autorów zyskasz wiedzę na temat mechanizmów funkcjonujących w organizmie oraz gospodarki kaloriami, rozumianymi jako energia dostarczana wraz po karmem. Dieta 50:50 pomoże nie tylko stracić na wadze, ale utrzymać szczupłą sylwetę bez ryzyka wystąpienia efektu jo-jo dzięki Programowi Skutecznej Kontynuacji Diety. Co więcej, diecie tej zawdzięczać możemy spadek poziomu cholesterolu całkowitego o 21 proc., poziomu cholesterolu LDL (średnio o 20 punktów), trójglicerydów z poziomu 125 mg / dl do 88 mg / dl oraz skurczowego ciśnienia krwi. Jak to jest możliwe i w czym tkwi sekret sukcesu?

Dr Kristy Varady, profesor nadzwyczajny na Uniwersytecie w Illinois w Chicago, zajmująca się zawodowo naukami o żywieniu, po latach badań i doświadczeń (dietę wypróbowała również na sobie), dokładnie tłumaczy fenomen Diety 50:50 i jej skuteczność, przy jednoczesnym zachowaniu masy mięśniowej, eliminacji uczucia ciągłego głodu (jaki zazwyczaj towarzyszy wszelkim dietom) oraz prozdrowotnych właściwości nowego sposobu podejścia do procesu utraty wagi.

W kolejnych rozdziałach autorzy radzą w jaki sposób prowadzić dietę, co i jak jeść, omawiają dokładnie dwie fazy diety, występujące naprzemiennie, co drugi dzień, tj. Dzień Diety oraz Dzień Ucztowania, podają przepisy na potrawy zawierające zaledwie 400 kcal, pomagające zorientować w ilości ich dziennego spożywania, pokazują powiązania Diety 50:50 i ćwiczeń fizycznych i zachęcają do sprawdzenia, jakie efekty przyniesie włączenie do rozkładu dnia aktywności ruchowej.

Dieta 50:50 została oparta na obserwacji na tle nowotworów oraz chorób serca, zachowania zwierząt - najskuteczniejszy spadek wielu czynników ryzyka następował w sytuacji, kiedy podczas dnia przeznaczonego na „post”, zwierzęta spożywały dokładnie 25 proc. standardowej dawki kalorii. Zapobiegało to chorobom i spowalniało rozwój już istniejących, a równocześnie chroniło zwierzęta przed utratą tkanki mięśniowej. Na podstawie tych wyników Varady opracowała plan, według którego podczas dnia „postu”, czyli właśnie Dnia Diety, ludzie spożywaliby 25 proc. standardowej porcji kalorii, czyli ok. 500. Skuteczność tej diety nie polega zatem na kompletnym odrzuceniu określonych grup żywności, ale ich ograniczeniu, i to co drugi dzień, bowiem podczas Dnia Ucztowania można jeść dowolne rzeczy. Co więcej, udało się również wyeliminować wątpliwości, czy aby w Dniu Ucztowania, nie będzie miało miejsca przejadanie się. Po dziesięciu latach badań dr Kristy Varady jednoznaczne stwierdziła, że Dieta 50:50 jest szansą dla wszystkich osób, które pragną pozbyć się zbędnych kilogramów i utrzymać ten stan. Innowacyjność tego rozwiązania i prace badawcze zostały również opisane (i docenione) na łamach „American Journal of Clinical Nutrition”.

W książce „Dieta 50:50. Odchudzaj się co drugi dzień” znajdziesz mnóstwo informacji potwierdzających skuteczność diety – nie tylko wspomniane wyniki badań naukowych, ale również relacje osób, które brały udział w projektach badawczych oraz osób, które doceniły już skuteczność diety i przekonały się ostatecznie, że dieta bez wyrzeczeń jest możliwa. Autorzy książki przekonali mnie do przyjęcia tego nowego spojrzenia na odchudzanie. Po wypróbowaniu kolejnych mniej lub bardziej skutecznych diet i przy mojej miłości do wypieków, Dieta 50:50 jawi się jako interesująca propozycja i szansa na zgubieniu kilku dodatkowych kilogramów z biodrach. Zaczynam już od jutra i nawet porcja 500 kcal mnie nie przeraża, szczególnie że 400 z nich mogę poświecić na zjedzenie burgera z serem czy spaghetti z kulkami mięsnymi!

sobota, 27 września 2014

Podróże z książką - Koniec lata w Bawarii

Tym razem cykl „Podróże z książką” odbywał się pod niemieckim / austriackim niebem.  Wyruszyłam we wtorek w towarzystwie „Inferno” Dana Browna oraz „Wojny w Jangblizji” Agnieszki Steur.

fot. J.Gul
Przygotowania do podróży

piątek, 26 września 2014

Izabela Sowa "Powrót"

Tytuł: Powrót
Autor: Izabela Sowa
Wydawnictwo: Znak

„Ze złudzeniami jest jak z nałogiem – nie da się od nich uwolnić, można je tylko zamienić na inne”. Mimo prawdziwości tych słów wciąż karmimy się złudzeniami, nadziejami, wciąż wierzymy, że w innym miejscu i czasie nasze życie byłoby lepsze, a my sami spełnieni i szczęśliwi. Tak naprawdę jednak subiektywne poczucie szczęścia nosimy w sobie, a dopóki nie dojrzejemy do tej prawdy, dopóki będziemy zadowolenia poszukiwać na zewnątrz siebie, skazani jesteśmy na rozczarowania i nieustanną gonitwę. Nasz umysł bowiem nie znosi pustki i natychmiast wynajduje sobie kolejny miraż, kolejną fatamorganę, w którą zaczyna wierzyć.

W poszukiwaniu złudzeń Dorotka wyruszyła w daleki świat. Przekonana, że za tam jest inaczej, że przekroczenie wyimaginowanej granicy odmieni jej życie, wkroczyła w świat dorosłych. Świat, który ją rozczarował. Również sama Dorotka rozczarowuje – nie zrobiła kariery, zrezygnowała ze studiów, mieszka w nędznym mieszkanku, nie ma dzieci a nawet nie jest w związku. Jest jedną z tych, które zbyt często trwonią „czas, pieniądze albo dobre okazje” biernie obserwując mijający czas. Na dodatek wciąż pozostaje Dorotką i to zdrobnienie imienia jest symboliczne, oznacza trwanie w stagnacji, w przeszłości, a przy tym zupełne oderwanie się od rzeczywistości.

Przy tym wszystkim bohaterkę „Powrotu”, najnowszej książki Izabeli Sowy, można nazwać artystką. Porzuciła studiowanie dzieł wielkich malarzy i oddała się szlachetnej sztuce tatuażu, co w oczach matki czyni ją lekkomyślną i nieodpowiedzialną, a każde spojrzenie rodzicielki przypomina o zawodzie i rozczarowaniu dzieckiem. Powieść, opublikowana nakładem wydawnictwa Znak, jest prostym w swej formie, ale jednocześnie oryginalnym tekstem. Nie znajdziemy tu wartko toczącej się akcji, nie ma tu zapierającej dech w piersiach fabuły. Są za to wyjątkowi bohaterowie oraz przemyślenia na temat życia – na temat lat minionych oraz bycia „tu i teraz”.

Dorotka powraca do Polski po sześciu latach pobytu w Europie. Odkąd po zaliczonej sesji zimowej porzuciła swój indeks i wykorzystując prawie połowę swych oszczędności kupiła bilet do Palermo, wciąż gnała do przodu, zmieniając kraje, zawody oraz mężczyzn. Na swoim koncie ma złamane serca, szalone imprezy oraz trzy języki obce. I znajomość technik tatuażu, które opanowała do perfekcji, tworząc wzory na indywidualne zamówienie.

Dorotka od lat pisze swój własny scenariusz, stanowczo protestując przeciwko wpasowaniu się w schematy i standardy. Niecodzienny jest nawet jej sposób ubierania się, będący swego rodzaju manifestem. Ale obecna Dorotka nie jest już tą buntowniczką, jaką była jeszcze kilka lat temu. Choć jej dusza i serce pozostały narowiste, to ona nauczyła się powstrzymywać od komentarzy, doprowadziła milczenie do perfekcji. Szczególnie uważa na słowa przy klientach, którzy często traktują wizytę w salonie tatuaży niczym wizytę u psychoterapeuty i dzielą się swoimi problemami oraz oczekiwaniami.

Dorotka nie chce rozwiązywać problemów innych, ma swoje własne. Zatem postacie uczestniczące w jej życiu obserwujemy niejako z boku, samodzielnie kształtując sobie opinię na temat związku jej rodziców, którzy pomimo jawnej deklaracji braku uczucia, wciąż są razem, na temat zachowania Ren, która oddala się od bohaterki coraz bardziej, przyjaciółki Moniki, czy ekscentrycznego modela.

Niestety Sowa stawiając na górnolotne słowa, zapomniała o treści. Choć otrzymujemy wciągające studium polskiej rzeczywistości i spojrzenie młodej kobiety na otaczający ją świat, pełen konsumpcyjnych zapędów, choć książka stanowi protest przeciwko konwencjonalnemu podejściu do planów i ram, w które jesteśmy wtłaczani od dzieciństwa, to jest zbyt chaotyczna i powierzchowna, by stać się powieścią wyjątkową. Chciało by się wręcz powiedzieć, że jest „przekombinowana”, nie wspominając już o braku sympatii do Dorotki, która denerwuje od pierwszych stron. 

Odnoszę wrażenie, że to zadanie autorskie przerosło Sowę, bowiem mimo doskonałej koncepcji wykonanie już nie jest tak dobre. Co nie znaczy, że o książce należy zapomnieć natychmiast po jej przeczytaniu. Wręcz przeciwnie – powinna ona stanowić bodziec do analizy własnych zachowań, do rozliczenia się z przeszłością i zajęcia własnego stanowiska na temat teraźniejszości. Jest impulsem do tego, by walczyć o siebie i swoją niezależność!

czwartek, 25 września 2014

Karol Kłos "Latarnik"

Tytuł: Latarnik
Autor: Karol Kłos
Wydawnictwo: Poligraf


„Ta latarnia wciąż na mnie patrzy z wysoka, wciąż mnie obserwuje. Ona jedyna wie, co nas łączy nierozerwalnie ze sobą, ona wciąż o tym pamięta. Gdy wspinam się na nią po schodach, drży z niecierpliwości, nie mogąc doczekać się mojego wejścia” – czy można pisać pięknie o swojej pracy? Czy może istnieć wdzięczniejszy temat, niż tajemnicza, rozbudzająca wyobraźnię latarnia morska? To ona wszak jest celem licznych wycieczek, oto ona prowadzi marynarzy bezpiecznie do portu, to ona daje schronienie samotnikom, którzy wpatrzeni w bezkres morza oddają się refleksji i uniesieniu.

To jednak nie latarnia, a latarnik jest bohaterem niezwykłej książki Karola Klosa. „Latarnik”, opublikowany nakładem wydawnictwa POLIGRAF, to w istocie dziennik, w którym każdy wpis ma swój numer. Nie jest to pozycja o zwartej fabule, nie ma tu gwałtownych zwrotów akcji, jest natomiast proza życia, sporo humoru oraz własnych przemyśleń na temat otaczającego świata. To właśnie ten spokój, prostota, a przy tym niezwykła poetyckość tekstów dotyczących zwyczajnych, codziennych spraw czyni lekturę niezwykle przyjemną i wartą zapamiętania. 

W książce odnajdziemy klimat niczym u Hemingwaya, a każdy wpis jest inicjowany jakimś wydarzeniem bądź spostrzeżeniem. Wszystkie one składają się na niezwykle barwne życie zaangażowanego społecznie bohatera, życie, które wciąga i nas. Z lektury dowiadujemy się sporo o funkcjonowaniu latarni oraz charakterze pracy latarnika, poznajemy stosunki społeczne w skali mikro (relacje pomiędzy współpracownikami) oraz makro (w Zatoce Puckiej, a także w kraju), a w tle przewijają się problemy lokalne, a także te wynikające z procesu globalizacji. 

Autor porusza temat bezrobocia, które jest dla małych miejscowości niczym rak toczący zdrową tkankę, a także zagadnienia związane ze zdrową dietą, szkodliwością picia, czy pielęgnacją cery. Wspomina dawne czasy, kiedy jeszcze pracował społecznie przy powstawaniu telewizji kablowej, spotyka się również z dawnymi kolegami na zjeździe absolwentów. Przytacza również bulwersujące wydarzenie, jakim było oskarżenie o kradzież pieniędzy z kasy latarni, opowiada o początkach współpracy z lokalną gazetą.

Dziennik prowadzony jest z niezwykła lekkością, świadczącą o doskonałym warsztacie autora, o starannym przemyśleniu jego formy, a także o niezwykle „ciętym języku” i odwadze pisania o sprawach ważnych nie tylko dla ogółu, ale i dla jednostki. Śmiech miesza się tu z łzami, codzienność z wyjątkowością chwil, zaś teraźniejszość z przeszłością. Mimo to, nie jest to lektura banalna, nie jest to też książka, którą należy łapczywie pochłonąć. „Latarnik” jest bowiem pozycją, którą warto smakować wpis po wpisie, odkrywając wszystkie smaki i smaczki, podążając pajęczyną słów utkaną przez autora. 

wtorek, 23 września 2014

J.R.Ackerley "Moja Tulipanka"

Tytuł: Moja Tulipanka
Autor: J.R.Ackerley
Wydawnictwo: Studio EMKA


Mówi się, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka, a każdy właściciel czworonoga potwierdzi tę opinię. Znamy tysiące opowieści o psach, które ratowały swoim Panom życie (nawet z narażeniem własnego), a także o tych, które po śmierci ukochanego właściciela wciąż wiernie na niego czekały. Wiele z tych historii zostało spisanych, bowiem zwierzęta są wdzięcznym tematem powieści i opowiadań. 

Zazwyczaj autorzy opiewają zalety psów, pisząc o ich odwadze, lojalności, bezwzględnym oddaniu. Nikt nie chce pisać o upartych czworonogach, o ich potrzebach fizjologicznych, o braku wychowania, o problemach z dotarciem do weterynarza i szeregu innych kłopotów, jakie każdy posiadacz psa ma ze swoim pupilem. Czy rzeczywiście nikt? Otóż znalazł się jeden człowiek, którego zainteresowała nie patetyczna wymowa relacji człowiek – pies, ale szara rzeczywistość, a także różne konsekwencje faktu zamieszkiwania pod wspólnym dachem. Tym człowiekiem jest J.R. Ackerley, wielki miłośnik zwierząt, redaktor wydawanego przez BBC czasopisma „The Listener”. Ci, którzy znają twórczość pisarza i jego własne losy, znajdujące odbicie w jego tekstach, doskonale wiedzą, czego mogą się spodziewać oddając się lekturze „Mojej Tulipanki”. Opublikowana nakładem wydawnictwa Studio EMKA książeczka o niewielkiej objętości, to prawdziwe arcydzieło, którego bohaterem jest nie tylko pies i jego Pan, ale i zwyczajne życie. 

Lektura powieści „Moja Tulipanka” może rozczarować czytelników spodziewających się nagłych zwrotów akcji czy dramatycznych przeżyć związanych z posiadaniem psa, bądź też przygód przez owego czworonoga przeżywanych. Otrzymujemy bowiem słodko – gorzką historię, z której miłość do Tulipanki sączy się pomiędzy wierszami, a kolejne słowa nie służą trzymaniu czytelnika w napięciu. Raczej budzą one zachwyt swą melodią, dzięki której nawet kwestia wypróżnienia psa nabiera innego, bynajmniej nie trywialnego znaczenia.

Poznajemy Tulipankę, owczarka niemieckiego, kiedy trafia już do rąk autora. Wcześniej, bita i trzymana w zamknięciu, z niezrozumiałych powodów była zwierzęciem robotniczej rodziny. Jej jedyną tresurą była przemoc, a pierwsze osiemnaście miesięcy życia było piętnem, które odcisnęło się na jej zachowaniu. Tulipanka to bowiem pies niesforny, choć ta niesforność wynika nie z braku inteligencji, ale z siły charakteru. Autor skrupulatnie opisuje wszystkie problemy z posiadaniem takiego psa, każdemu z nich poświęcając osobny rozdział. 

Wraz z Tulipanką trafiamy zatem do weterynarza, choć próby jej doprowadzenia do gabinetu przypominają walkę z dziką bestią. Czytamy o poszukiwaniu męża dla owczarka i, dość karkołomnych, próbach zainicjowania życia seksualnego Tulipanki. Autor szczegółowo rozpracował na kartach książki również wszystkie systemy i techniki wypróżniania się oraz oddawania moczu przez pupilkę, czyniąc przy tym sporo obserwacji na temat ludzi.

Z tych opowieści o codzienności wyłania się barwna historia, traktująca nie tylko o psie, ale o życiu. Autor odnosi się do systemów społecznych i relacji międzyludzkich, piętnuje wszystkie wady mieszkańców okolicy, ale i całego społeczeństwa. To oryginalne ujęcie tematu, jakie Ackerley zaprezentował w „Mojej Tulipance” pozwala nam spojrzeć z szerszej perspektywy nie tylko na czworonożnych przyjaciół, ale i na nasze otoczenie. Lekkość, z jaką autor porusza te wszystkie poważne kwestię czyni tę powiastkę łatwą i przyjemną, uroczą na swój niekonwencjonalny sposób, a przede wszystkim – wartą zapamiętania.

poniedziałek, 15 września 2014

Sam Horn "Tongue-fu!"

Tytuł: Tongue-fu!
Autor: Sam Horn
Wydawnictwo: Studio EMKA


„Prawdziwa sztuka konwersacji polega nie tylko na tym, by powiedzieć właściwą rzecz we właściwym czasie. Należy nauczyć się także, czego i kiedy nie mówić” – te słowa Dorothy Nevill powinny stać się naszym drogowskazem, który wskazywać będzie kierunek, którym warto podążać w swoim życiu. Nie od dziś wiadomo, że retoryka to sztuka, że słowa maja wielką moc, którą możemy wykorzystać na swoja korzyść, bądź obrócić przeciwko sobie. Słowa mogą uskrzydlać i mogą ronić. Mogą dawać nadzieję i ją odbierać. Mogą też wygrywać walki w taki sposób, by żadna ze stron nie czuła się pokrzywdzona. Problem w tym, żeby używać ich właściwie …

O słowie i jego wykorzystaniu zajmująco pisze Sam Horn, autorka poradnika „Tongue-fu! Sztuka walki językiem”. Podtytuł opublikowanej nakładem wydawnictwa Studio EMKA książki, czyli: „o rozwiązywaniu konfliktów słownych”, mówi właściwie wszystko o książce. Autorka bowiem koncentruje się na wykorzystaniu komunikacji werbalnej po to, by zwyciężyć w grze zwanej życiem. Nie ma tu jednak rozlewu krwi, dowiadujemy się natomiast, jak w sposób uprzejmy rozładować trudne sytuacje, jak radzić sobie z trudnym klientem czy despotycznym szefem, nie tracąc przy tym twarzy. Rezultatem jest nie tylko rozwiązanie danej sytuacji, ale trwała poprawa relacji oraz rozładowanie negatywnych emocji, także tych, które kumulują się w nas. 

Celem autorki jest wypracowanie takich sposobów zachowań, które mogą być stosowane na co dzień do pokonywania problemów wynikających z codziennych kontaktów z otoczeniem. Tytułowe tongue-fu, czyli sztuka walki językiem, kładąca nacisk na rozwój wewnętrzny, pomaga nam złagodzić, a nawet odeprzeć napaść psychiczną. Jest – w opozycji do kłótni, czy cierpienia w milczeniu – metodą konstruktywną, swojego rodzaju filozofią, sposobem komunikowania się z innymi, który pomaga rozwiązywać pojawiające się w relacjach międzyludzkich problemy, nawiązać lepszy kontakt ze współpracownikami i domownikami. Jest sztuką lepszego życia, pełnego spokoju nawet w obliczu słownych ataków. 

Poradnik podzielony jest na cztery części, te z kolej na rozdziały, a każdy z nich zajmuje się innym aspektem walki słownej. Część pierwsza książki, „Reaguj zamiast odpowiadać”, pomaga pozbyć się nam frustracji wynikającej z braku reakcji na fałszywe oskarżenia czy zarzuty, zażegnać konflikt uśmiechem czy poszukiwać rozwiązań danego problemu zamiast osób winnych ich powstania. W części drugiej nauczymy się rozpoznawać właściwe i niewłaściwe słowa, których użycie stosownie do sytuacji pozwoli uwolnić się od problemów, unikać skrajności oraz bezowocnych sporów. Część trzecia poradnika, „Zamień konflikty we współpracę” zwraca nasza uwagę na cenną umiejętność słuchania oraz na moc otwartego umysłu. Dzięki ostatniej części zdobędziemy się na odwagę, by „sięgnąć po to, czego chcemy, czego gorąco pragniemy i na co zasługujemy”, a wszystko to dzięki licznym wskazówkom autorki dotyczącym taktownego kończenia sporów, podejmowania decyzji o co walczyć warto, a co niepotrzebnie tylko zabierze nam energię, poznaniu pięciu zasad perswazji oraz metod postępowania z gburami.

Możesz stwierdzić, że takich książek na rynku są tysiące. Rzeczywiście, literatura poświęcona komunikacji jest wyjątkowo bogata, zaś Sam Horn z pewnością nie eksploruje nowych trenów, poruszając się w obszarze znanej wszystkim tematyki. Jednak swobodny styl książki oraz koncentracja nie na teorii, ale n przykładach z codziennego życia, pozwala już na etapie lektury odnieść się do konkretnych problemów i skorzystać na bieżąco z podanych wskazówek. Każdy rozdział zakończony jest tzw. planem działania, w którym autorka opisuje daną sytuację oraz zestawiając ze sobą właściwe i niewłaściwe słowa, pokazuje różnice w odbiorze danej wypowiedzi / reakcji. To sprawia, że uświadamiamy sobie wagę wypowiadanych przez nas słów, popełniane w codziennym życiu błędy oraz ich konsekwencje.

„Tongue-fu!” warto czytać z ołówkiem w dłoni, bądź notesem trzymanym w pobliżu tak, by nie stracić cennych uwag autorki. Sama lektura bowiem może otworzyć nam oczy na pewne kwestie, ale nie zmieni naszego życia. Efekt zobaczymy dopiero wówczas, kiedy wdrożymy polecane przez Horn techniki, do czego zresztą ona sama zachęca. Tym sposobem, krok po kroku, poprawimy nie tylko swoje relacje z otoczeniem, ale i swoje podejście do ludzi i do problemów. Dzięki tej bezkrwawej walce, wszyscy będziemy zwycięzcami!

niedziela, 14 września 2014

Wojciech Grzelak "Ziemia szamanów. Tajemnicze zjawiska z Syberii"

Tytuł: Ziemia szamanów. Tajemnicze zjawiska z Syberii
Autor: Wojciech Grzelak
Wydawnictwo: Illuminatio



Syberia od wieków była nadzieją i przekleństwem. Urzekała swoim pięknem i bezwzględnie zabijała. Dawała radość, ale i cierpienie. Losy Polaków są złączone z tą ziemią pokrytą lodem, z ziemią do końca niezbadaną, kryjącą w sobie obietnice, sekrety, ale i złowieszczą moc. Dla wielu, kojarzy się z deportacjami Polaków, organizowanymi przez okupacyjne władze sowieckie. Na „nieludzkiej ziemi” znaleźli się oni zazwyczaj z jednego powodu – byli obywatelami Rzeczypospolitej. Pierwsi polscy zesłańcy byli jednak jeńcami wojennymi wziętymi do niewoli podczas wojen Stefana Batorego z Iwanem IV Groźnym czy też podczas wojen toczonych z Moskwą na początku XVII wieku, a Polacy dzielili ten los z jeńcami innych narodowości, np. Szwedami czy Tatarami. Do dziś Syberię zamieszkują potomkowie zesłanych niegdyś rodaków, ale są też ludzie, którzy wyjechali tam z własnej woli, których losy nierozerwanie związane są z tą wymagającą krainą, którzy pokochali ją miłością bezwarunkową.
O dwoistej naturze Syberii pasjonująco pisze Wojciech Grzelak, podróżnik i pisarz, który mieszkał przez wiele lat na Syberii i odkrył jej niekonwencjonalny, buńczuczny charakter, który stawia przed naszym sposobem rozumowania i pojmowania rzeczy, prawdziwe wyzwanie. Jednak niezależnie od tego, jak bardzo racjonalnie podchodzimy do otaczającej nas rzeczywistości, to książka „Ziemia szamanów. Tajemnicze zjawiska z Syberii” zmusza do porzucenia konwencjonalnego podejścia i otwiera nas na nowe drogi, nowe obrazy.
Opublikowana nakładem wydawnictwa Illuminato pozycja, jest zbiorem wciągających opowiadań, mających swoje źródło głownie w syberyjskiej ziemi i klimacie. Ich wspólną płaszczyzną jest zagadka i tajemnica, są wydarzenia, które być może nigdy nie doczekają się naukowego wyjaśnienia. Nad rzeką Czui spotykamy się zatem z szamanem, a którym Grzelak pisze, że posiada on „tajemniczą zdolność rozpłynięcia się w tym wszystkim, co mogłem dostrzec wokół siebie”. Spotkanie z nim staje się dla autora pretekstem do przybliżenia nam szamanizmu, w rozumieniu najstarszej religii Syberii oraz najistotniejszej jego cechy – zdolności do kontaktu, a właściwie pośredniczenia, pomiędzy ludźmi i duchami.
Podczas lektury próbujemy również odkryć tajemnicę czarnej tęczy, niezwykłego zjawiska występującego w okolicach Kańska, zwiastującego … śmierć. Kroczymy Doliną Śmierci, badamy niepokojący fenomen tajemniczego kręgu w pskowskim lesie, czytamy o topielcach, których pochłonęło Ałtyn Kiul, a którzy mącą umysł żywego człowieka, a także o sile cygańskiej wróżby.
Autor pisze również o tatzelwurmie, zwanym „górskim petem”, traktowanym w kategoriach namiastki yeti, tajemniczych błędnych ognikach, za pośrednictwem których nieszczęśnicy zmarli w łagrach pragną przypomnieć o swym losie, a także o koszmarnych zjawiskach występujących na uroczysku, w okolicach górnej Szorii czy syberyjskich włóczęgach zwanych brodiagami. Każda z tych opowieści ma swój klimat, każda niesie ze sobą mnóstwo pytań, na które w większości brak jest odpowiedzi. Autor unika konwencji horroru, traktuje te opowieści raczej jako zagadkę, jako tajemnicę, która powinna uświadomić nam istnienie obok naszego świata czegoś niematerialnego, tajemniczego, przestrzeni, do której – przynajmniej na razie   – nie mamy dostępu.
Sięgając po książkę „Ziemia szamanów. Tajemnicze zjawiska z Syberii” byłam przekonana, że to prawdziwa gratka, ale dla ograniczonej liczby odbiorców, dla tych, którzy chcą i wierzą w wielowymiarowość czasu i przestrzeni oraz naszą ograniczoną zdolność postrzegania. Myliłam się jednak, bowiem wspaniałe, niekiedy niepokojące historie, pomagają nam lepiej zrozumieć fascynację tym nieprzyjaznym do życia obszarem, niezwykłą atmosferą tajemnicy, która unosi się w powietrzu i jest niemal namacalna. I choć Syberia nigdy nie leżała w sferze moich podróżniczych zainteresowań, to po lekturze książki Grzelaka, nie sposób nie zastanowić się nad podjęciem wyzwania.


niedziela, 7 września 2014

Frédérique Veysset, Isabelle Thomas „Francuski szyk! Zostań własną stylistką”

Tytuł: Francuski szyk! Zostań własną stylistką
Autor: Frédérique Veysset, Isabelle Thomas
Wydawnictwo Literackie 



„Cudzoziemki mówią, że Francuzki są szarobure. Mówiąc to, zapominają o niuansach. Francuzki stawiają na prostotę, skupiają się na trafnym doborze torebki, eleganckich butów (…)” – twierdzi Sylvain Le Hen, fryzjer i stylista Hair Desinn Access. Czym jest ten mityczny francuski szyk i styl, którego zazdroszczą obywatelki całego świata? Jak wypracować niewymuszony look i dobrać garderobę, w której wyglądać będziemy na ubrane, a nie na przebrane? Co zrobić, aby osiągnąć elegancję z odrobiną nonszalancji, charakteryzującą takie postacie, jak Vanessa Paradis, Audrey Tatou czy Isabel Marant?
Na te pytania wyczerpująco odpowiadają fotografka Frédérique Veysset oraz Isabelle Thomas, osobista stylistka, zajmująca się ponadto prowadzeniem bloga „Mode personnelle” w serwisie czasopisma „L’Express”. Ich poradnik „Francuski szyk! Zostań własną stylistką”, opublikowany nakładem Wydawnictwa Literackiego, to wysublimowana propozycja nie tylko dla osób zawodowo zajmujących się kwestiami związanymi z modą i kreowaniem wizerunku, ale dla wszystkich kobiet, które chcą się czuć dobrze w tym, co mają na sobie, a przy tym wyglądać stylowo i ponętnie.
Sięgając po te pozycję otrzymujemy nie tylko swego rodzaju biblię mody, ale również wspaniałe zdjęcia przedstawiające stylizację gwiazd, interesujące wywiady z fryzjerami, stylistami, projektantami i redaktorami czasopism poświęconych modzie, a przede wszystkim liczne rady, dotyczące tego, jak się (nie)ubierać.
W czternastu kolejnych rozdziałach, autorki, powołując się na opinię ekspertów, a także na własne doświadczenie, walczą z istniejącymi stereotypami na temat mody i namawiają, do poszukiwania własnego stylu. Styl ten powinien być zgodny z naszym charakterem, upodobaniami i trybem życia, bowiem „ubrania wyrażają nasza osobowość. To nieświadomy i milczący przekaz”.
W trakcie lektury oddamy się również rozważaniom, czy należy podążać za modą, a także  uporamy się z kiepskimi wymówkami, którymi zasłaniamy się skazując jednocześnie na bylejakość i bezbarwność. Pozbędziemy się również fałszywych stereotypów, które niepotrzebnie ograniczają nas w poszukiwaniu własnego stylu, a także poznamy ponadczasowe, klasyczne elementy garderoby, dzięki którym zawsze będziemy modne. Postawimy na trencze, botki dobrej jakości, białe koszule i marynarskie kurki – oczywiście wszystko dobrej jakości i doskonałym wykończeniu.
Nie musimy od razu  rzucać się na głęboką wodę – autorki sugerują drobne zmiany, dodatki, które umiejętnie połączone z innymi elementami garderoby pozwolą ją ożywić i uczynić wyjątkową. Przekonamy się również, że styl nie ma nic wspólnego z pieniędzmi, bowiem – jak twierdzą autorki – elegancji i oryginalności nie da się kupić.
Dzięki rozdziałowi poświęconemu częstym wizerunkowym wpadkom unikniemy takich modowych błędów, jak legginsy mocno opinające pośladki, spodnie trzy czwarte z wiotkiego lnu z szerokimi nogawkami noszone z ciasnym T-shirtem czy zwierzęce wzory na akrylu. Pokochamy natomiast dżinsy, których dostępne modele doskonale nadają się na każdy dzień tygodnia.
Książka „Francuski szyk” staje się dzięki swojej zawartości i cennym wskazówkom,  absolutnym must have każdej kobiety, podobnie jak mała czarna i szpilki. Dzięki autorkom nie tylko mamy szanse o paryskim stylu czytać, ale zbliżamy się do wyjątkowych Francuzek i ich niezwykłego wyczucia mody. Przystępna forma książki i niezwykle atrakcyjna szata graficzna sprawia, że sam poradnik zasługuje na określenie très chic!




środa, 27 sierpnia 2014

Ron Holland "Mów i bogać się, czyli jak stać się bogatym bez kapitału"

Tytuł: Mów i bogać się, czyli jak stać się bogatym bez kapitału
Autor: Ron Holland
Wydawnictwo: Studio EMKA

Joseph Conrad mówił: „Daj mi właściwe słowo i odpowiedni akcent, a poruszę świat”. Słowa mają wielką moc – mogą kreować rzeczywistość, mogą motywować, mogą uszczęśliwiać, ale mogą również ranić, niszczyć i odbierać energię. Od tego, jakich słów używamy, zależy jakość naszego życia, stan posiadania, a nawet poczucie zadowolenia z siebie i swoich osiągnięć. Wagę słowa znał nie tylko Conrad, znał ją też guru biznesu Napoleon Hill, zna ja również Ron Holland. Jego książka „Mów i bogać się, czyli jak stać się bogatym bez kapitału”, opublikowana nakładem wydawnictwa Studio Emka, to właśnie praktyczny poradnik po świecie słów. 

Książka, opublikowana po raz pierwszy w Polsce w 1993 r. teraz doczekała się kolejnego wznowienia, bowiem zawarte w niej informacje, wiedza merytoryczna poparta cennymi przykładami, nie straciły nic na swojej aktualności. Co więcej, w dobie świata po kryzysie gospodarczym, kiedy dopiero odbijamy się od dna, w czasach technologicznego rozwoju i coraz większej konkurencji zarówno pomiędzy firmami, jak i konkurencji na rynku pracy, potęga słów jest nam szczególnie potrzebna. To za ich sprawą możemy bowiem prowadzić życie takie, jakie chcemy, spełniać swoje marzenia, podejmować kolejne wyzwania. To za ich sprawą możemy stać się bogaci – obrastając nie tylko w dobra materialne, ale również bogatsi wewnętrznie, w zdobytą wiedzę, doświadczenie, przeżycia i emocje. 

Autor, na łamach poradnika, zdradza nam największa tajemnicę dotycząca sukcesu (a raczej jego braku) – „większość ludzi nie robi tego, co trzeba”. Tylko tyle i aż tyle, bowiem większość ludzi rzeczywiście … nie robi nic. Dążenie do celu kończy się zazwyczaj na lekturze motywacyjnych poradników, słuchaniu kaset czy uczestnictwie w szkoleniach on-line. Jest to niezwykle istotny krok w kierunku realizacji swoich planów pod warunkiem jednak, że nie będzie ostatnim. Żeby osiągnąć sukces potrzebujemy jeszcze działania! Holland dokładnie tłumaczy nam, w jaki sposób możemy czerpać z potęgi swojego umysłu, w jaki sposób stać się generatorem nowych, rewolucyjnych pomysłów na intratne przedsięwzięcia i dodatkowe źródła dochodów. 

W kolejnych rozdziałach poradnika, autor zachęca nas, wzorem ludzi Wschodu, do rozwijania swojego umysłu, by móc przekraczać swoje własne granice. Zdradza również formułę, która jest „niezbędna dla osiągnięcia zamożności, sukcesu i dokonań życiowych, a także pogody ducha pozwalającej sprostać wszelkim problemom”. Mowa tu o formule CSS, czyli: CISZA, SPOKÓJ i SAMOTNOŚĆ. Mocą tą posługiwał się m.in. Mozart, Szekspir, Edison, a dbając o czas dla siebie, uwalniając myśli od zbędnych obciążeń, możemy skorzystać z niej i my. 

Dowiadujemy się również, jak duże znaczenie dla dopuszczenia do głosu naszej podświadomości ma wyciszenie wewnętrznego dialogu, a także jak ważne są nasze myśli. Jeśli karmy się pesymistycznymi wizjami, jeśli kumulujemy w sobie negatywne emocje, lęki, to z każdym dniem nasz stan ducha będzie się pogarszał. Myślenie podświadome będzie bowiem podsuwało plany dalszego pogrążania się w czarnowidztwie i motywowało do użalania się nad swoim losem. I analogicznie – jeśli nasze wizje dotyczą sukcesów, powodzenia, sławy i zamożności, to myślenie podświadome podsunie nam plany osiągnięcia dokładnie takich celów. Cele te muszą być oczywiście dokładnie wytyczone, a ich realizacja rozłożona na poszczególne etapy. Holland tłumaczy również, jak wielka jest potęga żywego słowa, bowiem to właśnie mowa jest „czynnikiem przetwarzania doświadczeń Eureka! w pieniądze”.

„Mów i bogać się, czyli jak stać się bogatym bez kapitału” jest jedną z tych pozycji, która teoretycznie nie odkrywa przed nami nic nowego, a jednak ujęcie przez Hollanda tematu i poparcie podanych informacji przykładami, otwiera nam oczy na wiele naszych błędów. Przede wszystkim jest to jednak pozycja, która motywuje do działania, która nie pozwala nam spocząć na laurach w poczuciu dobrze wypełnionego obowiązku.

Zachęcając do medytowania, do wsłuchiwania się w siebie, w swoje pragnienia i podszepty intuicji, autor jednocześnie pozwala nam rozwijać się wewnętrznie, wyciszyć, zastanowić nad rzeczywistymi pragnieniami i potrzebami, a nie tymi wykreowanymi przez rynek czy naszych bliskich. Co więcej, Holland namawia, by te potrzeby zaspokajać odnajdując sens, pasję w tym, co robimy, by robić to najlepiej, a do tego, by na tym zarabiać. By wspomniana Eureka! generowała strumień przepływu pieniędzy i satysfakcji…

wtorek, 26 sierpnia 2014

Janusz L. Wiśniewski "Ślady"

Tytuł: Ślady
Autor: Janusz L. Wiśniewski
Wydawnictwo: Literackie



Janusz L.Wiśniewski to marka. Autor, znany szczególnie z powieści „S@motność w Sieci”, która ma zarówno szerokie grono zwolenników, jak i przeciwników, odznacza się niezwykłym zmysłem analitycznym, pozwalającym rozkładać każde uczucie, każdą emocję na czynniki pierwsze. Widać to szczególnie w jego krótkich formach, gdzie w kilkuset zdaniach, słowach ujmuje treści ważne, głębokie, zapadające w pamięć mocnej, niż jego powieści.
Nie inaczej jest w przypadku doskonałego zbioru opowiadań „Ślady”, opublikowanego nakładem wydawnictwa Literackiego. Zawarte w tomie szesnaście tekstów pochodzi z miesięcznika „Pani”, na którego łamach drukowane były w latach 2012 do 2014. Cieszę się, że teraz zyskały nowe życie, bowiem odznaczają się wyjątkowym pięknem oraz siłą rażenia. To jedne z tych opowiadań, do których wraca się nawet po latach, by wspominać, oddawać się refleksyjnym myślom, analizować i wyciągać wnioski.
Każde z prezentowanych przez Wiśniewskiego opowiadań jest inne, jednak niezmiennie zachowują one wysoki poziom. To jedna z niewielu publikacji, gdzie nie sposób jest wyłonić wśród innych tekstów tego jedynego, który szczególnie zwraca nasza uwagę. Nie sposób, bowiem tworzą one pewną całość, może niekonwencjonalną, może nieszablonową, a jednak zajmując się różnymi aspektami miłości i straty, kreślą historię ludzkiego życia.
Mamy zatem opowieść o trudach zapominania, o mozolnym, długotrwałym procesie, który tak naprawdę nigdy nie jest zakończony („Zapominanie”), mamy tragiczną i smutną w swej wymowie historię Giny, mogącej stanowić odbicie wszystkich gwiazd i gwiazdeczek, które za pomocą operacji plastycznych usiłują zaklinać czas, przedłużyć sobie młodość i … miłość („Gabinety figur roztopionych”).
„Straciłam w krótkim czasie sukienkę, przyjaciółkę i męża (…) Ale straciłam także, na całe szczęście, to naiwne złudzenie, że warto czekać w życiu na wyjątkowe wieczory” – mówi bohaterka opowiadania „Sukienka” przekonując nas, że odkładanie na później, że wyczekiwanie na właściwy moment, może przynieść tylko rozczarowanie. Właściwy czas jest bowiem tu i teraz, a kluczem do spełnienia jest nauczyć się wykorzystywać chwilę i czerpać z niej pełnymi garściami.
Wzruszeniu poddajemy się podczas lektury opowiadania „Chciej żyć…” przekonującego, że również osoba niepełnosprawna, jest osobą uprawnioną do tego, by kochać i być kochaną. O grzechu, ale i o rzekomej miłości, która jednak nie potrafi wybaczać, pisze autor w „Dziejach grzechu”, czyli opowieści o zarobkowaniu ciałem. Z kolei „Ślady” poruszają temat egoistycznej i zaborczej miłości córki do ojca.
To tylko kilka z opowiadań Wiśniewskiego zawartych w tomie pod wspólnym tytułem „Ślady”. Trudno tu przytoczyć wszystkie teksty, trudno jest zachwycić się jednym, bowiem każdy z nich ma inną barwę, inne nasycenie, inną emocjonalność, choć tę samą wrażliwość autora. O takich opowiadaniach mówi się, że należy je sączyć leniwie, delektować się nimi, napawać w myślach pięknem słów. One wszystkie składają się na niezwykły i niejednoznaczny obraz miłości, obraz, który wciąż chce się oglądać. 

piątek, 15 sierpnia 2014

Nadchodzi CzaroMarownik 2015!

W obecnych czasach, kiedy nasze życie przyspieszyło, kiedy stanie w miejscu oznacza cofanie się, potrzebujemy pomocy. Potrzebujemy systemu, za pomocą którego usystematyzujemy nasze obowiązki, który przypomni nam o ważnych spotkaniach czy okazjach wartych celebrowania. Jednocześnie, w tym zwariowanym świecie, potrzebujemy kotwicy. Potrzebujemy siły słońca i księżyca, potrzebujemy mądrości przodków, by dalej trwać.
W 2014 rok wkroczyłam właśnie z takim narzędziem, które łączy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Wkroczyłam z „CzaroMarownikiem”, który stał się bezpiecznym pomostem przerzuconym ponad czasem.



A jaki będzie kolejny rok? Proroctwo niesie Wam wydawnictwo Illuminatio, które zapowiada kolejną odsłonę CzaroMarownika 2015 - najbardziej magicznego kalendarza dostępnego na rynku!



Co w nim znajdziemy? Dobre duchy Illuminatio przyniosły taką informację:
„Niepowtarzalny i tajemniczy, w twardej oprawie z tasiemką, z kolorowym, starannie przygotowanym wnętrzem, przepełniony magicznymi rytuałami, nowinkami na temat ekotrendów i inspirującymi wskazówkami – doda magii każdej godzinie 2015 roku! W CzaroMarowniku znajdziesz wszystko to, czego nie mają tradycyjne kalendarze: szczegółowy horoskop na nadchodzący nowy rok, kalendarz księżycowy, informacje o świętach ezoterycznych, rytuały ochronne, magiczne i zdrowotne ciekawostki, proste przepisy na pyszne i pożywne posiłki na każdą porę roku, wskazówki na oczyszczenie organizmu i przestrzeni życiowej i wiele więcej. Ze stron tego niezwykłego kalendarza dowiesz się m.in.: jak oczyszczać czakry, które amulety są najskuteczniejsze, jak wpływa na ciebie dana faza Księżyca, jakie zioła warto mieć w domowej apteczce, jaka pora dnia jest najwłaściwsza na odprawianie rytuału.
CzaroMarownik 2015 to ponad 200 stron magii, porad, codziennych inspiracji i ciekawych artykułów podejmujących najbardziej aktualne ezoteryczne tematy. Dzięki niemu wkroczysz w 2015 rok, obwołany przez ONZ Międzynarodowym Rokiem Światła, bogatsza o wiedzę, która pomoże ci wykorzystać energię płynącą z Księżyca i natury, by wprowadzić pozytywne zmiany w każdą z dziedzin życia.”

Czy też nie możecie się doczekać 2015 roku? 

środa, 30 lipca 2014

Squire Rushnell "Boski Kompas”

Tytuł: Boski Kompas. Jak chwile, kiedy Bóg mruga, wyznaczają kierunek życia
Autor: Squire Rushnell,
Wydawnictwo: Illuminatio














Ksiądz Jan Twardowski pisał, że „Jeśli ktoś się mod­li, Pan Bóg w nim oddycha”. O sile modlitwy przekonało się wiele osób, którzy zawierzyli Bogu, w którego ręce złożyli swoje losy. Modlitwa jest bowiem uniwersalną formą komunikacji z Panem, nie potrzebujemy specjalnego miejsca, specjalnej okazji, by rozpocząć tę głęboko oczyszczającą rozmowę. Mając świadomość, że Bóg zawsze nas wysłucha, że jest cierpliwym Ojcem, nigdy już nie będziemy samotni, opuszczeni. Nawet, jeśli mamy wrażenie, że nasze prośby nie docierają do Pana, to warto uzbroić się w cierpliwość – być może to, o co prosimy, wcale nie jest dla nas najlepszym rozwiązaniem? A może po prostu trzeba czasu, by Bóg poukładał niczym puzzle fragmenty naszego przyszłego życia, zmieniając tory innych osób, osadzając ich we właściwym dla nas miejscu i czasie?

O tym, co może nam dać modlitwa, o poszukiwaniu swojej drogi dzięki rozmowie z Boskim Nawigatorem, o sile tej konwersacji i jej sprawczej mocy, możemy przekonać się podczas lektury książki „Boski Kompas. Jak chwile, kiedy Bóg mruga, wyznaczają kierunek życia”. Autorem tego opublikowanego nakładem wydawnictwa Illuminatio nietypowego poradnika, jest Squire Rushnell, twórca serii popularnych programów „Schoolhouse Rock!”. Dzięki temu, że nie mamy do czynienia z kaznodzieją, otrzymujemy świeckie spojrzenie na Boga. Spojrzenie o tyle inspirujące, że odkrywa przed nami głębie rozmów, w obrazowy (a nawet nieco żartobliwy) sposób, tłumacząc naturę tych kontaktów i ich skutki. Otrzymujemy tym samym książkę o zabarwieniu nie religijnym, a duchowym, pozycje skłaniającą do przemyśleń, a także do wkroczenia na drogę szczęścia i łaski. 

Jeśli kiedykolwiek zadałeś sobie pytanie, dlaczego znalazłeś się w danym miejscu i czasie, jeśli kiedykolwiek doświadczyłeś zdarzenia określanego mianem „cudu”, sięgniesz po książkę, by zrozumieć zjawisko Boskiego dostrojenia. Również wtedy, kiedy sceptycznie podchodzisz do kwestii modlitwy, kiedy nie wierzysz w jej sprawczą moc, powinieneś zajrzeć do poradnika, by dowiedzieć się (i rozumieć), w jaki sposób niewidzialne nici splatają twoje życie z życiem innych. Życiem, w którym nie ma miejsca na przypadek, ale na Boską Interwencję. 

Squire Rushnell przekonuje, że „każdy z nas rodzi się z wbudowanym systemem GPS, Boskim Systemem Nawigacji”. Uzbrojeni w wewnętrzny głos intuicji oraz zestaw Boskich Mrugnięć okiem, możemy dostrajać się do ludzi oraz do tych wydarzeń, które prowadzić nas będą prosto do celu. Ten specyficzny GPS, Boski Kompas, pozwala również na kontakt z Nawigatorem. Niekiedy jednak, w chaosie dnia codziennego, w obliczu sprzecznych potrzeb, nacisków otoczenia, gubimy drogę i zaczynamy błądzić we mgle. Wówczas, musimy porozumieć się z owym Nawigatorem, dowiedzieć się, jakie ma wobec nas plany i powrócić na właściwy tor. 

W obraniu naszej życiowej drogi pomaga rozmowa z Nim, czyli modlitwa. To ona daje możliwość zajęcia stanowiska, wyspowiadania przed Bogiem, ale również stanowi szansę, by Pan przemówił do nas, naszym wewnętrznym głosem. Posługując się przykładami osób, które za sprawą rozmowy z Nawigatorem przestały błądzić, które doświadczyły niezwykłych wydarzeń, a nawet cudów, autor objaśnia system siedmiu kroków, które zbliżają nas do Boga, a tym samym do naszego celu. 

„Zasady Boskiego Kompasu pozwalają każdemu wyznaczyć własny kurs w życiu, którego celem będzie osiągnięcie stanu absolutnego zadowolenia” – pisze autor zaznaczając, że jego własne doświadczenia są najlepszym dowodem na to, że nawigacja w jego GPS działa bez zarzutu. Tym samym lektura „Boskiego Kompasu” odkrywa i przed nami nowe możliwości, nowe drogi i – co najważniejsze – przeświadczenie, że w tej podróży nie jesteśmy sami. Wystarczy tylko wsłuchać się w siebie i być czujnym na Boskie Mrugnięcia, by wiedzieć, że Pan nad nami sprawuje piecze!


wtorek, 22 lipca 2014

Maria Cross „Nie powinnam tego jeść”

Tytuł: Nie powinnam tego jeść
Autor: Maria Cross
Wydawnictwo Illuminatio


W telewizyjnej ramówce znajdziemy wiele programów edukujących społeczeństwo w zakresie zdrowego odżywiania, szkodliwej zawartości wybranych produktów czy tez instruujących, jak przygotować smaczne potrawy. Popularnością cieszą się również liczne magazyny poświęcone gotowaniu, zdrowemu odżywianiu czy medycynie naturalnej. O zdrowej diecie wiemy sporo, zdajemy sobie sprawę, w jakim stopniu szkodzi naszemu zdrowiu żywność przetworzona, typy fast food czy też nadmiar słodyczy. Dlaczego w takim razie nie korzystamy z tej wiedzy? Dlaczego po ulicach chodzi tyle osób zdrowych, a jednak pozbawionych energii? Dlaczego lekarze nie potrafią zidentyfikować przyczyn nękających nas dolegliwości?

Satysfakcjonującą odpowiedź na te pytania znaleźć można w poradniku „Nie powinnam tego jeść” Marii Cross. Opublikowana nakładem wydawnictwa Illuminatio książka nie jest zbiorem kulinarnych przepisów na dietetyczne potrawy, nie jest również listą potraw zakazanych. Autorka, doświadczona terapeutka, która od lat zajmuje się leczeniem przez odpowiednią dietę i doradztwem żywieniowym, udziela nam bowiem porad dotyczących świadomego jedzenia. 

W trakcie swojej praktyki, Cross wyszczególniła dwadzieścia typowych objawów, na które ludzie najczęściej narzekają, m.in. brak energii, nadmierny przyrost wagi, zaparcia lub biegunki, częste przeziębienia, depresja, sucha skóra. I choć nie zawsze te objawy wskazują na poważną chorobę, to jednak należy się nimi zająć, bowiem znacznie obniżają one komfort życia. Niniejszy poradnik jest właśnie adresowany do takich osób: „do tych z was, którzy są całkowicie zdrowi (…) do osób, w których testy nie wykazały żadnych chorób, a które jednak podejrzewają, że nie osiągają pełni swojego potencjału” – jak pisze autorka.

O tym, jak skuteczne jest leczenie dietą, nazywane przez Cross „terapią żywieniową”, możemy przekonać się zagłębiając w kolejne rozdziały książki. Choć odpowiednie produkty nie stanowią lekarstwa na wszystkie choroby, to jednak pomagają zadbać o nasze zdrowie, dodają energii i wzmacniają układ immunologiczny. Warto rozpocząć lekturę od zapoznania się z tabelą zawierającą listę częstych objawów zgłaszanych przez pacjentów, symptomy tych dolegliwości, a także numery rozdziałów, które pomogą odpowiedzieć na pytanie, jak z tymi dolegliwościami walczyć. 

W kolejnych rozdziałach znajdziemy omówienie takich zagadnień, jak nietolerancje pokarmowe, osłabienie nadnerczy, niedobór kwasów tłuszczowych, nadmiar estrogenów, lekka niedoczynność tarczycy, dysbioza oraz zespół nieszczelnego jelita. Zapoznając się ze wskazówkami żywieniowymi oraz poradami, jakiego rodzaju produktów powinniśmy unikać, zyskujemy również obszerną wiedzę na temat naszego schorzenia czy działania organizmu. W ostatnim rozdziale Cross dzieli się z nami swoimi pomysłami na potrawy – pokazuje, jak z zalecanych dla każdej dolegliwości produktów skomponować smaczny i wartościowy posiłek.

Przejrzysty układ graficzny, tabelaryczne układy dolegliwości czy propozycji potraw, a także prosty język jakim autorka wykłada nam rzeczy skomplikowane – wszystko to sprawia, że poradnik „Nie powinnam tego jeść” ma nie tylko wartość merytoryczną, ale jest interesującą lekturą. Pogłębia świadomość naszego ciała, sprawia, że zaczynamy traktować zdrowie w sposób holistyczny, dostrzegając powiązania pomiędzy jakością posiłków a naszym samopoczuciem, zgodnie z zasada „jestem tym, co jem”.

niedziela, 20 lipca 2014

Słodki podwieczorek; Ucierane ciasto z borówkami i malinami by Katarzyna Michalak

W niedzielny poranek, inspirowana powieścią „Przepis na szczęście” postanowiłam upiec szybkie ciasto ucierane. Zamiast borówek i malin użyłam zrywane wczoraj wieczorem wiśnie i czarne porzeczki. Szkoda, że wcześniej nie próbowałam z truskawkami.

fot. J.Gul

piątek, 18 lipca 2014

Keith Park „Spokój jest rozwiązaniem"

Tytuł: Spokój jest rozwiązaniem
Autor: Keith Park
Wydawnictwo: Illuminatio


„Człowiek, który umie żyć w harmonii z samym sobą, jest szczęśliwy” – pisał Oskar Wilde. Niestety, w obecnych czasach, pełnych informacyjnego szumu i różnorodnych bodźców, oczekiwań i wyzwań, trudno jest o ciszę i harmonię. Rozdarci pomiędzy własnymi wartościami i możliwościami a zadaniami, pomiędzy pragnieniem szczęścia a nieustannym dążeniem do zaspokojenia potrzeb innych i pokazaniem siebie w najkorzystniejszym świetle, gubimy się, popadamy w marazm, spada nie tylko nasza efektywność, ale i poczucie zadowolenia z siebie. Pojawia się rozczarowanie sobą, rodziną, dotychczasowym życiem, jednocześnie nie widzimy przed sobą żadnych perspektyw i nadziei, na lepsze jutro. Udając kogoś, kim nie jesteśmy, gubimy swoją tożsamość, gubimy siebie …

Co zatem zrobić, by móc w tym współczesnym, pełnym wyzwań świecie, odnaleźć swoje miejsce? Drogowskazów warto poszukać w książce „Spokój jest rozwiązaniem. Jak stosować kontemplację do rozwiązywania życiowych problemów”, opublikowanej nakładem wydawnictwa Illuminatio. Autor, Keith Park, na podstawie własnych doświadczeń oraz doświadczeń swoich pacjentów, prezentuje nam szereg ćwiczeń, które pomogą nam żyć pełniej, a na pewno bardziej świadomie. Choć na rynku jest wiele książek o podobnej tematyce, ta wyróżnia się prostotą stylu, przykładami, a także układem pozwalającym nam bez trudu powrócić do ćwiczeń, które w danej chwil są nam niezbędne, które pomogą się wyciszyć bądź wzmocnić motywację. 

W książce Parka znajdziemy wskazówki, w jaki sposób osiągnąć tzw. obserwujący stan umysłu, a także jak wykorzystywać go do rozwiązywania problemów stawianych przed nami życie. Niezależnie od płaszczyzny, w której występują trudności (zdrowie, sytuacja finansowa, relacje z otoczeniem, rozwój zawodowy), nauczymy się kontrolować swoją uwagę, a co za tym idzie – osiągać pożądane rezultaty.

Poradnik został podzielony na cztery części. Pierwsza wyjaśnia nam, w jaki sposób uwaga wpływa na nasze podejście do otaczającego nas świata, stosunek do przeszkód i reakcje. Autor podkreśla, że problemy pozostają nierozwiązane dlatego, że patrzymy na nie wyłącznie z jednej perspektywy i nie widzimy żadnych sposobów rozwiązania, grzęznąc w impasie. Dokładnie wyjaśnia również, na czym polega stan spokojnej uwagi, zwany „idealną synchronizacją” bądź „płynięciem na fali”. 

Część druga stanowi omówienie trzech podstawowych korzyści płynących ze stosowania spokojnej uwagi w trakcie poszukiwania rozwiązań problemu. Mowa tu o możliwości korzystania z „elastycznej kontroli uwagi”, poszerzeniu świadomości (tj. wejściu w stan obserwacji) i wchodzeniu w stan skupienia. Dzięki temu będziemy w stanie zgromadzić wiele informacji potrzebnych do wyjścia z patowej i / lub problematycznej sytuacji, po czym skoncentrować się tylko na najważniejszych, niezbędnych do rozwiązania zadania czy usunięcia przeszkody.

Część trzecia zawiera opis techniki rozwiązywania problemów, zwanej „definiowaniem rozwiązań”. Dzięki poszerzaniu i zawężaniu uwagi będziemy w stanie zmieniać swoje dotychczasowe poglądy, a ćwiczenia zawarte w rozdziale pomogą naprowadzić na docelowy sposób postrzegania danej sytuacji. W części czwartej natomiast autor przygląda się umysłowi wewnętrznemu, pomaga nam dostrzec jego możliwości i wykorzystywać rozległe obszary. Dowiemy się, czym jest „efekt obserwatora”, jakie czynniki wpływają na przekazywanie myśli i w jaki sposób dotrzeć do głębi umysłu za pomocą medytacji oraz modlitwy.

Książka „Spokój jest rozwiązaniem…” jest nie tylko podręcznikiem, zawierającym wskazówki, idee, strategie znane od wieków, podane w zrozumiałej i łatwej do przyswojenia formie. To raczej przewodnik, drogowskaz, który wskazuje kierunek w którym powinniśmy podążać. Ucząc się posługiwać takimi umiejętnościami, jak poszerzanie świadomości i koncentrowanie powoli kroczyć będziemy ku harmonii, zadowoleniu z obecnej rzeczywistości i kreowaniu przyszłości. W wszystko to bez presji, stresu i strachu, że nie podołamy stawianym przez innych wyzwaniom. A wówczas – jak pięknie pisze autor – „możemy (…) iść z wdziękiem ponad chaosem i wykraczać poza swoje zwykłe ograniczenia”.